San Francisco

Zawsze sprowadzałam całe Stany Zjednoczone do jednego miasta- Nowego Jorku. Tam 2 razy byłam, w tym mieście się zakochałam. Myślałam żeby może jeszcze odwiedzić LA, ale gdy w rosterze na następny miesiąc zobaczyłam SFO, zupełnie nie wiedziałam co myśleć. Chciałam się wymienić na coś innego, bo lot prawie 16 godzin i w sumie wiem tylko, że jest tam ten czerwony most. Jak bardzo się myliłam. Stany to nie tylko NY, teraz wiem, że muszę zrobić poważną objazdówkę, bo różnorodność to słowo, króre najlepiej definiuje USA, a wiem, że nadal to tylko 2 wielkie miasta, które widziałam. 

W SFO miałam prawie 60 godzin, niestety jednak sam lot trwa 15,5h, co jest dla mnie największą przeprawą. Lubię loty krótkie. Dla większości jednak to co mówię jest śmieszne, bo podróżując po Europie wszystko mamy tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. U nas jednak loty dzielą się na:

-turnaround- czyli w tę i z powrotem, mają mniej niż 4h, trzeba jednak pamiętać, że 2h briefiengu i przygotowania do lotu, boarding, sam lot, czas na ziemi i powrót nierzadko dają 10-12h (mało kto to lubi, bo wracamy mega zmęczeni i cały dzień widzieliśmy tylko samolot i kawałek lotniska przez małe okienko)

-krótkie loty- 5-7h, zaliczamy tu wszystkie loty do Europy i bliższej Azji, czyli np. Tajlandia, lądujemy po nich na tyle ogarnięci, że jesteśmy w stanie wyjść od razu potem do miasta 

-średnie loty- 8-11h, dalsza Azja np. Bali, Japonia; bliższa Australia np. Perth; tu już jest ciężej, bo mamy tylko 30-40 minut przerwy żeby usiąść 

-długie loty >12h, niektórzy wolą zrobić 2 takie loty i mieć wyrobione połowę godzin w miesiącu, ja jednak umieram; przerwa na spanie około 2,5h; 3 serwisy, wydaje się, że lot trwa w nieskończoność, a kiedy już masz dość, zegarek pokazuje, że przed tobą nadal 5h

San Francisco jest bardzo długim lotem, lądujemy około 14, ja zasypiam o 17 absolutnie nieprzytomna i śpię do rana. O 4.30 budzi mnie głód. Plan jest taki, że wynajmujemy samochód i wyjeżdżamy w trasę na cały dzień. O 8 szybkie śniadanie i ruszamy. Na początku wszyscy chcą zobaczyć most, wiadomo- symbol miasta. Jest nadal chłodno, pochmurnie.

Każdy z nas ma jakiś pomysł na to gdzie pojechać, który punkt widokowy jest najlepszy. Ostatecznie zatrzymujemy się ‘z drugiej strony’, czyli z widokiem na miasto. Most jest naprawdę piękny, ten czerwony kolor idealnie kontrastuje z zielenią na wzgórzach. Z daleka widać Alcatraz, najbardziej niedostępne więzienie świata. Podobno w czasach kiedy jeszcze funkcjonowało na otaczających je wodach rozrzucano kawałki ryb żeby przyciągnąć rekiny. Dodatkowo otaczające tę małą wyspę prądy są tak silne, że to właśnie jest naturalną pułapką uniemożliwjającą dostanie się wpław na drugi brzeg. A wydaje się, że to tak blisko i właściwie nawet średni pływak ze spokojem dałby radę.

Dostaliśmy informację, że stąd niedaleka droga do Muir Woods National Monument, czyli jednego z nielicznych już parków obejmujących ochroną ostoję sekwoi wiecznozielonej. Park i jego niesamowita przyroda znana jest również z powodu licznego przedstawiania w filmach, takich jak Vertigo, Gwiezdne Wojny, czy Planeta Małp. Skuszeni tym pięknym opisem i tym, że żadne z nas nigdy nie widziało sekwoi wyruszamy w trasę. Droga wije się przez góry, z powodu wczesnej pory towarzyszy nam też mgła, która bardzo gęsto przykrywa część naszej trasy. Właśnie tutaj zrozumiałam jak bardzo nie doceniałem amerykańskiej przyrody, okazało się przecież, że zupełnie niedaleko od wielkiego miasta znajduje się nie tylko piękny park, ale także zwykle, małe miasteczka ukryte w niesamowitych lasach. Roślinność jest zuepłnie inna niż w Europie, a ja byłam wcześniej bardzo zamknięta na betonową dżunglę.

Po długim spacerze wśród wysokich drzew wracamy do miasta, robi się bardziej słonecznie, a my postanawiamy spojrzeć ma most też z przeciwnej perspektywy. Zatrzymujemy się na o,aży blisko mariny, teraz mamy most nie na tle miasta, ale pięknie zielonych wzgórz. Możemy też bliżej przyjrzeć się Alcatraz. Żałuję, że nie mogłam zaliczyć wycieczki na wyspę i zwiedzić więzienia, niestety nawet 50h to ciągle za mało.

Głodni w końcu docieramy do miasta. Z moich spostrzeżeń wynika, że San Francisco dzieli się na dwie części- tę bardzo nowoczesną, pełną wieżowców i biur, która dla mnie wygląda jak połączenie Sydney i Toronto i część portową, bardziej tradycyjną i pełną turystów. Fisherman’s Wharf, bo o tej dzielnicy słyszy się najczęściej to miejsce mocno nawiązujące do historii miasta. W czasach gorączki złota przybyła tu rzesza Włochów, którzy zasiedlili tę część Kalifornii, mając ogromny wpływ na chociażby obecna kuchnię tego rejonu. Kuchnia ta jest połączeniem amerykańskiej kuchni fast food i tradycyjnych włoskich receptur. Najpopularniejsze danie, które również udało mi się spróbować, to clam chowder- gęsta zupa o rybnym smaku. Mamy tu też mnóstwo owoców morza, szczególnie wielkie kraby, ale takż ty włoskie makarony. Sama dzielnica wygląda świetnie- mnóstwo tu nawiązań do historii tego miejsca, restauracje otoczone są portem pełnym różnego rodzaju łodzi, a po ulicach jeżdżą stare tramwaje- repliki tych, które oryginalnie poruszają się po Mediolanie. 

Dzień powoli się, kończy a przed nami jeszcze 2 rzeczy, które trzeba zrobić odwiedzając to miasto. Kojarzycie filmy, w których szybkie samochody zjeżdżają z bardzo stromych ulic miasta przy okazji uderzając tyłem o asfalt? Lombard street, bo o niej mowa to jedna z wielu  radzi stromych ulic w SFO. Generalnie mam wrażenie, że aby dostać obywatelstwo należy skończyć tu kurs wspinaczki. Żadna droga nie jest tu płaska, a mi w dodatku wydaje się, że zawsze idę pod górkę. Mamy samochód- musimy więc zjechać też najbardziej poskręcacą częścią w tej dzielnicy, czyli Russian Hill! Polecam wszystkim, bo widok po prostu zapiera dech.

Ostatni punkt programu to murale na ulicy Ballmy Alley. Kocham sztukę uliczną, a póki co największe wrażeni zrobiło na mnie graffiti w Melbourne, mocno naciskam więc żebyśmy mimo szybko zachodzącego słońca pojechali również zobaczyć murale. Nikt nie żałuje tej decyzji. Ta mała uliczka jest najbardziej wypełnioną sztuką częścią San Francisco, data powstania najwcześniejszych murali sięga lat siedemdziesiątych, autorami zaś są dzieci z lokalnego Child Care Center. Murale znane są ze względu na swoją tematykę- protest lokalnej społeczności przeciwko działaniom rządu USA skierowanym przeciwko rdzennej ludności Ameryki Centralnej. Najnowsze prace odnoszą się do rasistowskich interwencji policji, dają wyraz niezadowolenia artystów i mieszkańców z szykanowania i marginalizacji części społeczeństwa. Tu nie ma wielu turystów, a ja uważam, że to najlepsza część mojej przygody z San Francisco. 

RPA czyli wakacje życia

Moja przygoda z RPA zaczęła się od 24h layover’u w Cape Town. Tak wiem, że powinnam pisać Kapsztad, ale angielską nazwę słyszałam już około tysiąca razy z ust mojej przyjaciółki, która stamtąd pochodzi, dlatego tak mi to utkwiło w głowie. Layover przybliżył mi wizję miasta nie do zapomnienia, połączenie gór, plaż, oceanu, słońca i pysznego jedzenia spowodowało, że od razu wiedziałam, że muszę tam wrócić. Koniecznie z osobą, która to miejsce zna najlepiej- czyli moją przyjaciółką, a do tego mój mąż i nasze od dawna wyczekiwane, wspólne wakacje.

Zaczęło się od planowania wszystkiego, czyli miliona rzeczy, które chcieliśmy zmieścić w te 9 dni. Facet mojej przyjaciółki teraz mieszka w USA, ale wcześniej był safari ranger’em- czyli taką osobą, która w moim ówczesnym mniemaniu obwozi turystów i pomaga im znaleźć zwierzęta. Teraz wiem, że było to ogromne niedopowiedzenie, a safari uważam za najlepszą przygodę mojego życia.

Zacznijmy jednak od początku. Po 16h locie z San Francisco wylądowałam w Dubaju żeby zabrać męża, drugą walizkę i polecieć dalej. Lot do Cape Town to jakieś 9h, które przespałam praktycznie w całości, absolutnie nieprzytomna po 30h bez snu. Na miejscu czekała na nas moja przyjaciółka z mamą i wielkim transparentem w rękach. Nigdy nie spotkałam się z takim przyjęciem i taką życzliwością wśród nowopoznanych ludzi jak właśnie w RPA! Gdziekolwiek się udawaliśmy czekały na nas szczera ciekawość, przepyszne jedzenie i gotowy pokój gościnny.

Dopiero opowiadając znajomym o naszej wyprawie zdałam sobie sprawę jak niewiele o Afryce wiemy. Wszyscy pytali mnie dlaczego RPA, przecież tam jest niebezpiecznie i w ogóle nikt tam wcześniej nie był. Mogłam wybrać bardziej typowo wyprawę do Tajlandii albo plażę na Mauritiusie, ale wiedziałam, że od tych wakacji oczekuję więcej. I nie zawiodłam się.

Pierwszy dzień to szybka wycieczka na plażę i pierwszy braai. Wymieniamy się prezentami- ja przywożę polski cydr, niemieckie wino, borowiki i domowej dżemy. W zamian dostaję koc w słonie i mnóstwo doskonałego wina. Tata koleżanki uczy mojego męża jakiego drewna używać i jak przygotować mięso na braai. Ale co to właściwie jest? My mamy grill, rozstawiamy go w ogrodzie, albo na balkonie, dorzucamy węgla, opiekamy kiełbasę, spalamy karkówę na wiór i heja! A tu braai to cała kultura jedzenia! W sklepach dział mięsny przyprawia o zawroty głowy, półki uginają się też pod najlepszego rodzaju soli, sosów, każdy też umie tu przyrządzać swój własny biltong, czyli odpowiednio przyprawione, a potem suszone mięso. Kiedy tata zajmuje się wypaleniem całego drewna, my popijamy wino i oglądamy rugby, a mama przygotowuje braaibroodijes, czyli opiekane na tym samym ogniu tosty z serem, pomidorem, cebulą i chutney, które swój niesamowity smak zawdzięczają właśnie temu posmakowi drewna, które wypala się i opieka później mięso. 

Plan następnego dnia jest trochę nie z tej ziemi- lot helikopterem wokół Table mountain i dzień na jachcie. Serio. W RPA jest tanio- po dostaniu się na miejsce okazuje się, że waluta jest tu bardzo słaba i w porównaniu do innych krajów, ceny są śmiesznie niskie. 

Lot helikopterem to niesamowite przeżycie nawet dla kogoś kto żyje z latania ;)! Tu wszystko mocniej się czuję, bardziej buja, szybciej się skręca, wyraźniej się widzi. Do tego Cape Town jest tak malownicze, że ciężko opisać to słowami. Dodatkowo z góry łatwiej zrozumieć strukturę miasta i zobaczyć gdzie wybieramy się w kolejnych dniach.

Znajomi mojej przyjaciółki mają jacht (bo dlaczego nie?) i zapraszają nas na mały rejs. Cumujemy przy malowniczej plaży, wskakujemy do lodowatej wody i prowadzimy niekończące się rozmowy. Wiecie co zauważyłam jako cechy ludzi z RPA? Nikt tu nie zazdrości, wszyscy podchodzą do ciebie przyjacielsko i na luzie, ludzie są szczerze zainteresowani kim jesteś i co robisz, udzielają miliona wskazówek co można jeszcze tu zobaczyć. 

Wieczorem śpimy w ich pięknym domu, znów braai, gadamy do późnego wieczora. Następnego dnia wstajemy wcześnie na pierwsze wine tasting- to mus w tych okolicach, przemieszasz się między winnnicami i próbujesz lokalnych win, opowiadają ci o nich, trochę się upijasz, kupujesz te najlepsze i przejeżdżasz do następnej winnicy- do momentu aż nie wiesz jak się nazywasz, albo twój bagaż nie zmieści już większej ilości butelek. 

Wszystkie winnice wyglądają jak z pocztówki, do tego w RPA właśnie zbliża się zima, dlatego poza zielenią na drzewach króluje złoto i brąz. Te niesamowite kolory, niekończące się rzędy drzewek winnych i góry w tle to po prostu bajka.

Chociaż ja już wcześniej tu byłam, obowiązkowy punkt programu to wjazd na Table mountain. Przepiękny widok na całe miasto i obserwowanie jedynej w swoim rodzaju roślinności. Później jedziemy do Stellenbosch, malowniczej miejscowości słynącej z winnic i terenów uniwersytetu. Znajomy zabiera nas na offroad po jednej z winnic, samochodem wspinamy się na wzgórze, na którym urządzamy piknik i obserwujemy zachód słońca. Kolory od pomarańczowego, przez różowy, aż do ciemnego fioletu przeplatają się na skraju góry tuż za nami. Przed nami zapalają się powoli światła miasta. Jest cicho i pięknie.

Kolejny dzień przynosi kolejne winnice- czy kiedyś będzie nam dość picia? Nie sądzę. Moje nowe ulubione wino to Chenin Blanc- nie tak bardzo wytrawne jak Savignon, najpopularniejsze białe wino uprawiane w RPA. Codziennie się gdzieś spieszymy, cały czas jeszcze tyle do zobaczenia, tego dnia decydujemy się jednak trochę odpocząć i wybieramy się na oddaloną od miasta, schowaną wśród jaskiń, znaną głównie surferom plażę. Pogoda trafiła się nam wyśmienita, słońce dopisuje, wiatr delikatnie wieje, ja leżę na plaży, a mój mąż w lodowatej wodzie próbuje surfować. 



Safari

Ostatni braai już za nami, walizki pełne win i przypraw, wsiadamy do samolotu śmiesznych, lokalnych linii lotniczych i udajemy się do Pretorii. Tu śpimy u kolejnej znajomej-nieznajomej, z trudem wynajmujemy samochód i po trwającej sześć godzin przeprawie docieramy do Kruger National Park, do niesamowitego Londolozi game reserve. Nasz plan na ostatnie trzy dni to 4 safari. Nasza część tego pięknego miejsca to Tree House, domki znajdują się rzeczywiście na wysokości koron drzew, rozpościera się z nich widok na ogromne tereny, tylko kątem oka dostrzegam przechadzające się w oddali słonie. Cała idea tych wszystkich miejsc znajdujących się w parku Kruger to brak płotów i jak najmniejsza ingerencja w życie dzikich zwierząt. Mamy je naprawdę tropić, nie wchodzić im w drogę, nie straszyć ich, a co najważniejsze- jak najwięcej dowiedzieć się o ich życiu. 

Nasz domek jest większy niż nasze mieszkanie w Niemczech, mamy ogromne okna, z których widok zapiera dech, a po ogromnym tarasie przechadzają się małpy. Dostajemy instrukcje żeby zawsze zamykać drzwi i otwierać je tylko na mocne i głośne pukanie- małpy nauczyły się uderzać w drzwi i symulować ludzi. Szybki lunch i pierwsze safari. Najpierw siadamy z naszym rangerem, który tłumaczy nam zasady, poznajemy tropiciela, który będzie siedział na przodzie samochodu i odczytywał ślady i inne znaki. Mamy zachowywać się cicho i absolutnie słuchać wszystkich poleceń. Jestem podekscytowana.

Dopiero na miejscu dowiadujemy się jak niewiele wiemy o afrykańskich zwierzętach, to wszystko co dla mnie nazywa się antylopa, okazuje się mieć tydziąc rodzajów. Dostajemy do ręki lornetki i obserwujemy ptaki, nigdy nie pomyślałabym jak bardzo może to być ciekawe- kolory spotykane tu w buszu są oszałamiające. 

Zaraz za rogiem mieści się staw, w którym wylegują się trzy wielkie hipopotamy, obok nich widzimy krokodyla, z kolei na drzewie obok ogromne pawiany. Minęło 5 minut a ja w niewielkiej odległości widziałam więcej zwierząt niż normalnie spotyka się w ZOO. 

Nasz cel na te dni to zobaczenie wielkiej piątki, czyli pięciu wielkich afrykańskich ssaków: bawoła, nosorożca, słonia, lwa i pantery. To w ogóle brzmi dla mnie nieprawdopodobnie. 

Nasz tropiciel spędził w swojej profesji 26 lat, potrafi ocenić ile dni mają dane ślady, patrzy na ugniecioną trawę i wie gdzie i jakie zwierze nią przeszło, patrzy na wiatr i jakieś inne magiczne rzeczy i wszystko umie ocenić. W nocy natomiast potrafi zauważyć kameleona siedzącego na dalekim krzaku, kiedy ja ledwo widzę czubek własnego nosa. Nasz ranger opowiada nam o swoim trudnym szkoleniu, z daleka dostrzega najróżniejsze ptaki i ma w zanadrzu niezwykle historie. Dowiadujemy się, że drzewa potrafią się między sobą porozumiewać. Serio. Żyrafa skubie jedno z drzew, ono wysyła z wiatrem specjalną substancję, która alarmuje inne drzewa i one potrafią dziwną magią sprawić, że ich liście stają się gorzkie. Skąd wiem że to prawda? Żujemy liście jednego z drzew i po chwili próbujemy inne, które okazują się nie do zjedzenia! Dlatego żyrafy przemieszczają się zawsze pod wiatr- takie spryciule.

Kruger National Park to jeden z najpopularniejszych parków na świecie, największy w RPA (60 km szerokości i ponad 350 km długości), znajdziemy tu wszystko: góry, rzeki, busz i sawanny. 

Nasze pierwsze towarzyszki na ten dzień to antylopy, okazuje się, że popularne jest tu ich kilka rodzajów: impala, antylopa gnu, kudu, kob śniady (waterbuck) i bushbuck. Teraz wiem, że każda z nich wygląda zupełnie inaczej i umiem poprawnie je nazwać. Mój ranger jednak dla pewności porozumiewa się ze mną innym kodem językowym i dorzuca zawsze: dla ciebie to Pumba, Zazoo albo Rafiki. I życie staje się piękniejsze. 

Na pierwszym safari zaliczamy też hieny, niezliczone ilości ptaków, kieliszek wina wśród dzikich zwierząt, a ja na zakończenie trzymam w rękach tego kameleona, którego dostrzegł w ciemnościach Jerry- nasz tropiciel. Wieczorem pyszna kolacja przy świetle lamp oliwnych, nasz ranger je z nami, dzieli się też ze wszystkimi kolejnymi opowieściami nie z tego świata. Idziemy spać w naszym pięknym domku, otoczeni moskitierą, wśród dźwięków dzikich zwierząt. 

Kolejne safari zaczyna się o 5.45 rano, oznacza to pobudkę o  5.15- dzień jednak rozpoczyna się od filiżanki herbaty rooibos i delikatnej przekąski. Wsiadamy do samochodu i wyruszamy. Ledwo przekraczamy rzekę, a inny samochód zawraca nas szybko- w naszą stronę zmierza stado słoni. Ustawiamy się na drugim brzegu i czekamy, po chwili majestatycznie, jeden po drugim, 20 słoni przeprawia się przez wodę. Jakby zupełnie nas nie zauważały taplają się w błocie, sypią się piachem, bawią. Są młode i stare, dzieci i wielkie słonice, wszystko na wyciągnięcie ręki, a obok nas przepiękny wschód słońca. Obserwujemy je przez 1,5h.

Następnie wybieramy się na poszukiwanie lwów, nasz tropiciel widział ich ślady wcześniej. Jeździmy niedaleko innej, wyschniętej rzeki, nagle widzimy słonia, który coś goni. Okazuje się, że to grupa lwów- 2 matki, 5 młodych! Dopiero tutaj rozumiem co to znaczy kamuflaż- lwy leżą może 4 metry od nas, ukryte w wysokiej trawie, a ja nic nie widzę! Za to nasz tropiciel wie dokładnie co i jak. Obserwujemy poddenerwowanie słonie i schowane lwy, później matki odpoczywają, a młode bawią się i dokazują.

Czuję się niesamowicie uprzywilejowana, że tu jestem, że na własne oczy mogę to wszystko zobaczyć, dodatkowo pasja ludzi, którzy się nami zajmują mocniej otwiera nam oczy na to jak mało wcześniej wiedzieliśmy. Kiedy już jesteśmy na drodze do domków, dostrzegamy zawieszoną na drzewie antylopę. Podobno na górę wtargała ją pantera i będziemy szukać jej wieczorem.

Odpoczywamy, siedzimy na tarasie, wyciągam sobie opakowanie czekoladek i obserwuje małpy. Nagle jeden wielki, męski osobnik schodzi z drzewa, patrzy na mnie tak, że zastygam na krześle, zabiera moją czekoladę i odchodzi. Rozpakowuje ją z kartonu, który wyrzuca w trawy, rozprawia się z folią i wcina czekoladę. Teraz trzymam już wszystko co przyniosłam na taras, boję się stracić buty. Pod naszym domkiem z kolei przechadza się zagubiona impala.

Wieczorne safari przywodzi nas w miejsce, w którym widzieliśmy antylopę- nie ma jej jednak na drzewie- jest wśród krzaków i zjada ją wielka pantera. To przepiękne zwierzę budzi respekt, kiedy tylko patrzy ci w oczy- zamierasz- cieszysz się, że jesteś w samochodzie, a nie bezpośrednio obok niej. Obserwujemy jak żeruje, zgniata kości, przerywa skórę. Nagle z krzaków wyłania się jej sześciotygodniowe młode! Przytula się do matki, a ta próbuje uczyć je jeść upolowane zwierzę. Niesamowite doświadczenie, czuję się jakby obok mnie kręcono najlepszy program na National Geographic.

Dajemy im trochę prywatności, ktoś namierzył samca lwa, który nawołuje w poszukiwaniu swojego brata. Po drodze robi się ciemno, nasz ranger pokazuje nam jak przy pomocy gwiazd wyznaczać drogę, w buszu jest tak ciemno i nie ma żadnych zanieczyszczeń, że jak na dłoni widać drogę mleczną, a przez lornetkę z kolei pierścienie Saturna. Nagle w żołądku odczuwam dudnienie, właśnie ryczy lew. Nie bez powodu nazywany królem, jego ryk jeży włosy. Dodajemy gazu, Jerry wie skąd dobiega głos. Lwa odnajdujemy przechadzającego się wzdłuż drogi, nic nie robi sobie ze śledzącego go samochodu- to on tu panuje. 

W drodze powrotnej spotykamy wielkie nosorożce, czy ten dzień mógłby być bardziej ekscytujący? Kolejna kolacja we wspaniałym towarzystwie i przygotowujemy się do ostatniego safari o poranku. 

Myślałam, że nic nie jest w stanie zrobić na mnie większego wrażenia, kolejnego dnia zamykamy jednak wielką piątkę spotykając bawoła i obserwujemy brutalny proces rozmnażania się panter. Dlaczego brutalny? Ponieważ podobno bolesny dla samicy. Samiec przyciska ją do ziemi i w ostatecznym momencie gryzie w szyję. Jako że ciężko z zajściem w ciążę, cały proces powtarzają przez godzinę, co dokładnie pięć minut. Po wszystkim zwierzęta wyglądają na wyczerpane i leżą w trawie z trudem łapiąc powietrze w płuca.

Niestety nie mogę w to uwierzyć, ale to niesamowite doświadczenie dobiegło końca. Czuję się bogatsza. W wiedzę, zrozumienie, historie, to co zobaczyłam- nikt, nigdy mi tego nie zabierze. 

Japonia 

Są takie loty, które każdy z nas (crew) wie, że trudno jest dostać: Osaka, Narita, Haneda, Rio, Taipei, Genewa- to tylko kilka przykładów. Co miesiąc możemy jednak ‘bidować’ czyli wskazywać gdzie chcielibyśmy polecieć, dostajemy na to różne priorytety i szansa rośnie w zależności od kolejności itd. Cały mój marzec można opisać jednym słowem- Japonia. Długo wyczekiwana, bardzo ciężka do dostania nie tylko ze względu na to, że wszyscy chcą tam polecieć, ale też specyficzne wymagania, to znaczy- ponad połowa załogi musi mówić po japońsku.

Słyszeliście kiedyś o japońskiej kulturze? O ich trybie pracy, życia? O tym jak wszyscy starają się naśladować japoński model biznesowy? O tym jak ułożone jest ich życie? To wszystko jest niesamowicie ciekawe, a jeszcze lepiej jest zobaczyć przykłady na żywo.

KIX

Mój pierwszy lot to Osaka, a pierwsze wrażenia po locie- bezcenne. Japończycy nieczęsto mówią po angielsku, dlatego tyle u nas crew właśnie z Japonii. Pasażerowie o nic nie proszą, boją się przeprosić  osobę siedzącą obok aby wyjść do toalety, po jej użyciu z kolei sprzątają po sobie aby przygotować ją na następną osobę (w końcu jeśli ktoś zobaczy, że dana osoba zostawiła ją w złym stanie to źle to o niej świadczy), jeśli zabraknie danego wyboru posiłku nikt nie robi problemów, wszyscy grzecznie siadają, nie ma opóźnień i chaosu. Mogłabym tak wymieniać bez końca, byłam w największym pozytywnym szoku od początku mojej kariery jako stewardessa. Toalety były czyste, żadnych śmieci w kabinie, wszyscy byli mili, byłam 10 razy mniej zmęczona po locie niż zwykle. Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku dziewczyn z Japonii- jeśli coś jest nie tak jak być powinno, pasażerowie zwracają uwagę właśnie im. 

W Japonii ogromne znaczenie ma hierarchia. Niesamowite było obserwować w czasie briefiengu jak młodsze stażem koleżanki okazywały respekt tym bardziej doświadczonym. Jeśli osoba z Japonii jest purserem- wśród reszty widać podziw i ogromny szacunek, wręcz strach i zakłopotanie w kontakcie z nią. Japonki czekały grzecznie na swoją kolej, nigdy na nic nie narzekały, nie wychodziły przed szereg. Jeśli zdarzyło się coś co mogło im nie pasować- nigdy nie można było wyczytać z ich twarzy jakichkolwiek negatywnych emocji.

Na lotach do Japonii oferujemy też dodatkowe produkty: pałeczki, sake, japońskie piwo, zieloną herbatę i 50% posiłków w regionalnym stylu. Z samolotu wyszłam z bólem pleców od naturalnego skłonu ciała przy mówieniu ‘arigatou’, czyli dziękuję jakieś 800 razy.

Dojechaliśmy do hotelu wieczorem, a ja byłam głodna jak wilk. Zwiedzanie zaplanowałam już z góry na następny dzień, teraz tylko zostały mi poszukiwania restauracji. Wyruszyłam w drogę z dziewczyną z Finlandii, wchodziłyśmy do różnych knajp z pytaniem o menu po angielsku, niestety okazało się to niemożliwe do znalezienia. Ok są obrazki, pytamy więc kelnera czy mówi po angielsku- nie, czy ktokolwiek inny mówi- nie. Będzie zabawnie. Wszystko po japońsku, a obrazki są małe. Pytam pana czy chicken/prawn/fish- on odpowiada, że chicken. Przyglądam się dokładniej obrazkowi, niestety nie wygląda jak kurczak, o czym informuję kelnera- odpowiada mi- ‘no chicken’. Jest zabawnie. Biorę coś co wygląda jak udon, krewetka w tempurze i ryż z niewiadomo czym, co później okazuje się unagi, czyli japońskim węgorzem. Wydaje się, że porcje są drobne, wychodzę jednak z restauracji syta i ogromnie zadowolona- było pyszne!

Następnego dnia budzimy się wcześnie żeby zdążyć na pierwszy shuttle bus na stację kolejową w Osace. Do KIX lecę w marcu dwa razy, teraz chcę zobaczyć Kioto, które oddalone jest od Osaki tylko o godzinę drogi pociągiem. 

Rozpracowanie systemu płatności za pociągi i metro wydaje się nie lada wyzwaniem, kiedy jednak już pojmujemy o co chodzi, podróżowanie staje się dziecinnie proste. Potwierdza się wniosek z poprzedniego dnia- absolutnie nikt nie mówi tu po angielsku! Wszyscy jednak próbują nam pomóc, bez słów tłumacząc co i jak, widać też, że bardzo się cieszą przy tym całym pomaganiu. 

Drzemka w pociągu i lądujemy w Kioto. Dawno nie byłam tak podekscytowana. Nowe miejsce, o którym tyle słyszałam! Wycieczka zaplanowana na 4 punkty- bamboo Forest, Fushimi Inari Shrine, Nishiki market i Gion.

Las bambusowy

Kolejny pociąg i docieramy na przedmieścia, pełno tu małych, tradycyjnych domków, bardzo tu zielono, a widoki zupełnie jak z pocztówki. Przed nami dobrze oznaczony strzałkami piętnastominutowy spacer wraz z tłumem turystów, po którym docieramy na miejsce. Nigdy nie zapomnę tego w jaki sposób promienie słońca starały znaleźć swoje miejsce między warstwami roślinności, tego jak wysokie były wszystkie drzewa i jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie wszystkie kolory.

Następny punkt naszej wycieczki to Nishiki market czyli tradycyjny market na otwartym powietrzu. Można tu kupić wszystko: od owocówmorza, przez dziwne marynowane specjały, herbaty, wszystko o smaku macha, pamiątki, ręcznie robione pałeczki, po lokalne specjały. Jest tu kolorowo i dziwnie pachnie, postanawiam zjeść coś typowego dla tego miejsca- wybór pada na bułkę na parze z mięsem w środku, która wygląda jak nasza pyza! Mięsko jest natomiast przepysznie doprawione i wymieszane z warzywami. 

Kupuję herbatę sakura, czyli z kwitnącej wiśni, która wygląda jak zasuszone kwiaty, które mają się otworzyć pod wpływem gorącej wody (później okazuje się, że herbata jest słona?). Ostatecznie postanowiłam użyć jej do kąpieli, bo jest po prostu nie do wypicia.


Z Nishiki mamy blisko do Gion, czyli dzielnicy gejsz. Ten tradycyjny dystrykt przyciąg młode japonki, które przebierają się w kimono i całymi grupami odwiedzają obecne tu restauracje. Kimono można wypożyczyć także z lokalnych sklepików, gdzie starsze panie układają też fryzury i wykonują makijaże. My niestety mamy za mało czasu. Gion wygląda dokładnie jak wyjęty ze starych japońskich filmów, dużo tu klasycznej architektury, nawet takie szczegóły jak latarnie i zaparkowane tu samochody, które wyglądają jak wypożyczone z muzeum. Błąkamy się po małych uliczkach, kolejki do restauracji pełne są dziewczyn w kolorowych strojach, same też zatrzymujemy się żeby coś zjeść. Po wczoraj nie mogę odmówić sobie unagi, wiem że powinnam spróbować czegoś nowego, ale ten węgorz jest tak dobry i właściwie nie do dostania w innych krajach, że ani przez moment nie żałuję tego wyboru 🍱.

Pogoda nas nie rozpieszcza, a czasu coraz mniej, szybko udajemy się wiec do Fushimi Inari- świątyni znanej jako spacer wśród tysiąca bram. Japońska klasyczna architektura w najlepszej postaci, żywe kolory, niesamowite rzeźby, bardzo żałuję, że nie miałam czasu przejść całej drogi przez pomarańczowe bramy. Świątyń jest w Kioto mnóstwo, ale cieszę się, że wybrałam właśnie tę, uważam, że całe to miasto jest magiczne, a świątynia bogini Inari, chociaż pełna turystów, potrafi zachwycić każdego.

NRT

Następne w kolejce było Tokio, niestety ten lot zaliczam do mniej udanych. Dlaczego? Absolutnie wszystkie loty, które miałam w marcu, nawet te w tę i z powrotem były w nocy. Oznacza to totalne przemęczenie organizmu i przysypianie gdzie się da. Dodatkowo Narita jest mocno oddalona od Tokio i sam dojazd, łącznie ze wszystkimi przesiadkami zajął mi ponad 2h w jedną stronę, co pozwoliło mi zobaczyć tylko niewielką część miasta. Może też Kioto jest po prostu ładniejsze?

Absolutnie nikt nie chciał jechać ze mną, co oznacza jedno- crew na moim locie to ludzie, którzy wolą zostać w hotelu, bo ‘za daleko’, ‘wolę iść na siłownię’ ‘pewnie jeszcze tu przyjadę’- serio. Nawet nie wiecie jak często spotykam takich ludzi, uważam, że jest to strata miejsca w samolocie dla osób, które rzeczywiście chciałyby dane miasto zwiedzić. 

Pojechałam więc sama, autokarem, potem metrem i dotarłam na najbardziej znane skrzyżowanie na świecie- Shibuya crossing. Dlaczego znane? 2,5 tysiąca osób przekracza tu na drugą stronę ulicy podczas jednej zmiany świateł, wszystkie samochody zatrzymują się, a tłum napływa z każdej ze stron. Ciekawe do zobaczenia. Dodatkowo obok mieści się pomnik Hachiko- jest to pies znany z filmu opartego na prawdziwej historii, symbol wierności i przywiązania nawet po śmierci właściciela.

Spacerowałam po uliczkach pełnych sklepów z grami komputerowymi oraz ze zdziwieniem patrzyłam na kolejki ludzi ustawiające się przed Pachinko. Co to jest? Japońskie automaty, które podobno są połączeniem bilardu i pinballa. Jest tu masa miejsc, w których gdy tylko otworzą się drzwi, widać niekończące się rzędy automatów, a przed nimi nastolatki i starcy- wszyscy zapatrzeni, zapominają w ten sposób o świecie, w którym tempo stało się już zawrotne. W metrze widać miliony ludzi ubranych w eleganckie stroje, ciągnących do różnego rodzaju biur. Wszyscy jednak przestrzegają kolejek, stoją, nie odzywając się do siebie nawzajem. Może dlatego tak wielu z nich jest uzależnionych od tego półlegalnego rodzaju hazardu? Rzędy znudzonych ludzi gapiących się w automaty, rzędy znudzonych ludzi w drodze do pracy. Dla mnie trochę przerażające. Zaliczyłam jeszcze udon z wieprzowiną i musiałam wracać. To jest największy minus podróżowania będąc częścią załogi samolotu- wieczny brak czasu.

KIX 2
Na szczęście czekała mnie jeszcze jedna wizyta w Osace, tym razem postanowiłam zostać i zobaczyć to nowoczesne miasto, o którym również słyszałam same dobre rzeczy. Według kalendarza powinny już kwitnąć wiśnie, jednak zimna pogoda trochę wszystko opóźniła. Wybrałam się do parku Sakuranomiya- typowego miejsca dla turystów spragnionych widoku drzew wiśniowych w tym bardzo gęsto zaludnionym mieście. Park jest położony nad rzeką, obok dużego kolejowego mostu, nie można mu jednak odebrać uroku. Mimo tego, że kwiaty dopiero się otwierały, a dzień był raczej pochmurny, byłam zachwycona. Uroczy starszy pan widząc moje niezdarne próby fotografowania drzew na tle wody, zaproponował, że zrobi mi zdjęcie i był tak szczęśliwy, że mógł mi pomóc- tacy właśnie są Japończycy. 

Spotkałam mnóstwo spacerowiczów, ludzi urządzających sobie pikniki i spędziłam miły czas w ten zimny dzień. Dodatkowo moja obsesji na punkcie sakury, doprowadziła mnie do zakupienia chyba wszystkich dostępnych na rynku japońskim produktów kosmetycznych o tym zapachu: kule i sole dą kąpieli, maski do twarzy, peelingi, kremy- spokojnie, kupiłam na zapas.

Wszystkie dziewczyny z Japonii powiedziały, że koniecznie muszę wybrać się do Dotonbori i spróbować regionalnego specjału prosto z Osaki, czyli Takoyaki (nawet się zrymowało). W Dotonbori, czyli nowoczesnej dzielnicy położonej równolegle do wodnego kanału spędziłam pół dnia. Tłum ludzi w tym przypadku to niedopowiedzenie, natłok kolorowych, wymyślnych szyldów, ruszających się marionetek na nich umieszczonych, które tańczyły i śpiewały piosenki, przyprawia o lekki zawrót głowy! Na pewno jeszcze lepiej to wszystko wygląda wieczorem, jednak jak zawsze mocno ograniczał mnie czas. 

Skoro miałam spróbować Takoyaki, czyli kawałków ośmiornicy w cieście z dodatkami, stanęłam w najdłuższej kolejce licząc, że wystane pół godziny gwarantuje doskonały smak. Nie gwarantowało. Wiem jak bardzo niegrzeczne, szczególnie w tej kulturze jest wyrzucić jedzenie-miny osób na ulicy kiedy to robiłam były najgorszą formą ostracyzmu społecznego. Posiadanie jedynej w okolicy blond czupryny nie ułatwiło mi ukrycia się przed pełnymi niezrozumienia spojrzeniami- w końcu oni zajadali się tym ze smakiem.

Jak mówiłam wydałam małą fortunę na kosmetyki, co nie jest proste, bo to akurat jest tu dość tanie w porównaniu z reszta produktów i usług. Zjadłam też najlepszy ramen w życiu, odwiedziłam sklepy, które nie jestem w stanie nawet wytłumaczyć co oferowały i świetnie spędziłam czas.

Japonię polecam wszystkim, tam bardzo żałowałam, że doświadczenia zwiedzania jej po raz pierwszy nie mogłam dzielić z kimś bliskim. Inne kraje azjatyckie są moim zdaniem często do siebie podobne, Japonia jest zupełnie inna! Czysta, z jednej strony nowoczesna, z drugiej ogromnie tradycyjna, pełna uczynnych, niesamowitych ludzi. Miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Dubaj i Abu Dhabi

Jakiś czas temu (bardzo dawno) polecałam wam moje ulubione knajpki i jakieś podstawowe rzeczy, które można robić w Dubaju. Teraz zaliczyłam już wizytacje mamy, męża, najlepszej przyjaciółki i w ogóle znajomych i mogę powoli przebranżowić się w przewodnika turystycznego. Postaram się zebrać ciekawe, podstawowe, ale też niesztampowe miejsca koniecznie do odwiedzenia w Dubaju i Abu Dhabi, podpowiedzieć wam jak się tam dostać, ale też jakie atrakcje omijać.


Dubaj w 1 dzień

Bywa i tak, że wielu osobom wypada dłuższa przesiadka w Dubaju i pojawia się pytanie- co zobaczyć? Moim zdaniem w 24h jest kilka miejsc, które da się ogarnąć, a które dadzą wam ogólny pogląd na miasto.

Burj Khalifa + fontanny w Dubai Mall

Może jest to mega sztampowe, ale każda osoba, która mnie tu odwiedziła potwierdza, że zrobiło na niej wyjątkowe wrażenie. Wjazd na Burj Khalifę, czyli najwyższy budynek na świecie to koszt 130 dirhamów(około 150zł), koniecznie wykupcie go na oficjalnej stronie, co najmniej 24h przed planowaną wizytą, w innym wypadku wjazd kosztuje aż 500AED. Macie dwie opcje- obie są super, albo dzień, albo wieczór. Każda z opcji ma plusy i minusy. Dzień to przepiękne widoki na pustynię wokół ogromnych wieżowców i błękitną wodę w basenach, w których odbywa się pokaz fontann, noc to z kolei światła budynków i ulic, plus podświetlone fontanny widoczne z góry co 30 minut. Ja jednak wybieram widok dzienny- polecam wybrać się o 13-13.30 wtedy właśnie odbywają się 2 popołudniowe pokazy fontann.

Koniecznie same fontanny trzeba zobaczyć też z dołu, dopiero tu widać jak wysoko wyrzucana jest woda i słychać dokładniej podkład muzyczny. Zamiast tłoczyć się ze wszystkimi zaraz przy wejściu, pójdźcie spacerkiem w prawo, bliżej samej Burj Khalify. Dodatkowo około 10-15 minut przed samymi fontannami, na Burj Khalifie zobaczycie jak światełka układają się w przeróżne wzory.

Dubai Marina

Z Dubai Mall łatwo dostać się metrem do Mariny. Przystanek Damac Properties i krótki spacerek zaprowadzi was do najładniejszego miejsca w całym Dubaju. Łodzie, jachty, najwyższe budynki, lazurowa woda i setki restauracji wzdłuż promenady. Macie ochotę na bar i widok z góry- Pier 7 i ostatnie piętro, opiekanego kurczaka- Nandos, koreańskie bbq- Shogun. Znajdziecie też dużo tradycyjnych arabskich knajp z sziszą i jedzeniem zupełnie nie w moim stylu;) 

JBR

Z Mariny przyjemny spacer dzieli was od JBR- czyli najładniejszej w mieście publicznej plaży z kolejną promenadą pełną restauracji. Jumeirah Beach Residence i The Walk, bo takie są ich długie nazwy, to super miejsce na kolację wieczorem i długie plażowanie w ciągu dnia. Znajdziecie tu świetne knajpki śniadaniowe, makaroniki z Laduree, stoiska z watą cukrową i lodami- no generalnie, czego dusza zapragnie.

Tyle zdążycie zrobić w 24h, nie przyspieszymy metra, nie zmienimy odległości, a jeśli zamiast biegać macie ochotę miło spędzić czas- to jest plan dla was. Jeśli jednak w Dubaju macie więcej czasu, możecie czytać dalej.

Niestandardowy Dubaj

City Walk

Kolejne centrum handlowe, w nowoczesnej dzielnicy pełnej architektonicznie dopracowanych mieszkań. Centrum handlowe inne niż wszystkie, bo jakby odwócone- chodzi się tu bardziej na zewnątrz, po uliczkach udających europejskie małe ulice centrum miasta. Sklepy są ‘na bogato’, ale samo miejsce słynie z grafitti, widoku z daleka na Burj Khalifę i przepysznych knajp. Warto się wybrać na lunch i spacer. Przygotujcie aparaty, bo to miejsce jest jak to mówią ‘picture perfect’.



Gold and spice souq

Teraz odwiedzimy bardziej tradycyjną część Dubaju. Souq oznacza targ, a to z czego słynie Dubaj to tanie złoto i przyprawy. Wybór jest ogromny. Jeśli chcecie się tu dostać metrem: jedziecie czerwoną linią w kierunku Rashadiya, wysiadacie na stacji Union, przesiadanie się na linię zieloną w kierunku Souq i dojeżdżacie do stacji Al Ras, stąd już tylko krótki spacer małymi uliczkami i jesteście na miejscu. Obok ciągnie się kanał pełen łódek i tramwajów wodnych, czyli Abra. Warto znaleź trochę czasu żeby posnuć się po wąskich uliczkach, wchodzić do małych sklepików, targować się i odkywać arabskie smaki. Złoto i diamenty są znacznie tańsze niż w Europie- trzeba tylko wiedzieć jak umiejętnie zejść z początkowej ceny. Przyprawy są przepięknie wystawione, można je kupować na gramy, albo wcześniej zapakowane, o części z nich słyszałam pierwszy raz dopiero tu na miejscu. Zazwyczaj sprzedawcy chętnie opowiadają do czego dana przyprawa służy, jak z nią postępować, ile dodawać do określonych dań, częstują też arabskimi czekoladkami (które są przepyszne) i daktylami.


Al Bastakiya

Kiedy już zakończycie zakupy znajdźcie port tramwajów wodnych żeby za 1 dirhama przepłynąć na drugi brzeg. Tam znów pieszo pośród kolejnych straganów udajcie się koniecznie do artystycznej dzielnicy Al Bastakiya. Na wejściu znajduje się Arabian Tea House- przepięknie urządzona restauracja z tradycyjnym jedzeniem! Potem wędrówki wśród kolejnych małych uliczek, tym razem pełnych jeszcze bardziej tradycyjnej sztuki i ceramiki.


Atlantis the Palm

Najlepszy park wodny, w którym kiedykolwiek byłam. Rozrywka na cały dzień, bez względu na wiek. Zjeżdżalnie ustawione pionowo, tak szybkie, że zapiera dech, inne z kolei w otwartym tunelu, wokół którego pływają rekiny, niekończące się spływy pontonami i przepiękna plaża.

Abu Dhabi

Były plaże, targi, restauracje i centra handlowe, mieliście szanse na zakupy, jedzenie i zwiedzanie. Teraz czas na docenienie tego co najbardziej kształtuje arabską kulturę czyli Islamu. Ja wiem, że w Polsce to kontrowersyjny temat, jednak kiedy już zdecydowaliście się na wakacje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich warto chociaż na podstawie największego meczetu zrozumieć o co chodzi. Grand Mosque, bo tak on się nazywa to przepiękny, biały budynek, pełen ornamentów nawiązujących do świata roślin. 

Jednak jak tu dojechać? Możecie wynająć samochód- sam wynajem nie jest drogi a ceny paliwa to po prostu żart. Jeśli jednak nie chcecie bawić się w karty kredytowe, zawsze możecie wybrać busa. Busy odjeżdżają ze stacji IBN Batuta, jednej z ostatnich stacji metra, co pół godziny. Przejazd w jedną stronę to koszt 20 dirhamów, a zapłacić można tą samą kartą, której używać będziecie w dubajskim metrze. Przejazd trwa 1,5h, autobus jest nowoczesny, wygodny i klimatyzowany. Wysiadacie w samym centrum Abu Dhabi, samo miasto uważam za nieciekawe- wygląda na starsze i bardziej zaniedbane niż Dubaj. Są tu oczywiście ładne miejsca, możecie na przykład odwiedzić Emirates Palace i wypić kawę z 24karatowym złotem za 70zł, ale ja nie jestem wielką fanką tego miasta. 


Z dworca autobusowego w Abu Dhabi możecie dojechać taksówką, albo miejskim autobusem. Meczet jest nie do opisania słowami, wizyta przynosi wyciszenie i zrobiła wrażenie na każdym, którego tam zabrałam.


The last exit

Jeśli jednak do Abu Dhabi wybierzecie się samochodem w drodze powrotnej koniecznie zatrzymajcie się w niesamowitym miejscu stylizowanym na amerykańską jadłodajnię, pełnym kolorowych food trucków serwujących burgery, naleśniki, kurczaki, owoce morza- no same pyszności!

NY

To będzie długi post! Nowy Jork to moje najulubieńsze (jest takie słowo?) miejsce na ziemi! Jest tu wszystko co najlepsze- doskonała architektura, mieszanka knajp z każdego zakątka świata, super tanie zakupy i najciekawsze muzea. Opiszę tu moje dwie wizyty w wielkim jabłku- jedna miała miejsce kilka lat temu i była moją pierwszą wycieczką do Stanów Zjednoczonych, drugą z kolei, już jako stewardessa, odbyłam w grudniu. Mam mnóstwo miejsc, których nie wolno pominąć, ale także wskazówek i podpowiedzi.



Przygotowania

Kiedyś latało się na wakacje do tanich hoteli all inclusive w Egipcie, Tunezji i Turcji. Brzydkie i niewygodne samoloty czarterowe zabierały nas do miejsc, których tak naprawdę nie zwiedzaliśmy. W końcu morze, baseny, jedzenie i sklepy- to wszystko było w hotelu. Rozumiem to jednak- jeszcze kilka lat temu loty były dużo droższe. Pamiętam jednak ten dzień, kiedy z mamą postanowiłyśmy polecieć do Nowego Jorku, kupiłyśmy lot z dużym wyprzedzeniem i cena okazała się nie odbiegać od cen za wakacje w ciepłych krajach- 2000 zł za osobę, w dwie strony, polską linią lotniczą LOT. Pamiętam wizytę w ambasadzie w Warszawie, gdzie z bananem na ustach mówiłam panu, że głównym celem mojej wizyty w Stanach są zakupy a on z uśmiechem wystawił mi wizę na 10 lat. W torbie miałam gacie, 1 parę spodni, t-shirt i sweter, w końcu w listopadzie był black friday i zaczynały się wyprzedaże. 

Zaczęłyśmy jednak od postanowień wstępnych i wyznaczyłyśmy sobie cele, ramy czasowe i koszty. Uznałyśmy, że hotel będzie nam służył tylko do spania, może być więc tani, bo przecież musimy koniecznie spędzić ten tydzień na jak najlepszym poznaniu miasta. Wybrałyśmy tani hostel z dobrą lokalizacją- YMCA zaraz obok Central Parku. Dodatkowo wiedziałam wcześniej, że trzeba ogarnąć też wszystkie muzea. Znalazłam w internecie coś co nazywa się City Pass- płaci się za to kartą i odbiera w pierwszym odwiedzonym miejscu. City Pass dostępny jest dla najróżniejszych miast, nie tylko dla NY, pozwala na tańsze wejścia bez kolejki do podstawowych atrakcji turystycznych. W cenie miałyśmy kilka rzeczy, niektóre były zaklepane, inne stanowiły wybór spośród dwóch opcji. Na liście były: Metropolitan Museum of Art, MOMA, American Museum of Natural History, Empire State Building, Top of the Rock albo Gugenheim Museum, Statua Wolności i Ellis Island albo podróż stateczkiem z widokiem na Statuę i mosty. Z tego co widzę teraz zamiast MOMA jest muzeum 9/11 i coś jeszcze, ale nasz trip był już kilka lat temu. City Pass to absolutny strzał w dziesiątkę, na miejscu okazało się, że kolejki do kupna biletów są ogromne i ceny zdecydowanie wyższe niż przy wcześniejszym zakupieniu przez internet. 

Wracając do tematu hotelu.. Hostel to nie jest mój wymarzony przybytek. Zbiorowe dla piętra łazienki i prysznice to koszmar, ale przyznaję- był okropnie tani. Ostatnią noc jednak spędziłyśmy na 42 piętrze Hiltona, w ofercie znalezionej na bookingu. To w ramach podsumowania jak bardzo byłyśmy stęsknione normalnych warunków. 

W Nowym Jorku spędziłyśmy tydzień i nie wyobrażam sobie, że mogłabym powiedzieć, że poznałam trochę to miasto będąc tam krócej.



Zaczynamy

Lot LOTem był ok, jedynym ciepłym posiłkiem były jednak podgrzane kanapki. Pamiętam, że pasażerami byli rodzice osób, które przeprowadziły się do Stanów i w najlepsze trwała licytacja czyj syn z Czikago radzi sobie lepiej. Lot odbył się w 2011 roku, lądowaliśmy podczas mgły i słychać było tylko modlitwy żeby nie powtórzył się Smoleńsk. Ciekawe doświadczenie.

Rzecz, której nigdy nie zapomnę to mina mojej mamy, która wyszła z metra i zobaczyła te wszystkie ogromne budynki. Nie umiem tego opisać moim zagranicznym koleżankom, że za “jej czasów” nie można było podróżować i że nikogo nie było stać na loty. Ja też byłam tym wszystkim oszołomiona, byłyśmy zmęczone, ale i tak wstałyśmy o 6 rano, bo ekscytacja zrobiła swoje! Starbucks zaraz obok hotelu, łapanie wi-fi i krzyki zachwytu do wszystkich, z którymi udało się połączyć. 

Początkowo nie mogłam ogarnąć układu ulic (no dobra wcale nie tylko początkowo). Niby jest tak prosto, czyli mamy aleje, kóre mają małe numery i często jakieś nazwy np. Madison, Park, Lexington i biegną z północy na południe . Reszta to ulice o wyższych numerach, które biegną z kolei ze wschodu na zachód. Niby sprawa jest prosta, ja jednak zawsze wychodząc z metra szlam w złą stronę i w połowie drogi orientowałem się, że zamiast iść w dół do 42, szlam w górę do 43. 

Nie pamiętam jakie miejsca odwiedzaliśmy w jakiej kolejności. Pamiętam jednak bardzo dokładnie, które podobały mi się najbardziej i które absolutnie TRZEBA ZOBACZYĆ. 

American Museum of Natural History

Pamiętacie ten film, że ktoś gubi się w muzeum w NY, ożywają tam dinozaury i inne cuda? To właśnie tutaj. Mamy tu ogromny zbiór kości dinozaurów, ale także witryny przedstawiające zwierzęta żyjące na lądzie i w wodach w dalekiej przeszłości. Z oczarowaniem oglądałam pokaz na temat planet układu słonecznego odbywający się w planetarium, do którego głosem narracji był niesamowity głos Whoopi Goldberg. W tym miejscu można ze spokojem spędzić cały dzień, jest ogromne i super interesujące, dodatkowo zlokalizowane zaraz obok Central Parku, gdzie można udać się później. Ten park to takie zielone płuca tego betonowego miasta, są tu osobne alejki dla biegaczy i rowerzystów, miejsca do gry w najróżniejsze sporty, słynne budki z preclami, stawki, rzeczki i oszałamiający widok.



Metropolitan Museum of Art

Moje muzeum numer jeden. To na jego schodach siedziały bohaterki serialu plotkara. To tu odbywa sie uroczysta gala MET, na której amerykańskie gwiazdy prześcigają się w tym, kto ubierze się najbardziej oryginalnie. Tutaj też mieści się ogromny zbiór obrazów z różnych epok. Najbardziej znane dzieła największych malarzy. Ja mimo męża architekta przyznaję się bez bicia, że nie rozumiem sztuki współczesnej. Nie wstydzę się, że bawi mnie to, że ktoś musi mi tłumaczyć daną rzeźbę, albo dlaczego czarny kwadrat jest sprzedawany za wiele milionów dolarów. Dlatego Metropolitan do mnie trafia. Wśród dzieł Rembrandta spędziłam chyba godzinę, wpatrując się w mistrzowskie detale na obrazach. Był też Pollock i Warhol, ale bez przeginania.

MOMA

Museum of Modern Art. Dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, chociaż wiem, że ma swoich oddanych fanów. Nie powiem, że to strata czasu, w końcu bardzo starałam się coś zrozumieć. Kolejka do Krzyku Muncha była na kilka godzin, niestety zrezygnowałyśmy. Było kilka rzeczy, które były ok. Reszta to nie mój klimat i koniec tematu.

Empire State Building i Top of The Rock

Zdecydowałyśmy się wejść na szczyty obu wieżowców- Empire zaliczyłyśmy w nocy, a Rockefeler w dzień. Kwintesencja Nowego Jorku. Widok zapierający dech. Z Top of The Rock widać Empire State i Central Park, drugi raz wspięłam się tam już jako cabin crew niecałe dwa miesiące temu. Wiecie o co chodzi- słowa nie oddają.



Statua Wolności

Zdecydowałyśmy się, że zamiast snuć się po Ellis Island i oglądać  Statuę od dołu wolimy rejs stateczkiem i oglądanie jej z daleka i uważam, że był to świetny wybór. Dodatkowo widok na mosty- Brooklyn i Manhatan. Warto też przejść się samym mostem brooklińskim na drugą stronę do dzielnicy o tej właśnie nazwie, widok z bocznych uliczek na to jak głęboko most “wchodzi” w miasto, miejsca mniej posh, a bardziej alternatywne, klimat pięknych ceglanych budynków!

Koniecznie trzeba też zobaczyć Highline, czyli starą linię pociągu, która ciągnie się jakby nad miastem, którą zamiast wyburzyć, postanowiono zostawić i obsadzić przepiękną roślinnością, nadając jej charakter spacerowej alejki z widokiem na zatłoczone ulice. Bez końca można też wymieniać wszystkie restauracje, wszystko jednak zależy na jaką kuchnie macie smak- przedstawiciela każdej znajdziecie bowiem w NY. 

Prawie zapomniałam o Grand Central- stacji kolejowej z gwiaździstym sklepieniem w turkusowym kolorze- tam w podziemiach serwują też przepyszny nowojorski sernik!

Zakupy, szczególnie w okresie wyprzedaży to marzenie. Victoria’s Secret, wszelkie sportowe buty, spodnie Marca Jacobsa za 50dolarów, garażowe wyprzedaże dla wtajemniczonych z rzeczami vintage najlepszych marek, a torba na powrót wypchana po brzegi. 

Nie ma jednego przepisu na Nowy Jork, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Teraz w Grudniu ja znalazłam świąteczną atmosferę, której brakowało mi w Dubaju- na to też nie ma lepszego miejsca, bo ilość choinek, ozdób i lodowisk przytłacza. Chciałabym jeszcze zaliczyć jakieś przedstawienie na Broadwayu, show Jimmy Falon albo Kimmel, koncert w Madison Square Garden i wiele innych rzeczy, ale myślę, że na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

Moja przesadnie zadowolona twarz nadaje się tylko do ocenzurowania, ale mówiłam już, że w sklepie spożywczym spotkałam Johna Legenda?

Co robić by nie być pasażerem z koszmaru?!

Dziś podejdźmy do tematu latania trochę przewrotnie. Po spędzeniu w 2016 roku w powietrzu 672 godzin przyszło mi się zmierzyć z różnymi ciężkimi przypadkami. Jak wiemy nie ma głupich pytań. Czasem jednak zastanawiam się czy na pewno. 


Emirates oferuje inne usługi niż tańsze linie lotnicze: mamy koce i słuchawki, które czekają na siedzeniach, bezpłatne filmy, seriale i muzykę, dostęp do widoku z kamer, które pozwalają oglądać start, lot i lądowanie z nowej perspektywy, a w zależności od samolotu jest też wi-fi, usługi sieci komórkowych, telewizja na żywo. Dodatkowo jedzenie, picie i alkohol jest za darmo. 


Część pasażerów leci z Emirates po raz pierwszy- są zachwyceni ofertą produktów, z których mogą skorzystać, dopytują czy wino na pewno jest darmowa, zadają różne  pytania, bo po prostu pierwszy raz widzą to i owo na pokładzie. Druga grupa to pasażerowie, którzy też lecą po raz pierwszy, ale w związku z tym, że jest za darmo postanawiają wypić i zjeść ile tylko się da, dodatkowo wymagają dwóch dodatkowych kocy, zabawek dla dzieci, nawet jeśli podróżują bez nich, a także wołają stewardessę żeby podała im chusteczkę do nosa nawet jeśli siedzą obok toalety, w której jest ich w bród. Trzecia grupa to mili stali klienci, nie warto wiele o nich pisać, latają pewnie więcej niż ja. Czwarta to z kolei ludzie, którzy mają już kilka lotów na swoim koncie i postanawiają np. zwrócić mi uwagę, że nudzą się podczas lotu i powinniśmy zapewnić im uwaga: książki. Tak drukowane tomy książek są w samolocie dużo lepsze niż najnowsze filmy i playlisty dostępne na ekranie tuż przed tobą. 

Do sedna jednak! Postanowiłam umieścić w tym poście krótkie praktyczne rady jak nie być pasażerem z koszmaru. Dlaczego cabin crew proszą pasażerów o dane rzeczy i dlaczego są one istotne. Przejdziemy przez ten proces razem, od samego wejścia na pokład. Proszę wyposażyć się w minimalną dawkę poczucia humoru, nie mam zamiaru nikogo obrazić, a może uda mi się niektóre niejasności wytłumaczyć.

Boarding

Moment wejścia na pokład. Ktoś stoi przy wejściu i pyta o bilet, przecież sprawdzali ci go już 5 razy na lotnisku, niezadowolony wyciągasz go z kieszeni. Dlaczego obsługa pyta cię o bilet przy wejściu skoro sprawdziły go już inne osoby na lotnisku? Dlatego, że to my odpowiadamy za bezpieczeństwo danego samolotu, chcemy być w 100% pewni, że kierowca autobusu nie pomylił się i nie zawiózł na niewłaściwy lot – tak, to się zdarza. 


Wszedłeś już i szukasz miejsca, nie odrywasz wzroku od biletu i nie zauważasz kiedy mówię ci dzień dobry. Po pierwsze jestem tu też po to żeby ułatwić ci życie- znam ten samolot na wylot, powiesz mi gdzie siedzisz, a ja zaoszczędze ci kłopotu. Są też i tacy, którzy przemierzą całą kabinę nie patrząc na wyraźnie wyrysowane numery i na samym końcu samolotu zauważają, że ich miejsce jest z przodu. Wtedy oczywiście muszą w niezadowoleniu czekać aż przejdzie cała reszta pasażerów, bo nawrotka w samolocie nie jest taka łatwa, szczególnie jeśli to Airbus a380, a pasażer doszedł już do rzędu 85. Odrobina skupienia to chyba klucz do sukcesu.

“Daj mi wodę”- pomijam już kwestię proszę, dziękuję i innych takich. Ja stoję na środku tej kabiny z jakiegoś powodu, pomagam tym zagubionym, staram się logicznie rozlokować bagaż, zamieniam w miarę możliwości miejsca by rodziny mogły siedzieć obok siebie. Jednym ciągiem wchodzi tu około 400 osób, a ja o dziwo nie mam tej wody przy sobie. Muszę przejść drogę do kuchni i wrócić- ale jak mam się przebić przez tłum ludzi? Czy jest opcja żeby poczekać aż wszyscy wejdą? 


“Wsadź tam moją walizkę”- to zdarza się na każdym locie, facet mówi do mnie, że ma ciężką torbę. Kochani panowie, ja jestem kobietą, a was jest w mojej kabinie około 50ciu, każdy z was ma ze sobą walizkę, która waży około 10 kg. Ta walizka została przez was zapakowana, przetransportowana do lotniska, przez lotnisko, do samolotu, jak to się dzieje, że w tym ostatnim momencie tracicie wszystkie siły i liczycie na moją pomoc- nawet nie pomoc, ale moją usługę podsadzacza walizek? Jakoś przy wyjściu nigdy nikt nie ma z tym problemu! 🙂

Dobra rada- wejdź na pokład, wsadź dużą walizkę do miejsca nad głową, usiądź. To pozwoli wszystkim pasażerom rozlokować się na miejscach, a nam zamknąć drzwi i wylecieć na czas. Ty nie będziesz spóźniony i wszyscy będą szczęśliwi. Przed wylotem jest jeszcze mnóstwo czasu, wtedy możesz zdjąć kurtkę, schować paszport, szukać słuchawek, przewijać dziecko, zmieniać buty, przebierać spodnie, a nie wtedy kiedy stoi za tobą zniecierpliwiony tłum.


Wszyscy siedzą, rozdaliśmy wam menu na ten lot, rozdajemy też zabawki dla dzieci (tak, takie cuda są w Emirates). Nie- nie możesz dostać zabawki dla dziecka swojej przyszywanej siostry, której tu akurat nie ma- nie wiem ile dzieci jest przede mną, a chciałabym każdemu z nich dać coś fajnego- jeśli będę miała nadwyżkę na pewno do ciebie wrócę. Nie wróciłam? To dlatego, że ilość małych pasażerów na pokładzie stale rośnie, nie dlatego, że jestem niemiła. Gdybym rozdała te zabawki każdemu dorosłemu, który o nie pyta, nie zostałoby zupełnie nic dla dzieci.

Zabezpieczenie kabiny

To jedno z ważniejszych dla mnie zadań, przygotowuję moją część kabiny do startu. Trochę teorii: start i lądowanie to statystycznie najbardziej niebezpieczne części każdego lotu. Dlaczego? To w tych fazach najbardziej prawdopodobny jest jakiś błąd, bardziej odczuwalne są też ruchy samolotu, my chcemy żebyście siedzieli bezpiecznie na miejscach, reszta kabiny ma być z kolei gotowa na ewentualną ewakuację. Tak, musisz zapiąć pas- koniec tematu. Inne sprawy mogę opisywać bardziej, ale poczytajcie sobie o tym, czy większe szanse przy ewentualnej katastrofie ma osoba, która poleci do sufitu, czy ta zapięta w pasy, utrzymująca wskazaną pozycję ciała. Tak, twoje dziecko też musi zapiąć pasy, nawet jeśli jest małe, nie słucha, nudzi się, nie może “usiedzieć”, nawet jeśli na twoim ostatnim locie nie musiało. Ja biorę na siebie odpowiedzialność za wasze bezpieczeństwo. Ty weź na sobie odpowiedzialność za wytłumaczenie własnemu dziecku, że musi mnie posłuchać.

“Dlaczego muszę złożyć stolik, ustawić fotel w pozycji pionowej?” Czy chciałbyś wybiegać z samolotu, w którym osoba przed tobą ma w pełni rozłożony fotel? Czy uważasz, że będziesz szybszy próbując w stresie i pośpiechu poradzić sobie ze stolikiem i torbą na twoich kolanach? Tak myślałam.

“Dlaczego przy ewakuacji nie mogę wziąć ze sobą torby? Mój laptop był bardzo drogi, tam jest mój paszport.” Cenisz sobie swoje życie? Cenisz życie ludzi za tobą? A moje, stewardessy, która wychodzi ostatnia? Prawidłowa ewakuacja całego samolotu powinna trwać 90 sekund, wtedy jest ona najbezpieczniejsza. Pomyśl, że samolot się pali, jak szybko ten ogień zająć może całą elektronikę i paliwo lotnicze. W tym czasie wolisz być na zewnątrz, a nie szukać w stresie swojej torby. 

Dlaczego przed lądowaniem załoga zabiera mi koc i słuchawki? Dlatego, że to kolejna przeszkoda na drodze twojej efektywnej ucieczki.

“Siedzę na miejscu przy wyjściu ewakuacyjnym, mam więcej miejsca na nogi, ale nie mogę mieć przy sobie podczas startu i lądowania torby, a stewardessa zbiera wszystko, co znajduje się na podłodze- dlaczego?” Właśnie tę trasę obierze uciekający tłum w przypadku ewakuacji, najmniejszy papierek, koc, torba to potencjalne przeszkody. Przypominam- 90 sekund.

Lot

Najgorsze mamy już za sobą. Na naszych lotach zaraz po starcie włączamy piekarniki, przygotowujemy bary i wszystko, co zaraz wjedzie do kabiny. “Za ile będzie obiad- jestem głodny!” Za tyle za ile się podgrzeje. W samolocie nie ma kuchni, wcześniej przygotowane i zamrożone produkty wstawiamy do specjalnych piekarników na określony czas. 

“Dlaczego nie macie dla mnie nic wegetariańskiego, nie zamówiłem takiego dania co prawda przed lotem, ale powinniście mieć więcej na pokładzie.” Nie mamy. Mamy dokładnie tyle posiłków ilu jest pasażerów, dania specjalne (wegetariańskie, wegańskie, bez laktozy, glutenu..) trzeba zamówić przed lotem.


“Jak to skończył się kurczak?” Bywa i tak- w menu dwie potrawy do wyboru, a ty zostajesz tylko z wołowiną. Pasażerów jest 400, a rozkład posiłków to 50/50, niestety wszyscy w pierwszych rzędach wybrali kurczaka- czy mam teraz wyjść i na niego zapolować? To jest samolot, jeśli przeprosiłam to znaczy, że serio nic nie mogę zrobić.

“Wypiłem już 12 heinekenów w końcu są darmowe, dlaczego nie mogę wypić tych kolejnych czterech? Co prawda ledwo już mówię, nie mogę znaleźć też swojego miejsca, ale zapłaciłem przecież za bilet!” To tak nie działa- my musimy bezpiecznie sprowadzić cię na ziemię, jeśli nie słuchasz naszych komend to wydaję mi się, że starczy na dziś.


“O włączył się sygnał zapiąć pasy- to świetny czas na pójście do toalety!”. Dlaczego zwracam ci uwagę? Ten koleś, który prowadzi tę brykę widzi z przodu trochę więcej. Jeśli on mówi, że zapinamy pasy, to znaczy, że nie dyskutujemy i zapinamy pasy. Jesteś dorosły, dasz radę trochę wytrzymać. Wierzcie mi, że są takie regiony, w których turbulencje są silne, czasem też niespodziewane. Kapitan woli włączyć “seatbelt sign” wcześniej, niż później mieć na sumieniu ciebie, który podleciałeś do sufitu i złamałeś sobie nogę. Tak, to się zdarza. 

Wniosek z tej całej litanii jest jeden. W czasach gdy zwykłe samoloty z klasą ekonomiczną wyglądają luksusowo i czujesz się w nich jak w domu, pamiętaj, że w domu nie jesteś. Jesteś na wysokości 40000 stóp, a tu może zdarzyć się wszystko. Jednak jeśli będziesz nas słuchał, prawdopodobieństwo tego, że podróż minie ci miło zwiększa się o 150% 😉

Nadrabiam zaległości

Przywitałam nowy rok i postanowiłam nadrobić obiecane zaległości. Przyznaję, że miałam ochotę skasować tego bloga, grudzień był ciężki pod względem niekończącej się tęsknoty za domem. Jednak z jakiegoś powodu czytacie ten mój przewodnik po bardzo krótkim zwiedzaniu różnych miast, dlatego dziś opowiem o dwóch odwiedzonych jeszcze w listopadzie.

Kopenhaga

Wszystko co słyszałam o Kopenhadze sprawdziło się w 250%. Było wietrznie i zimno, miasto jest architektonicznie spójne i niesamowicie czyste, a wszyscy jeżdżą na rowerach mimo tego, że pogoda nie sprzyja, dodatkowo moje skandynawskie zakupy to prostota i dobra jakość oddana w jednej parze sztybletów (takie buty).

Już po wejściu do pokoju hotelowego wiedziałam z czym mam do czynienia: prostota, elegancja, doskonały widok. Widzę za oknem resztki słońca, co daje mi nadzieję, że jeśli wyjdę teraz to czeka mnie kilka stopni więcej, szybkie szykowanie i jestem. 

Uważam, że Kopenhagę można zwiedzić w dwa dni, w końcu mi w ciągu tych kilku godzin udało się przejść przez prawie wszystkie jej najważniejsze punkty. Oczywiście nie wchodziłam do bibliotek, kościołów i muzeów ( a na pewno są one przeciekawe), jednak udało mi się “z zewnątrz” zobaczyć to, co można określić jako podstawę programową.

Z hotelu ruszałam z myślą o dotarciu do portu Nyhavn, tak aby po drodzę zobaczyć budynek pięknej biblioteki, nowoczesny most, ratusz i dworzec. Na wszystkie z tych miejsc udało mi się rzucić okiem, jednak bałam się, że rzeczone oko zamarznie przy dłuższym patrzeniu, dlatego też rzucałam nim szybko. Gdyby była inna pora roku na pewno wypożyczyłabym rower, miałabym wtedy okazję zobaczyć więcej, szokiem był jednak dla mnie widok dziesiątek rowerzystów zawiniętych w grube warstwy ubrań- ja nie byłam tak dobrze przygotowana. 

Nie jestem tu po to żeby pisać dla was przewodnik, mogę podzielić się moimi krótkimi wrażeniami. Moją uwagę zwrócił budynek Royal Library- czarna bryła, która połyskuje w słońcu w bardzo specyficzny sposób. Tu zdecydowałam się usiąść i spędziłam chwilę na mrozie przyglądając się budynkowi, okolicznym mostom, małemu pomnikowi syrenki. Popatrzcie tylko na te zdjęcia, w stolicy Danii nie ma miejsca na przypadek, każdy budynek jakby krzyczał “właśnie tu powinienem być”. Nie dziwię się, że oni wymyślili LEGO, inteligentna rozrywka wydaje się właściwa dla duńskich dzieci. 


Mosty, mostki, dużo wody, mało ludzi na ulicach. Zmierzam w stronę Nyhavn, czyli miejsca gdzie zacumowane są stateczki i jachty, pełno tu restauracji i knajpek, a po obu stronach kanału znajdują się typowo duńskie kamieniczki w pięknych kolorach. Bardzo chciałabym coś zjeść, Dania słynie jednak z kuchni, która wręcz odrzuca mój dziwny jedzeniowych gust. Śledź w tysiącu wariacji czy pasta z wątróbki to zupełnie nie moje klimaty, przyznaję bez bicia, że zdecydowałam się na burgera. Żegnam kolorowe Nyhavn, zmierzam w stronę ratusza i dworca. Po drodze wchodzę jednak do małego centrum handlowego w poszukiwaniu rękawiczek (nie czuję dłoni), wychodzę jednak zaopatrzona a w parę przepięknych, ultraprostych, skórzanych sztybletów. 

Polecam Kopenhagę wszystkim, którzy cenią sobie dobrą, nowoczesną architekturę, na mojej krótkiej drodze to właśnie budynki zwróciły moją największą uwagę. Uważam jednak, że warto tu przyjechać wiosną, albo latem- na pewno bardziej skorzysta się z tego co ma do zaoferowania to portowe miasto.

Wenecja

Kilka dni później byłam już w zdecydowanie cieplejszej Wenecji. Nie była to moja pierwsza, ani też na pewno ostatnia wizyta w tym niesamowitym włoskim mieście. Każdy wie o co tu chodzi- Wenecja jest miastem na wodzie, czasowo zalewana, oblegana przez turystów, pełna kanałów, którymi przemieszczają się nucący “Volare” gondolierzy, do których możemy dołączyć płacąc jedynie stówkę euro. Niby przereklamowane, niby śmierdzi. Wszystko bzdury. Przepiękne małe miasteczko, plac świętego Marka, katedry, kościoły, małe uliczki, rodzinne knajpki. 

Miasto można z łatwością przemierzyć w ciągu kilku dni, żeby było taniej można mieszkać poza wyspą i dopłynąć promem, albo dojechać busem. Odległości nie są duże, piesze wycieczki są więc mocno wskazane, można też kupić bilet na większe od gondoli wodne tramwaje i przemierzyć Wenecję wzdłóż i wszerz. Włoskie jedzenie to już inna bajka- znajdźcie mi kogoś kto nie lubi makaronów i pizzy, z owocami morza- wiem, że bywa różnie, a tu są one pierwsza klasa. Nie ma prostego przepisu na Wenecję, możecie zaliczać najważniejsze punkty z przewodników, ja polecam jednak odłożyć mapę na bok i po prostu iść przed siebie, kluczyć po małych uliczkach i gubić się na kolejnych mostach, wejść do najmniejszej knajpy, w której siedzi najwięcej miejscowych i rozkoszować się atmosferą. Tylko tyle i aż tyle.

Uczę się Europy na nowo

Byłam już w wielu europejskich miastach- dużych i małych. Jak to możliwe, że ominęłam Rzym i Paryż? Przecież to główne, najjaśniej świecące punkty na mapie Europy. Koloseum i wieża Eiffla. Spaghetti i croissant. Vespa i w sumie też Vespa. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak mało widziałam i wiem, że to banalne, ale też,  jak mało wszyscy jesteśmy w stanie zobaczyć. Przecież ja mam możliwości, podróżowanie to moja praca, a świat zamiast się dla mnie zmniejszać to powiększa się każdego dnia. Pośród tych wszystkich ludzi, z różnych krajów, kultur i miejsc, pośród ich historii i poglądów, mimo tego, że wydawało mi się, że dużo wiem- okazało się, że nie wiem nic. 

Mam ostatnio trochę problemy ze zdrowiem, jestem wiecznie zmęczona, mam bóle mięśni i okropne bóle głowy. Nie zaprzeczę, że utrudnia mi to funkcjonowanie i kiedy myślę o kolejnym locie w nocy, zaburzonym rytmie snu i jeszcze o tym żeby wywlec się z hotelu i coś zobaczyć, to mi ciężko. To są skutki uboczne tej pracy. 

Rzym

O tym mieście słyszałam od wszystkich, każdy ma tu swoje ulubione miejsca, każdy też mówi, że straszne tu tłumy. Wszystko prawda, wszystko banał, jak tu o nim opowiedzieć? Turystycznie, szczególnie w skondensowanej wersji dla stewardessy- miasto idealne (w przeciwieństwie do Paryża, o którym za chwilę). 

Hotel niestety przy lotnisku, czyli jakieś 40 minut w korkach od miasta. Busik wysadza nas niedaleko Koloseum, ale to zostawiamy sobie na deser i ruszamy dalej. My czyli ja i cudownie zagubiona dziewczyna, po swoim pierwszym locie- ale super jest być czyimś przewodnikiem. Dacie wiarę, że latam już 9 miesięcy? Zwiedzanie zaczynamy od Panteonu- mój brat w końcu powiedział, że przepiękny, a rodzinie się ufa! Po drodze zbaczamy jednak na śniadanie, pierwsza lepsza knajpka, w której pieczywo wygląda przyzwoicie. Siadamy na zewnątrz, w październiku trafia się nam w końcu prawie 20 stopni i słońce- nie sposób z tego nie skorzystać. Zaprawione gorącą czekoladą ruszamy małymi uliczkami w poszukiwaniu zabytków. Prawdziwe turystki z aparatami i mapą w rękach absolutnie zachwycamy się tym miastem. Na każdym rogu czuć, że Rzym ma za sobą niesamowite historie, że stąpamy po ulicach, które liczą sobie kilkaset a czasem i kilka tysięcy lat. Docieramy do Panteonu- mój brat nie kłamał. Ta okrągła świątynia, która już w swojej nazwie wskazuje, że jest miejscem poświęconym wszystkim bogom, nawet dziś przytłacza zwykłego śmiertelnika. Jest to jedna z najlepiej zachowanych budowli z czasów starożytnego Rzymu, co widać gołym okiem. Koloseum jest “wystrzępione”, Panteon natomiast wygląda jakby został nietknięty zębem czasu i dzielnie opierał się wojnom. Na środku kopuły znajduje się otwór, który wpuszcza do budynku światło słoneczne, rozpraszające się promienie pięknie oświetlają znajdujące się w środku grobowce. Podsłuchując przewodnika zagranicznej wycieczki dowiaduję się, że to miejsce nadal funkcjonuje jako czynny kościół, w którym odprawiane są msze. Niesamowite? Moim zdaniem bardzo, w końcu Panteon ma prawie 2000 lat. 

Zostawiamy Panteon i znów udajemy się w kolejne małe uliczki pełne sklepów z włoską modą i restauracji, na ulicach wokół nas sprzedają kasztany i kolorowe pamiątki, a my szukamy Piazza Navona. Trudno się tu zgubić, wszystkie najważniejsze miejsca są w zasięgu pieszego spaceru, dodatkowo kierują nas czytelne tabliczki, a także wycieczki chińskich turystów- dla nich każda pora jest dobra na zwiedzanie. Na środku placu znajduje się fontanna Czterech Rzek, jest słonecznie, architektura zachwyca, a ja odnajduję sklep moich marzeń. Nie jestem zbyt mądra, ponieważ na początku wycieczki kupuję limoncello, parmezan, szynkę parmeńską, przyprawy i makarony. O tym, że nie ma ze mną mojego męża, który zazwyczaj zajmuje się dźwiganiem moich wymysłów przypominam sobie już po wyjściu, ale przecież nie mogę wyjechać z Włoch bez tak podstawowych produktów! 

Kolejny dłuższy spacer w stronę Schodów Hiszpańskich. Po drodze mijamy bogatą dzielnicę, w której na każdej uliczce pełno jest sklepów najlepszych domów mody. Schody prowadzą do kościoła Trinita dei Monti, jednak nie decydujemy się na wejście do środka. Zamiast tego podziwiamy widok z góry na uliczki, które przed chwilą przemierzyłyśmy, a ja nie mogę się nadziwić ile tu turystów(a jest przecież po sezonie) i zastanawiam się co tu musi się dziać latem. Okazuje się, że w każdym z miejsc spędzamy trochę więcej czasu niż wcześniej założyłyśmy, przyspieszamy więc aby dotrzeć do Fontanny di Trevi. Przyznam, że mi kojarzy się ona głównie z pokazami mody, wiem też, że wrzuca się do niej pieniądze na szczęście i że tych pieniędzy jest tyle, że władze miasta wyławiają je i przeznaczają na konserwacje zabytków. Ludzi tu tyle co drobnych w tej fontannie, ciężko w ogóle przecisnąć się w jakiekolwiek bliskie rejony. Zostaję więc z tyłu, słońce pada wprost na rzeźby i to wszystko wydaje się ona jeszcze bardziej białe niż jest w rzeczywistości. 

Nas jednak powoli dopada głód, a chyba nie ma lepszego miejsca dla głodnych ludzi niż Włochy? Makaron własnej roboty z sosem carbonarra to mój dzisiejszy obiad, moja towarzyszka częstuje mnie kawałkiem pizzy- kolejny banał, ale jak cieszy mój żołądek spragniony prawdziwej, a nie dubajskiej=udawanej włoskiej kuchni! 

Po posiłku, szybko, żeby chociaż rzucić okiem na Koloseum, bo zaraz mamy busa. Ta budowla jest niesamowita, monumentalna, przytłaczająca, przypomina o wszystkich opowieściach z lekcji historii i o filmach o tej tematyce. Szkoda, że tak krótko, to na pewno nie mój ostatni raz w Rzymie!

Paryż

Możecie zapytać wszystkich, którzy mnie znają- zawsze chciałam jechać do Paryża, nie mam pojęcia dlaczego jeszcze mnie tu nie było! Lot to niestety ciężkie przypadki medyczne, nie kojarzy mi się więc zbyt wesoło. Docieram jednak na miejsce i dodatkowo okazuje się, że zapomniałam, że w Europie już głęboka jesień.. Czapka, szalik i wełniany płaszcz to niewystarczające wyposażenie dla mojego przyzwyczajonego do 25 stopni więcej organizmu- zamarzam! 

Od początku jednak! Do miasta ruszamy rano. Nasz hotel jest przy lotnisku, co oznacza, że bardzo daleko od centrum, dodatkowo hotel nie zapewnia busa, metro jest niebezpieczne i drogie, decydujemy się więc na taksówkę. Prawie zapomniałam, że jesteśmy we Francji- pani w recepcji informuje nas o strajku taksówkarzy. Ok Uber, 1,5 godziny, korki, 50 euro na 4 osoby i jesteśmy przy wieży. Wcale nie tak drogo, metro w jedną stronę to 11 euro. 

Jest i ona, nawet pośród tych chmur i zimna budzi tylko pozytywne skojarzenia. Wiecie jak to jest- wieża Eiffla to taki romantyczny symbol, występuje w tylu filmach, nie ma chyba osoby, która nie kojarzy jej automatycznie z Francją. Paryż to dla mnie też stolica mody i miasto nieudanej przeprowadzki Carrie z Seksu w Wielkim Mieście. I my- 4 dziewczyny z Emirates jesteśmy tu takie jak ona- chcemy nosić beret, bo tak robią Francuzki, a są one przecież mega stylowe (jedna z moich towarzyszek serio ma go na głowie), jeść croissanty i kupować bagietki. Robimy dużo zdjęć z widokiem na wieżę, koleś opycha mi 5 breloczków za 1 euro i idziemy na śniadanie do knajpki niedaleko. Tam używam dużo francuskich słów: bonjour, croissant, pain au chocolat oraz merci i czuję się doskonale. No może poza tym, że żałuję braku rękawiczek, kalesonów, kurtki z kołdry i butów typu emu, ale tak to spoko.

Tak jak Rzym jest łatwy do pokonania pieszo, tak w Paryżu odległości są większe, połowę czasu zabrały nam korki, no i jak już wspominałam około 5 razy- jest mega zimno! Bardzo szybkim krokiem, który na celu ma rozmrozić nam nogi zmierzamy w stronę Arc de Triomphe, który jest też początkiem Champs-Élysées- takiej oto ładnej ulicy pełnej sklepów. Idziemy wzdłóż niej, panowie zakładają na drzewa świąteczne dekoracje- czuć, że święta już blisko. Po drodze mijamy piękne muzea, ale też kordony policji- w wiadomościach pisali, że wczoraj odbyły się jakieś kolejne przykre wydarzenia. Inaczej patrzy się na Paryż po tym co działo się tu rok temu. 

Spacery są długie, do tego odwiedzamy różne sklepy po drodze, wino zakupione, czas nas goni, bo wiemy czego się spodziewać- korków. Chciałabym być tu zimą, zobaczyć miasto nocą, ale wiem, że muszę zorganizować to sama- ten lot plus dojazdy odczarowały mi póki co Paryż.

Australia, jet lag i jak żyć by mniej tęsknić

Dobra nie było konkretnego postu przez miesiąc. Wybaczcie, nieczęsto bierze się śluby, a po ślubie jakoś ciężko się wraca do normalnego rytmu. Ach i za domem się tęskni 100 razy mocniej. Niby można było się tego spodziewać, ale co innego planowanie, co innego prawdziwe życie.

Podróżuję cały czas, zaliczyłam Düsseldorf 3 razy pod rząd (tak bardzo chciałam być w domu), byłam raz na długim locie Sydney-Auckland, a potem jeszcze raz w Sydney. Moja firma wie, że zakochałam się w tym mieście i że muszę zrealizować duże zamówienia na UGGi 👟, a walizka ma przecież ograniczoną pojemność. A to taka dygresja przy okazji- buty, które w Polsce kosztują jakieś 800 zł, teraz kiedy w Australii kończy się zima dostaniecie za jakieś trzy stówki. Aż się wierzyć nie chce!

Pierwszy raz w Sydney to lot po chorobie, z nosem, który nadal jest jak to mówią w reklamach niedrożny, ale determinacją, że będzie ok. Po lądowaniu uszy miałam tak zatkane, że autentycznie nic nie słyszałam. Nie latajcie z zatkanym nosem.

Pogoda była tragiczna, padało podczas obu dni, mimo to musiałam przecież zobaczyć Operę. Kapelusz na głowę, kurtka i 5 warstw ubrań.


Sydney jest przepiękne. Ma klimat trochę amerykański(byłam tylko w Nowym Jorku, ale tak mi się kojarzy). Budynki są tu takie monumentalne, wielkie i pełne interesujących detali. Pomieszanie tradycji z nowoczesnością i architektoniczna spójność- to lubię. Ludzie na ulicy ubrani na 5 z plusem, nic w tym dziwnego, zakupy to tu prawdziwa przyjemność. Miałam szczęście, hotel w samym centrum, 5 minut spacerkiem do Opery, a potem trafiłam na George street czyli zakupowy raj. Za zimno żeby wybierać się na którąś z plaż, to muszę zostawić na australijskie lato.

Potem do Auckland, po raz drugi, niestety kolejny zimą. Wieje, pada, no pogoda mi tym razem nie sprzyja. Poza tym nadal odczuwam skutki choroby więc nie chcę przeginać. Auckland kojarzyć mi się będzie z ulicami, które w swej szarości nagle zaskakują sztuką uliczną. Czekam na lato, bo wiem, że dopiero wtedy Nowa Zelandia ze swoją niesamowitą fauną i florą przywita mnie w pełnej krasie.

Wychodzimy całą ekipą wieczorem, wino i najlepsze mule na świecie- ale serio, zapiszcie sobie OCCIDENTAL. Gotowane, pieczone, w winie, w czosnku, z chorizo, no jakie chcecie, przepyszne. Bawimy się do późnych godzin, wracam do hotelu jest 12 w nocy, a moje oczy jak 5 złotych. Przysięgam, pierwszy raz poczułam co to znaczy jet lag, leżałam w łóżku do 6 rano, zasłony na oknach, ciemno, ciepło, przytulnie, ja zmęczona, a leżę jak taki kołek i nic. Następnego dnia zaplanowałam o 8 muzeum, ale jak mam to zrobić jeśli nie mogę spać?! No i oczywiście zasnęłam rano i tyle miałam z dnia. Wracamy do Sydney, a z moim organizmem coś nie gra. Nie wiem już sama czy jestem zmęczona, czy głodna, czy o co tu chodzi, chodzę jak zombie. Niby ogarniam wszystko, idę na dobre śniadanie w parku, chodzę po mieście, ogarniam fajne miejsca, ale wszystko w jakimś zwolnionym tempie. Po powrocie do Dubaju mam wrażenie, że jedyne co robię to śpię. Na szczęście z letargu wyciąga mnie wizyta znajomych i robienie wszystkich tych wspaniałych, turystycznych rzeczy, o których zapomina się przy codziennym funkcjonowaniu.

Zaliczyłam zachody słońca przy fontannach, plaże i te knajpki, których normalnie się nie wybiera, sziszę i wielogodzinne snucie się po marinie. I wtedy mi się przypomniało, że mało z tego Dubaju korzystam. Dlaczego? Bo przez 80% czasu jestem sama. Wiadomo, że nie ma tu mojej rodziny i znajomych, a dodatkowo terminarz lotów sprawia, że znajomi spośród crew loty mają wtedy, kiedy ja mam wolne. Sama mam chodzić w te super miejsca? To właśnie mi tak doskwiera na co dzień.

Właśnie znów wróciłam z Sydney, znów okrutny jet lag na miejscu, ale chodziaż pogoda była doskonała! Śłońce plus delikatny wiaterek, długie godziny spacerów po mieście i torba pełna zakupów! Najlepiej jest budzić się na takie widoki:

Wróciłam pod Operę, no bo w słońcu to co innego- sami wiecie. W ogóle to nie o samą Operę się tam rozchodzi- bo po niej widać już, że ma swoje lata, ale całe otoczenie. Mamy tu Harbour Bridge, a w jego tle malownicze osiedla domków i roślinność ciekawą dla mojego europejskiego oka- inną. Mamy tu też odpływające co krótką chwilę promy, wielkie budynki po drugiej stronie, muzeum i taką otwartą przestrzeń, że aż miło kupić gorącą czekoladę i po prostu sobie posiedzieć. Potem snułam się po mieście, skręcając w przypadkowe uliczki, bo to chyba najlepszy sposób żeby trochę je poznać. Pełno tu ludzi w garniturach i garsonkach wylewających się z bogatych wieżowców w przerwie lunchowej, pijących kawę, wiecznie w biegu. Pełno też turystów o skośnych oczach, ale to w sumie nic nowego. Pełno tu knajpek o wystroju, który cieszy oko i jedzeniu, które raduje podniebienie. A gdy zbliża się wieczór to ci sami ludzie z tych bogatych wieżowców zamiast do domu zmierzają do pubów, siedzą na ulicach i rozmawiają. To lubię. Zawsze oceniam miasta pod względem “pomieszkalności” czyli:

-tu bym pomieszkała albo -tu bym nie pomieszkała

Sydney zalicza się do pierwszej kategorii. Latem można jeszcze pójść na plażę i posurfować, co zapowiada się jeszcze ciekawiej.

To tyle moi drodzy, postaram się lepiej o was zadbać. Za kilka dni znów Düsseldorf, a potem Rzym- po raz pierwszy w życiu! 

DXB-ZHR-CPT

Ciężko się skupić jeśli za 12 godzin ma się lot do domu, którego nie widziało się od 7 miesięcy! Tęsknię za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, grami planszowymi, znanymi miejscami, za domową kuchnią i zapachem chleba. 

Nie da się jednak zaprzeczyć, że mam teraz przygodę swojego życia, a ten post poświęcony jest dwóm przepięknym miejscom. Może jeszcze Zurych jest w miarę blisko i bardzo osiągalny, ale Capetown(Kapsztad) to w sumie kawał drogi!

Postaram się bardzo mocno skupić, bo należy wam się dobry post przed moim urlopem!

DXB-ZHR

Nie myślcie, że tak niewiele latałam w tym miesiącu! To nie tylko te 2 miejsca mam za sobą. Były też loty back to back, był Londyn bardziej prywatnie, bo spotykałam się ze znajomymi i krótki urlop w Düsseldorfie (❤️). I wydarzył się też Zurych- lot, o który ‘bidowałam’. Co to oznacza? Zawsze miesiąc wcześniej otwiera się dla nas na tydzień taka magiczna opcja na naszym portalu jak BID- czyli obstawianie jakie miejsca chciałoby się odwiedzić. Można wybrać kraj, miasto, określony lot. Ja chciałam dostać Düsseldorf, Zurych i Capetown. Jak widać chcieć to móc, bo wszystko dostałam. 

Lot do Szwajcarii to czysta poezja, pasażerowie tak poukładani, że taca po posiłku wygląda prawie tak porządnie jak przed, mili, niewymagający i w dodatku gadatliwi! Docieramy do hotelu wieczorem, postanawiam porządnie się wyspać i wyruszyć do miasta z samego rana. 

8 rano, na lotnisku ogarniam bilet całodobowy, wsiadam w pociąg i zaraz jestem w centrum. Wita mnie piękny, stary dworzec i przyjemna, słoneczna pogoda.

A plan wycieczki miałam bardzo konkretny (tu podziękowania dla przyszłej teściowej), kieruję się prosto na długą ulicę, która ciągnie się aż do jeziora. Po drodze mijam tysiąc miejsc, w których kulić można zegarki albo czekoladę (człowiek nie ma wątpliwości z czego znana jest Szwajcaria), małe uliczki pełne markowych sklepów i niemarkowych sklepików. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to Rituals- moja ulubiona marka z kosmetykami do kąpieli, którą polecałam w poprzednim poście! Mają nowy zapach pianki do kąpieli, już jestem szczęśliwa. Z małym, ale owocnym zakupem, zupełnie się nie spiesząc idę w stronę jeziora. Pełno tu dobrze ubranych ludzi w kawiarniach, rowerów i doskonałych witryn sklepowych, których jestem fanką (w poprzedniej pracy po części zawsze interesował mnie visual merchandising). 

W końcu docieram nad jezioro, pogoda robi się coraz ładniejsza, kupuję bilet na 1,5 godzinną podróż łodzią. Siedzę z przodu w części niezadaszonej i rozkoszuję się wiatrem- tego nie doświadczy się przy obecnym upale w Dubaju. Na jeziorze pełno małych łódek. Ludzie opalają się, albo czytają książki, my płyniemy powoli, mam czas podziwiać przepiękny widok na Alpy. Wszędzie jest zielono, a to co podoba mi się najbardziej, to że wszystkie domki są białe, wpisują się w krajobraz, w ogóle jest tu jakoś tak  czysto i spójnie.

Zrelaksowana zmierzam w dalszą część mojej trasy, idę coś zjeść (mega tu drogo) i potem z powodu wcześniejszego polecenia wiem, że mam przed sobą dobry sklep na zakupy spożywcze. Nie ma co się śmiać- w takim miejscu to obowiązkowy punkt programu! Wino, parmezan, szynki, salami, chleb- to są poważne sprawy, na które zawsze znajdzie się miejsce, nawet w najbardziej zapełnionej walizce!

Teraz spacer po drugiej stronie rzeki w stronę dworca. Tu jest mniej nowocześnie, bardziej czuć ten klimat starych europejskich miast. Są łódki na rzece, stare wieże zegarowe, kawiarnie, kamienice. Nie umiem tego opisać, ale to miasto jest takie spokojnie piękne.

DXB-CPT

O Capetown(będę je nazywać właśnie tak, a nie Kapsztad) słyszałam już tyle od mojej przyjaciółki, że nie wierzyłam jej, że jakieś miasto może łączyć w sobie widoki, przyrodę, hipsterskie miejscówki, doskonałe jedzenie i wszystko co najlepsze w jednym. A jednak.

Jeśli zapytacie na swoich lotach o najpiękniejsze miejsca, które odwiedziła dana stewardessa- gwarantuje wam, że 70% odpowie Capetown. I ja właśnie dołączyłam do tego klubu!

Tym razem lądujemy o 11 przed południem, szybki prysznic i o dziwo z grupą 4 innych dziewczyn(pamętajcie, że zazwyczaj z powodu lenistwa innych zazwyczaj podróżuję sama) i naszym miejscowym kierowcą ruszamy na podbój miasta! Przed nami Table Mountain czyli Góra Stołowa- jeden z  oficjalnych 7 nowych cudów świata. Te góry są takim zwieńczeniem tego miasta, widać je zewsząd, są z jednej strony pełne roślinności, a z drugiej bardzo surowe. Wjeżdżamy na szczyt.

Widok jest absolutnie oszałamiający, a dodatkowo pogoda jest idealna. Przed nami całe miasto, port, ocean, skały, rośliny.. No wow..

Spędzamy na szczycie zdecydowanie więcej czasu niż zamierzaliśmy, z tym widokiem ciężko się rozstać. A przed nami tyle planów- Przylądek Dobrej Nadziei i pingwiny!

Zjeżdżamy na dół, ja już zostałam kupiona, nie potrzebuję w sumie więcej. Nasz przewodnik okazuje się przemiłym gościem, opowiada nam o nieciekawej sytuacji politycznej, o biedzie panującej na przedmieściach, o tym jak obowiązkiem jest tu mieć w domu braai(taki wypasiony grill, bez którego oni nie umieją żyć), o winiarniach w okolicy, o tym jak tu tanio, że nigdy nie widział śniegu. 

Stoimy w korku o wiele za długo, nie zdążymy na Przylądek Dobrej Nadziei- ok zaliczę go następnym razem, chcę zobaczyć pingwiny! Chyba pierwszy raz w życiu, nie przypominam sobie ich w żadnym zoo, dodatkowo te są charakterystyczne dla tego miejsca, mają takie różowe plamy pod oczami.

Nie wiedziałam, że pingwiny tak głośno krzyczą! Dodatkowo wcale się nas nie boją i po prostu przechadzają się po skałach i plaży. Selfie z 🐧, podziwiamy plażę i zazdrościmy ludziom, którzy mają tu swoje domy. 

Wracamy niesamowitą drogą, która kręci się nad skalistym wybrzeżem. Pięknie po prostu. I widok na miasto i na góry i plaża i słońce i wszystko jest tu na miejscu.

Potem jeszcze wielki stek z pieczonym ziemniakiem i zostałam absolutną fanką tego miejsca numer jeden! Nie mogę się doczekać wakacji w Lutym!