Dubaj i Abu Dhabi

Jakiś czas temu (bardzo dawno) polecałam wam moje ulubione knajpki i jakieś podstawowe rzeczy, które można robić w Dubaju. Teraz zaliczyłam już wizytacje mamy, męża, najlepszej przyjaciółki i w ogóle znajomych i mogę powoli przebranżowić się w przewodnika turystycznego. Postaram się zebrać ciekawe, podstawowe, ale też niesztampowe miejsca koniecznie do odwiedzenia w Dubaju i Abu Dhabi, podpowiedzieć wam jak się tam dostać, ale też jakie atrakcje omijać.


Dubaj w 1 dzień

Bywa i tak, że wielu osobom wypada dłuższa przesiadka w Dubaju i pojawia się pytanie- co zobaczyć? Moim zdaniem w 24h jest kilka miejsc, które da się ogarnąć, a które dadzą wam ogólny pogląd na miasto.

Burj Khalifa + fontanny w Dubai Mall

Może jest to mega sztampowe, ale każda osoba, która mnie tu odwiedziła potwierdza, że zrobiło na niej wyjątkowe wrażenie. Wjazd na Burj Khalifę, czyli najwyższy budynek na świecie to koszt 130 dirhamów(około 150zł), koniecznie wykupcie go na oficjalnej stronie, co najmniej 24h przed planowaną wizytą, w innym wypadku wjazd kosztuje aż 500AED. Macie dwie opcje- obie są super, albo dzień, albo wieczór. Każda z opcji ma plusy i minusy. Dzień to przepiękne widoki na pustynię wokół ogromnych wieżowców i błękitną wodę w basenach, w których odbywa się pokaz fontann, noc to z kolei światła budynków i ulic, plus podświetlone fontanny widoczne z góry co 30 minut. Ja jednak wybieram widok dzienny- polecam wybrać się o 13-13.30 wtedy właśnie odbywają się 2 popołudniowe pokazy fontann.

Koniecznie same fontanny trzeba zobaczyć też z dołu, dopiero tu widać jak wysoko wyrzucana jest woda i słychać dokładniej podkład muzyczny. Zamiast tłoczyć się ze wszystkimi zaraz przy wejściu, pójdźcie spacerkiem w prawo, bliżej samej Burj Khalify. Dodatkowo około 10-15 minut przed samymi fontannami, na Burj Khalifie zobaczycie jak światełka układają się w przeróżne wzory.

Dubai Marina

Z Dubai Mall łatwo dostać się metrem do Mariny. Przystanek Damac Properties i krótki spacerek zaprowadzi was do najładniejszego miejsca w całym Dubaju. Łodzie, jachty, najwyższe budynki, lazurowa woda i setki restauracji wzdłuż promenady. Macie ochotę na bar i widok z góry- Pier 7 i ostatnie piętro, opiekanego kurczaka- Nandos, koreańskie bbq- Shogun. Znajdziecie też dużo tradycyjnych arabskich knajp z sziszą i jedzeniem zupełnie nie w moim stylu;) 

JBR

Z Mariny przyjemny spacer dzieli was od JBR- czyli najładniejszej w mieście publicznej plaży z kolejną promenadą pełną restauracji. Jumeirah Beach Residence i The Walk, bo takie są ich długie nazwy, to super miejsce na kolację wieczorem i długie plażowanie w ciągu dnia. Znajdziecie tu świetne knajpki śniadaniowe, makaroniki z Laduree, stoiska z watą cukrową i lodami- no generalnie, czego dusza zapragnie.

Tyle zdążycie zrobić w 24h, nie przyspieszymy metra, nie zmienimy odległości, a jeśli zamiast biegać macie ochotę miło spędzić czas- to jest plan dla was. Jeśli jednak w Dubaju macie więcej czasu, możecie czytać dalej.

Niestandardowy Dubaj

City Walk

Kolejne centrum handlowe, w nowoczesnej dzielnicy pełnej architektonicznie dopracowanych mieszkań. Centrum handlowe inne niż wszystkie, bo jakby odwócone- chodzi się tu bardziej na zewnątrz, po uliczkach udających europejskie małe ulice centrum miasta. Sklepy są ‘na bogato’, ale samo miejsce słynie z grafitti, widoku z daleka na Burj Khalifę i przepysznych knajp. Warto się wybrać na lunch i spacer. Przygotujcie aparaty, bo to miejsce jest jak to mówią ‘picture perfect’.



Gold and spice souq

Teraz odwiedzimy bardziej tradycyjną część Dubaju. Souq oznacza targ, a to z czego słynie Dubaj to tanie złoto i przyprawy. Wybór jest ogromny. Jeśli chcecie się tu dostać metrem: jedziecie czerwoną linią w kierunku Rashadiya, wysiadacie na stacji Union, przesiadanie się na linię zieloną w kierunku Souq i dojeżdżacie do stacji Al Ras, stąd już tylko krótki spacer małymi uliczkami i jesteście na miejscu. Obok ciągnie się kanał pełen łódek i tramwajów wodnych, czyli Abra. Warto znaleź trochę czasu żeby posnuć się po wąskich uliczkach, wchodzić do małych sklepików, targować się i odkywać arabskie smaki. Złoto i diamenty są znacznie tańsze niż w Europie- trzeba tylko wiedzieć jak umiejętnie zejść z początkowej ceny. Przyprawy są przepięknie wystawione, można je kupować na gramy, albo wcześniej zapakowane, o części z nich słyszałam pierwszy raz dopiero tu na miejscu. Zazwyczaj sprzedawcy chętnie opowiadają do czego dana przyprawa służy, jak z nią postępować, ile dodawać do określonych dań, częstują też arabskimi czekoladkami (które są przepyszne) i daktylami.


Al Bastakiya

Kiedy już zakończycie zakupy znajdźcie port tramwajów wodnych żeby za 1 dirhama przepłynąć na drugi brzeg. Tam znów pieszo pośród kolejnych straganów udajcie się koniecznie do artystycznej dzielnicy Al Bastakiya. Na wejściu znajduje się Arabian Tea House- przepięknie urządzona restauracja z tradycyjnym jedzeniem! Potem wędrówki wśród kolejnych małych uliczek, tym razem pełnych jeszcze bardziej tradycyjnej sztuki i ceramiki.


Atlantis the Palm

Najlepszy park wodny, w którym kiedykolwiek byłam. Rozrywka na cały dzień, bez względu na wiek. Zjeżdżalnie ustawione pionowo, tak szybkie, że zapiera dech, inne z kolei w otwartym tunelu, wokół którego pływają rekiny, niekończące się spływy pontonami i przepiękna plaża.

Abu Dhabi

Były plaże, targi, restauracje i centra handlowe, mieliście szanse na zakupy, jedzenie i zwiedzanie. Teraz czas na docenienie tego co najbardziej kształtuje arabską kulturę czyli Islamu. Ja wiem, że w Polsce to kontrowersyjny temat, jednak kiedy już zdecydowaliście się na wakacje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich warto chociaż na podstawie największego meczetu zrozumieć o co chodzi. Grand Mosque, bo tak on się nazywa to przepiękny, biały budynek, pełen ornamentów nawiązujących do świata roślin. 

Jednak jak tu dojechać? Możecie wynająć samochód- sam wynajem nie jest drogi a ceny paliwa to po prostu żart. Jeśli jednak nie chcecie bawić się w karty kredytowe, zawsze możecie wybrać busa. Busy odjeżdżają ze stacji IBN Batuta, jednej z ostatnich stacji metra, co pół godziny. Przejazd w jedną stronę to koszt 20 dirhamów, a zapłacić można tą samą kartą, której używać będziecie w dubajskim metrze. Przejazd trwa 1,5h, autobus jest nowoczesny, wygodny i klimatyzowany. Wysiadacie w samym centrum Abu Dhabi, samo miasto uważam za nieciekawe- wygląda na starsze i bardziej zaniedbane niż Dubaj. Są tu oczywiście ładne miejsca, możecie na przykład odwiedzić Emirates Palace i wypić kawę z 24karatowym złotem za 70zł, ale ja nie jestem wielką fanką tego miasta. 


Z dworca autobusowego w Abu Dhabi możecie dojechać taksówką, albo miejskim autobusem. Meczet jest nie do opisania słowami, wizyta przynosi wyciszenie i zrobiła wrażenie na każdym, którego tam zabrałam.


The last exit

Jeśli jednak do Abu Dhabi wybierzecie się samochodem w drodze powrotnej koniecznie zatrzymajcie się w niesamowitym miejscu stylizowanym na amerykańską jadłodajnię, pełnym kolorowych food trucków serwujących burgery, naleśniki, kurczaki, owoce morza- no same pyszności!

NY

To będzie długi post! Nowy Jork to moje najulubieńsze (jest takie słowo?) miejsce na ziemi! Jest tu wszystko co najlepsze- doskonała architektura, mieszanka knajp z każdego zakątka świata, super tanie zakupy i najciekawsze muzea. Opiszę tu moje dwie wizyty w wielkim jabłku- jedna miała miejsce kilka lat temu i była moją pierwszą wycieczką do Stanów Zjednoczonych, drugą z kolei, już jako stewardessa, odbyłam w grudniu. Mam mnóstwo miejsc, których nie wolno pominąć, ale także wskazówek i podpowiedzi.



Przygotowania

Kiedyś latało się na wakacje do tanich hoteli all inclusive w Egipcie, Tunezji i Turcji. Brzydkie i niewygodne samoloty czarterowe zabierały nas do miejsc, których tak naprawdę nie zwiedzaliśmy. W końcu morze, baseny, jedzenie i sklepy- to wszystko było w hotelu. Rozumiem to jednak- jeszcze kilka lat temu loty były dużo droższe. Pamiętam jednak ten dzień, kiedy z mamą postanowiłyśmy polecieć do Nowego Jorku, kupiłyśmy lot z dużym wyprzedzeniem i cena okazała się nie odbiegać od cen za wakacje w ciepłych krajach- 2000 zł za osobę, w dwie strony, polską linią lotniczą LOT. Pamiętam wizytę w ambasadzie w Warszawie, gdzie z bananem na ustach mówiłam panu, że głównym celem mojej wizyty w Stanach są zakupy a on z uśmiechem wystawił mi wizę na 10 lat. W torbie miałam gacie, 1 parę spodni, t-shirt i sweter, w końcu w listopadzie był black friday i zaczynały się wyprzedaże. 

Zaczęłyśmy jednak od postanowień wstępnych i wyznaczyłyśmy sobie cele, ramy czasowe i koszty. Uznałyśmy, że hotel będzie nam służył tylko do spania, może być więc tani, bo przecież musimy koniecznie spędzić ten tydzień na jak najlepszym poznaniu miasta. Wybrałyśmy tani hostel z dobrą lokalizacją- YMCA zaraz obok Central Parku. Dodatkowo wiedziałam wcześniej, że trzeba ogarnąć też wszystkie muzea. Znalazłam w internecie coś co nazywa się City Pass- płaci się za to kartą i odbiera w pierwszym odwiedzonym miejscu. City Pass dostępny jest dla najróżniejszych miast, nie tylko dla NY, pozwala na tańsze wejścia bez kolejki do podstawowych atrakcji turystycznych. W cenie miałyśmy kilka rzeczy, niektóre były zaklepane, inne stanowiły wybór spośród dwóch opcji. Na liście były: Metropolitan Museum of Art, MOMA, American Museum of Natural History, Empire State Building, Top of the Rock albo Gugenheim Museum, Statua Wolności i Ellis Island albo podróż stateczkiem z widokiem na Statuę i mosty. Z tego co widzę teraz zamiast MOMA jest muzeum 9/11 i coś jeszcze, ale nasz trip był już kilka lat temu. City Pass to absolutny strzał w dziesiątkę, na miejscu okazało się, że kolejki do kupna biletów są ogromne i ceny zdecydowanie wyższe niż przy wcześniejszym zakupieniu przez internet. 

Wracając do tematu hotelu.. Hostel to nie jest mój wymarzony przybytek. Zbiorowe dla piętra łazienki i prysznice to koszmar, ale przyznaję- był okropnie tani. Ostatnią noc jednak spędziłyśmy na 42 piętrze Hiltona, w ofercie znalezionej na bookingu. To w ramach podsumowania jak bardzo byłyśmy stęsknione normalnych warunków. 

W Nowym Jorku spędziłyśmy tydzień i nie wyobrażam sobie, że mogłabym powiedzieć, że poznałam trochę to miasto będąc tam krócej.



Zaczynamy

Lot LOTem był ok, jedynym ciepłym posiłkiem były jednak podgrzane kanapki. Pamiętam, że pasażerami byli rodzice osób, które przeprowadziły się do Stanów i w najlepsze trwała licytacja czyj syn z Czikago radzi sobie lepiej. Lot odbył się w 2011 roku, lądowaliśmy podczas mgły i słychać było tylko modlitwy żeby nie powtórzył się Smoleńsk. Ciekawe doświadczenie.

Rzecz, której nigdy nie zapomnę to mina mojej mamy, która wyszła z metra i zobaczyła te wszystkie ogromne budynki. Nie umiem tego opisać moim zagranicznym koleżankom, że za “jej czasów” nie można było podróżować i że nikogo nie było stać na loty. Ja też byłam tym wszystkim oszołomiona, byłyśmy zmęczone, ale i tak wstałyśmy o 6 rano, bo ekscytacja zrobiła swoje! Starbucks zaraz obok hotelu, łapanie wi-fi i krzyki zachwytu do wszystkich, z którymi udało się połączyć. 

Początkowo nie mogłam ogarnąć układu ulic (no dobra wcale nie tylko początkowo). Niby jest tak prosto, czyli mamy aleje, kóre mają małe numery i często jakieś nazwy np. Madison, Park, Lexington i biegną z północy na południe . Reszta to ulice o wyższych numerach, które biegną z kolei ze wschodu na zachód. Niby sprawa jest prosta, ja jednak zawsze wychodząc z metra szlam w złą stronę i w połowie drogi orientowałem się, że zamiast iść w dół do 42, szlam w górę do 43. 

Nie pamiętam jakie miejsca odwiedzaliśmy w jakiej kolejności. Pamiętam jednak bardzo dokładnie, które podobały mi się najbardziej i które absolutnie TRZEBA ZOBACZYĆ. 

American Museum of Natural History

Pamiętacie ten film, że ktoś gubi się w muzeum w NY, ożywają tam dinozaury i inne cuda? To właśnie tutaj. Mamy tu ogromny zbiór kości dinozaurów, ale także witryny przedstawiające zwierzęta żyjące na lądzie i w wodach w dalekiej przeszłości. Z oczarowaniem oglądałam pokaz na temat planet układu słonecznego odbywający się w planetarium, do którego głosem narracji był niesamowity głos Whoopi Goldberg. W tym miejscu można ze spokojem spędzić cały dzień, jest ogromne i super interesujące, dodatkowo zlokalizowane zaraz obok Central Parku, gdzie można udać się później. Ten park to takie zielone płuca tego betonowego miasta, są tu osobne alejki dla biegaczy i rowerzystów, miejsca do gry w najróżniejsze sporty, słynne budki z preclami, stawki, rzeczki i oszałamiający widok.



Metropolitan Museum of Art

Moje muzeum numer jeden. To na jego schodach siedziały bohaterki serialu plotkara. To tu odbywa sie uroczysta gala MET, na której amerykańskie gwiazdy prześcigają się w tym, kto ubierze się najbardziej oryginalnie. Tutaj też mieści się ogromny zbiór obrazów z różnych epok. Najbardziej znane dzieła największych malarzy. Ja mimo męża architekta przyznaję się bez bicia, że nie rozumiem sztuki współczesnej. Nie wstydzę się, że bawi mnie to, że ktoś musi mi tłumaczyć daną rzeźbę, albo dlaczego czarny kwadrat jest sprzedawany za wiele milionów dolarów. Dlatego Metropolitan do mnie trafia. Wśród dzieł Rembrandta spędziłam chyba godzinę, wpatrując się w mistrzowskie detale na obrazach. Był też Pollock i Warhol, ale bez przeginania.

MOMA

Museum of Modern Art. Dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, chociaż wiem, że ma swoich oddanych fanów. Nie powiem, że to strata czasu, w końcu bardzo starałam się coś zrozumieć. Kolejka do Krzyku Muncha była na kilka godzin, niestety zrezygnowałyśmy. Było kilka rzeczy, które były ok. Reszta to nie mój klimat i koniec tematu.

Empire State Building i Top of The Rock

Zdecydowałyśmy się wejść na szczyty obu wieżowców- Empire zaliczyłyśmy w nocy, a Rockefeler w dzień. Kwintesencja Nowego Jorku. Widok zapierający dech. Z Top of The Rock widać Empire State i Central Park, drugi raz wspięłam się tam już jako cabin crew niecałe dwa miesiące temu. Wiecie o co chodzi- słowa nie oddają.



Statua Wolności

Zdecydowałyśmy się, że zamiast snuć się po Ellis Island i oglądać  Statuę od dołu wolimy rejs stateczkiem i oglądanie jej z daleka i uważam, że był to świetny wybór. Dodatkowo widok na mosty- Brooklyn i Manhatan. Warto też przejść się samym mostem brooklińskim na drugą stronę do dzielnicy o tej właśnie nazwie, widok z bocznych uliczek na to jak głęboko most “wchodzi” w miasto, miejsca mniej posh, a bardziej alternatywne, klimat pięknych ceglanych budynków!

Koniecznie trzeba też zobaczyć Highline, czyli starą linię pociągu, która ciągnie się jakby nad miastem, którą zamiast wyburzyć, postanowiono zostawić i obsadzić przepiękną roślinnością, nadając jej charakter spacerowej alejki z widokiem na zatłoczone ulice. Bez końca można też wymieniać wszystkie restauracje, wszystko jednak zależy na jaką kuchnie macie smak- przedstawiciela każdej znajdziecie bowiem w NY. 

Prawie zapomniałam o Grand Central- stacji kolejowej z gwiaździstym sklepieniem w turkusowym kolorze- tam w podziemiach serwują też przepyszny nowojorski sernik!

Zakupy, szczególnie w okresie wyprzedaży to marzenie. Victoria’s Secret, wszelkie sportowe buty, spodnie Marca Jacobsa za 50dolarów, garażowe wyprzedaże dla wtajemniczonych z rzeczami vintage najlepszych marek, a torba na powrót wypchana po brzegi. 

Nie ma jednego przepisu na Nowy Jork, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Teraz w Grudniu ja znalazłam świąteczną atmosferę, której brakowało mi w Dubaju- na to też nie ma lepszego miejsca, bo ilość choinek, ozdób i lodowisk przytłacza. Chciałabym jeszcze zaliczyć jakieś przedstawienie na Broadwayu, show Jimmy Falon albo Kimmel, koncert w Madison Square Garden i wiele innych rzeczy, ale myślę, że na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

Moja przesadnie zadowolona twarz nadaje się tylko do ocenzurowania, ale mówiłam już, że w sklepie spożywczym spotkałam Johna Legenda?

Co robić by nie być pasażerem z koszmaru?!

Dziś podejdźmy do tematu latania trochę przewrotnie. Po spędzeniu w 2016 roku w powietrzu 672 godzin przyszło mi się zmierzyć z różnymi ciężkimi przypadkami. Jak wiemy nie ma głupich pytań. Czasem jednak zastanawiam się czy na pewno. 


Emirates oferuje inne usługi niż tańsze linie lotnicze: mamy koce i słuchawki, które czekają na siedzeniach, bezpłatne filmy, seriale i muzykę, dostęp do widoku z kamer, które pozwalają oglądać start, lot i lądowanie z nowej perspektywy, a w zależności od samolotu jest też wi-fi, usługi sieci komórkowych, telewizja na żywo. Dodatkowo jedzenie, picie i alkohol jest za darmo. 


Część pasażerów leci z Emirates po raz pierwszy- są zachwyceni ofertą produktów, z których mogą skorzystać, dopytują czy wino na pewno jest darmowa, zadają różne  pytania, bo po prostu pierwszy raz widzą to i owo na pokładzie. Druga grupa to pasażerowie, którzy też lecą po raz pierwszy, ale w związku z tym, że jest za darmo postanawiają wypić i zjeść ile tylko się da, dodatkowo wymagają dwóch dodatkowych kocy, zabawek dla dzieci, nawet jeśli podróżują bez nich, a także wołają stewardessę żeby podała im chusteczkę do nosa nawet jeśli siedzą obok toalety, w której jest ich w bród. Trzecia grupa to mili stali klienci, nie warto wiele o nich pisać, latają pewnie więcej niż ja. Czwarta to z kolei ludzie, którzy mają już kilka lotów na swoim koncie i postanawiają np. zwrócić mi uwagę, że nudzą się podczas lotu i powinniśmy zapewnić im uwaga: książki. Tak drukowane tomy książek są w samolocie dużo lepsze niż najnowsze filmy i playlisty dostępne na ekranie tuż przed tobą. 

Do sedna jednak! Postanowiłam umieścić w tym poście krótkie praktyczne rady jak nie być pasażerem z koszmaru. Dlaczego cabin crew proszą pasażerów o dane rzeczy i dlaczego są one istotne. Przejdziemy przez ten proces razem, od samego wejścia na pokład. Proszę wyposażyć się w minimalną dawkę poczucia humoru, nie mam zamiaru nikogo obrazić, a może uda mi się niektóre niejasności wytłumaczyć.

Boarding

Moment wejścia na pokład. Ktoś stoi przy wejściu i pyta o bilet, przecież sprawdzali ci go już 5 razy na lotnisku, niezadowolony wyciągasz go z kieszeni. Dlaczego obsługa pyta cię o bilet przy wejściu skoro sprawdziły go już inne osoby na lotnisku? Dlatego, że to my odpowiadamy za bezpieczeństwo danego samolotu, chcemy być w 100% pewni, że kierowca autobusu nie pomylił się i nie zawiózł na niewłaściwy lot – tak, to się zdarza. 


Wszedłeś już i szukasz miejsca, nie odrywasz wzroku od biletu i nie zauważasz kiedy mówię ci dzień dobry. Po pierwsze jestem tu też po to żeby ułatwić ci życie- znam ten samolot na wylot, powiesz mi gdzie siedzisz, a ja zaoszczędze ci kłopotu. Są też i tacy, którzy przemierzą całą kabinę nie patrząc na wyraźnie wyrysowane numery i na samym końcu samolotu zauważają, że ich miejsce jest z przodu. Wtedy oczywiście muszą w niezadowoleniu czekać aż przejdzie cała reszta pasażerów, bo nawrotka w samolocie nie jest taka łatwa, szczególnie jeśli to Airbus a380, a pasażer doszedł już do rzędu 85. Odrobina skupienia to chyba klucz do sukcesu.

“Daj mi wodę”- pomijam już kwestię proszę, dziękuję i innych takich. Ja stoję na środku tej kabiny z jakiegoś powodu, pomagam tym zagubionym, staram się logicznie rozlokować bagaż, zamieniam w miarę możliwości miejsca by rodziny mogły siedzieć obok siebie. Jednym ciągiem wchodzi tu około 400 osób, a ja o dziwo nie mam tej wody przy sobie. Muszę przejść drogę do kuchni i wrócić- ale jak mam się przebić przez tłum ludzi? Czy jest opcja żeby poczekać aż wszyscy wejdą? 


“Wsadź tam moją walizkę”- to zdarza się na każdym locie, facet mówi do mnie, że ma ciężką torbę. Kochani panowie, ja jestem kobietą, a was jest w mojej kabinie około 50ciu, każdy z was ma ze sobą walizkę, która waży około 10 kg. Ta walizka została przez was zapakowana, przetransportowana do lotniska, przez lotnisko, do samolotu, jak to się dzieje, że w tym ostatnim momencie tracicie wszystkie siły i liczycie na moją pomoc- nawet nie pomoc, ale moją usługę podsadzacza walizek? Jakoś przy wyjściu nigdy nikt nie ma z tym problemu! 🙂

Dobra rada- wejdź na pokład, wsadź dużą walizkę do miejsca nad głową, usiądź. To pozwoli wszystkim pasażerom rozlokować się na miejscach, a nam zamknąć drzwi i wylecieć na czas. Ty nie będziesz spóźniony i wszyscy będą szczęśliwi. Przed wylotem jest jeszcze mnóstwo czasu, wtedy możesz zdjąć kurtkę, schować paszport, szukać słuchawek, przewijać dziecko, zmieniać buty, przebierać spodnie, a nie wtedy kiedy stoi za tobą zniecierpliwiony tłum.


Wszyscy siedzą, rozdaliśmy wam menu na ten lot, rozdajemy też zabawki dla dzieci (tak, takie cuda są w Emirates). Nie- nie możesz dostać zabawki dla dziecka swojej przyszywanej siostry, której tu akurat nie ma- nie wiem ile dzieci jest przede mną, a chciałabym każdemu z nich dać coś fajnego- jeśli będę miała nadwyżkę na pewno do ciebie wrócę. Nie wróciłam? To dlatego, że ilość małych pasażerów na pokładzie stale rośnie, nie dlatego, że jestem niemiła. Gdybym rozdała te zabawki każdemu dorosłemu, który o nie pyta, nie zostałoby zupełnie nic dla dzieci.

Zabezpieczenie kabiny

To jedno z ważniejszych dla mnie zadań, przygotowuję moją część kabiny do startu. Trochę teorii: start i lądowanie to statystycznie najbardziej niebezpieczne części każdego lotu. Dlaczego? To w tych fazach najbardziej prawdopodobny jest jakiś błąd, bardziej odczuwalne są też ruchy samolotu, my chcemy żebyście siedzieli bezpiecznie na miejscach, reszta kabiny ma być z kolei gotowa na ewentualną ewakuację. Tak, musisz zapiąć pas- koniec tematu. Inne sprawy mogę opisywać bardziej, ale poczytajcie sobie o tym, czy większe szanse przy ewentualnej katastrofie ma osoba, która poleci do sufitu, czy ta zapięta w pasy, utrzymująca wskazaną pozycję ciała. Tak, twoje dziecko też musi zapiąć pasy, nawet jeśli jest małe, nie słucha, nudzi się, nie może “usiedzieć”, nawet jeśli na twoim ostatnim locie nie musiało. Ja biorę na siebie odpowiedzialność za wasze bezpieczeństwo. Ty weź na sobie odpowiedzialność za wytłumaczenie własnemu dziecku, że musi mnie posłuchać.

“Dlaczego muszę złożyć stolik, ustawić fotel w pozycji pionowej?” Czy chciałbyś wybiegać z samolotu, w którym osoba przed tobą ma w pełni rozłożony fotel? Czy uważasz, że będziesz szybszy próbując w stresie i pośpiechu poradzić sobie ze stolikiem i torbą na twoich kolanach? Tak myślałam.

“Dlaczego przy ewakuacji nie mogę wziąć ze sobą torby? Mój laptop był bardzo drogi, tam jest mój paszport.” Cenisz sobie swoje życie? Cenisz życie ludzi za tobą? A moje, stewardessy, która wychodzi ostatnia? Prawidłowa ewakuacja całego samolotu powinna trwać 90 sekund, wtedy jest ona najbezpieczniejsza. Pomyśl, że samolot się pali, jak szybko ten ogień zająć może całą elektronikę i paliwo lotnicze. W tym czasie wolisz być na zewnątrz, a nie szukać w stresie swojej torby. 

Dlaczego przed lądowaniem załoga zabiera mi koc i słuchawki? Dlatego, że to kolejna przeszkoda na drodze twojej efektywnej ucieczki.

“Siedzę na miejscu przy wyjściu ewakuacyjnym, mam więcej miejsca na nogi, ale nie mogę mieć przy sobie podczas startu i lądowania torby, a stewardessa zbiera wszystko, co znajduje się na podłodze- dlaczego?” Właśnie tę trasę obierze uciekający tłum w przypadku ewakuacji, najmniejszy papierek, koc, torba to potencjalne przeszkody. Przypominam- 90 sekund.

Lot

Najgorsze mamy już za sobą. Na naszych lotach zaraz po starcie włączamy piekarniki, przygotowujemy bary i wszystko, co zaraz wjedzie do kabiny. “Za ile będzie obiad- jestem głodny!” Za tyle za ile się podgrzeje. W samolocie nie ma kuchni, wcześniej przygotowane i zamrożone produkty wstawiamy do specjalnych piekarników na określony czas. 

“Dlaczego nie macie dla mnie nic wegetariańskiego, nie zamówiłem takiego dania co prawda przed lotem, ale powinniście mieć więcej na pokładzie.” Nie mamy. Mamy dokładnie tyle posiłków ilu jest pasażerów, dania specjalne (wegetariańskie, wegańskie, bez laktozy, glutenu..) trzeba zamówić przed lotem.


“Jak to skończył się kurczak?” Bywa i tak- w menu dwie potrawy do wyboru, a ty zostajesz tylko z wołowiną. Pasażerów jest 400, a rozkład posiłków to 50/50, niestety wszyscy w pierwszych rzędach wybrali kurczaka- czy mam teraz wyjść i na niego zapolować? To jest samolot, jeśli przeprosiłam to znaczy, że serio nic nie mogę zrobić.

“Wypiłem już 12 heinekenów w końcu są darmowe, dlaczego nie mogę wypić tych kolejnych czterech? Co prawda ledwo już mówię, nie mogę znaleźć też swojego miejsca, ale zapłaciłem przecież za bilet!” To tak nie działa- my musimy bezpiecznie sprowadzić cię na ziemię, jeśli nie słuchasz naszych komend to wydaję mi się, że starczy na dziś.


“O włączył się sygnał zapiąć pasy- to świetny czas na pójście do toalety!”. Dlaczego zwracam ci uwagę? Ten koleś, który prowadzi tę brykę widzi z przodu trochę więcej. Jeśli on mówi, że zapinamy pasy, to znaczy, że nie dyskutujemy i zapinamy pasy. Jesteś dorosły, dasz radę trochę wytrzymać. Wierzcie mi, że są takie regiony, w których turbulencje są silne, czasem też niespodziewane. Kapitan woli włączyć “seatbelt sign” wcześniej, niż później mieć na sumieniu ciebie, który podleciałeś do sufitu i złamałeś sobie nogę. Tak, to się zdarza. 

Wniosek z tej całej litanii jest jeden. W czasach gdy zwykłe samoloty z klasą ekonomiczną wyglądają luksusowo i czujesz się w nich jak w domu, pamiętaj, że w domu nie jesteś. Jesteś na wysokości 40000 stóp, a tu może zdarzyć się wszystko. Jednak jeśli będziesz nas słuchał, prawdopodobieństwo tego, że podróż minie ci miło zwiększa się o 150% 😉

Nadrabiam zaległości

Przywitałam nowy rok i postanowiłam nadrobić obiecane zaległości. Przyznaję, że miałam ochotę skasować tego bloga, grudzień był ciężki pod względem niekończącej się tęsknoty za domem. Jednak z jakiegoś powodu czytacie ten mój przewodnik po bardzo krótkim zwiedzaniu różnych miast, dlatego dziś opowiem o dwóch odwiedzonych jeszcze w listopadzie.

Kopenhaga

Wszystko co słyszałam o Kopenhadze sprawdziło się w 250%. Było wietrznie i zimno, miasto jest architektonicznie spójne i niesamowicie czyste, a wszyscy jeżdżą na rowerach mimo tego, że pogoda nie sprzyja, dodatkowo moje skandynawskie zakupy to prostota i dobra jakość oddana w jednej parze sztybletów (takie buty).

Już po wejściu do pokoju hotelowego wiedziałam z czym mam do czynienia: prostota, elegancja, doskonały widok. Widzę za oknem resztki słońca, co daje mi nadzieję, że jeśli wyjdę teraz to czeka mnie kilka stopni więcej, szybkie szykowanie i jestem. 

Uważam, że Kopenhagę można zwiedzić w dwa dni, w końcu mi w ciągu tych kilku godzin udało się przejść przez prawie wszystkie jej najważniejsze punkty. Oczywiście nie wchodziłam do bibliotek, kościołów i muzeów ( a na pewno są one przeciekawe), jednak udało mi się “z zewnątrz” zobaczyć to, co można określić jako podstawę programową.

Z hotelu ruszałam z myślą o dotarciu do portu Nyhavn, tak aby po drodzę zobaczyć budynek pięknej biblioteki, nowoczesny most, ratusz i dworzec. Na wszystkie z tych miejsc udało mi się rzucić okiem, jednak bałam się, że rzeczone oko zamarznie przy dłuższym patrzeniu, dlatego też rzucałam nim szybko. Gdyby była inna pora roku na pewno wypożyczyłabym rower, miałabym wtedy okazję zobaczyć więcej, szokiem był jednak dla mnie widok dziesiątek rowerzystów zawiniętych w grube warstwy ubrań- ja nie byłam tak dobrze przygotowana. 

Nie jestem tu po to żeby pisać dla was przewodnik, mogę podzielić się moimi krótkimi wrażeniami. Moją uwagę zwrócił budynek Royal Library- czarna bryła, która połyskuje w słońcu w bardzo specyficzny sposób. Tu zdecydowałam się usiąść i spędziłam chwilę na mrozie przyglądając się budynkowi, okolicznym mostom, małemu pomnikowi syrenki. Popatrzcie tylko na te zdjęcia, w stolicy Danii nie ma miejsca na przypadek, każdy budynek jakby krzyczał “właśnie tu powinienem być”. Nie dziwię się, że oni wymyślili LEGO, inteligentna rozrywka wydaje się właściwa dla duńskich dzieci. 


Mosty, mostki, dużo wody, mało ludzi na ulicach. Zmierzam w stronę Nyhavn, czyli miejsca gdzie zacumowane są stateczki i jachty, pełno tu restauracji i knajpek, a po obu stronach kanału znajdują się typowo duńskie kamieniczki w pięknych kolorach. Bardzo chciałabym coś zjeść, Dania słynie jednak z kuchni, która wręcz odrzuca mój dziwny jedzeniowych gust. Śledź w tysiącu wariacji czy pasta z wątróbki to zupełnie nie moje klimaty, przyznaję bez bicia, że zdecydowałam się na burgera. Żegnam kolorowe Nyhavn, zmierzam w stronę ratusza i dworca. Po drodze wchodzę jednak do małego centrum handlowego w poszukiwaniu rękawiczek (nie czuję dłoni), wychodzę jednak zaopatrzona a w parę przepięknych, ultraprostych, skórzanych sztybletów. 

Polecam Kopenhagę wszystkim, którzy cenią sobie dobrą, nowoczesną architekturę, na mojej krótkiej drodze to właśnie budynki zwróciły moją największą uwagę. Uważam jednak, że warto tu przyjechać wiosną, albo latem- na pewno bardziej skorzysta się z tego co ma do zaoferowania to portowe miasto.

Wenecja

Kilka dni później byłam już w zdecydowanie cieplejszej Wenecji. Nie była to moja pierwsza, ani też na pewno ostatnia wizyta w tym niesamowitym włoskim mieście. Każdy wie o co tu chodzi- Wenecja jest miastem na wodzie, czasowo zalewana, oblegana przez turystów, pełna kanałów, którymi przemieszczają się nucący “Volare” gondolierzy, do których możemy dołączyć płacąc jedynie stówkę euro. Niby przereklamowane, niby śmierdzi. Wszystko bzdury. Przepiękne małe miasteczko, plac świętego Marka, katedry, kościoły, małe uliczki, rodzinne knajpki. 

Miasto można z łatwością przemierzyć w ciągu kilku dni, żeby było taniej można mieszkać poza wyspą i dopłynąć promem, albo dojechać busem. Odległości nie są duże, piesze wycieczki są więc mocno wskazane, można też kupić bilet na większe od gondoli wodne tramwaje i przemierzyć Wenecję wzdłóż i wszerz. Włoskie jedzenie to już inna bajka- znajdźcie mi kogoś kto nie lubi makaronów i pizzy, z owocami morza- wiem, że bywa różnie, a tu są one pierwsza klasa. Nie ma prostego przepisu na Wenecję, możecie zaliczać najważniejsze punkty z przewodników, ja polecam jednak odłożyć mapę na bok i po prostu iść przed siebie, kluczyć po małych uliczkach i gubić się na kolejnych mostach, wejść do najmniejszej knajpy, w której siedzi najwięcej miejscowych i rozkoszować się atmosferą. Tylko tyle i aż tyle.

Uczę się Europy na nowo

Byłam już w wielu europejskich miastach- dużych i małych. Jak to możliwe, że ominęłam Rzym i Paryż? Przecież to główne, najjaśniej świecące punkty na mapie Europy. Koloseum i wieża Eiffla. Spaghetti i croissant. Vespa i w sumie też Vespa. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak mało widziałam i wiem, że to banalne, ale też,  jak mało wszyscy jesteśmy w stanie zobaczyć. Przecież ja mam możliwości, podróżowanie to moja praca, a świat zamiast się dla mnie zmniejszać to powiększa się każdego dnia. Pośród tych wszystkich ludzi, z różnych krajów, kultur i miejsc, pośród ich historii i poglądów, mimo tego, że wydawało mi się, że dużo wiem- okazało się, że nie wiem nic. 

Mam ostatnio trochę problemy ze zdrowiem, jestem wiecznie zmęczona, mam bóle mięśni i okropne bóle głowy. Nie zaprzeczę, że utrudnia mi to funkcjonowanie i kiedy myślę o kolejnym locie w nocy, zaburzonym rytmie snu i jeszcze o tym żeby wywlec się z hotelu i coś zobaczyć, to mi ciężko. To są skutki uboczne tej pracy. 

Rzym

O tym mieście słyszałam od wszystkich, każdy ma tu swoje ulubione miejsca, każdy też mówi, że straszne tu tłumy. Wszystko prawda, wszystko banał, jak tu o nim opowiedzieć? Turystycznie, szczególnie w skondensowanej wersji dla stewardessy- miasto idealne (w przeciwieństwie do Paryża, o którym za chwilę). 

Hotel niestety przy lotnisku, czyli jakieś 40 minut w korkach od miasta. Busik wysadza nas niedaleko Koloseum, ale to zostawiamy sobie na deser i ruszamy dalej. My czyli ja i cudownie zagubiona dziewczyna, po swoim pierwszym locie- ale super jest być czyimś przewodnikiem. Dacie wiarę, że latam już 9 miesięcy? Zwiedzanie zaczynamy od Panteonu- mój brat w końcu powiedział, że przepiękny, a rodzinie się ufa! Po drodze zbaczamy jednak na śniadanie, pierwsza lepsza knajpka, w której pieczywo wygląda przyzwoicie. Siadamy na zewnątrz, w październiku trafia się nam w końcu prawie 20 stopni i słońce- nie sposób z tego nie skorzystać. Zaprawione gorącą czekoladą ruszamy małymi uliczkami w poszukiwaniu zabytków. Prawdziwe turystki z aparatami i mapą w rękach absolutnie zachwycamy się tym miastem. Na każdym rogu czuć, że Rzym ma za sobą niesamowite historie, że stąpamy po ulicach, które liczą sobie kilkaset a czasem i kilka tysięcy lat. Docieramy do Panteonu- mój brat nie kłamał. Ta okrągła świątynia, która już w swojej nazwie wskazuje, że jest miejscem poświęconym wszystkim bogom, nawet dziś przytłacza zwykłego śmiertelnika. Jest to jedna z najlepiej zachowanych budowli z czasów starożytnego Rzymu, co widać gołym okiem. Koloseum jest “wystrzępione”, Panteon natomiast wygląda jakby został nietknięty zębem czasu i dzielnie opierał się wojnom. Na środku kopuły znajduje się otwór, który wpuszcza do budynku światło słoneczne, rozpraszające się promienie pięknie oświetlają znajdujące się w środku grobowce. Podsłuchując przewodnika zagranicznej wycieczki dowiaduję się, że to miejsce nadal funkcjonuje jako czynny kościół, w którym odprawiane są msze. Niesamowite? Moim zdaniem bardzo, w końcu Panteon ma prawie 2000 lat. 

Zostawiamy Panteon i znów udajemy się w kolejne małe uliczki pełne sklepów z włoską modą i restauracji, na ulicach wokół nas sprzedają kasztany i kolorowe pamiątki, a my szukamy Piazza Navona. Trudno się tu zgubić, wszystkie najważniejsze miejsca są w zasięgu pieszego spaceru, dodatkowo kierują nas czytelne tabliczki, a także wycieczki chińskich turystów- dla nich każda pora jest dobra na zwiedzanie. Na środku placu znajduje się fontanna Czterech Rzek, jest słonecznie, architektura zachwyca, a ja odnajduję sklep moich marzeń. Nie jestem zbyt mądra, ponieważ na początku wycieczki kupuję limoncello, parmezan, szynkę parmeńską, przyprawy i makarony. O tym, że nie ma ze mną mojego męża, który zazwyczaj zajmuje się dźwiganiem moich wymysłów przypominam sobie już po wyjściu, ale przecież nie mogę wyjechać z Włoch bez tak podstawowych produktów! 

Kolejny dłuższy spacer w stronę Schodów Hiszpańskich. Po drodze mijamy bogatą dzielnicę, w której na każdej uliczce pełno jest sklepów najlepszych domów mody. Schody prowadzą do kościoła Trinita dei Monti, jednak nie decydujemy się na wejście do środka. Zamiast tego podziwiamy widok z góry na uliczki, które przed chwilą przemierzyłyśmy, a ja nie mogę się nadziwić ile tu turystów(a jest przecież po sezonie) i zastanawiam się co tu musi się dziać latem. Okazuje się, że w każdym z miejsc spędzamy trochę więcej czasu niż wcześniej założyłyśmy, przyspieszamy więc aby dotrzeć do Fontanny di Trevi. Przyznam, że mi kojarzy się ona głównie z pokazami mody, wiem też, że wrzuca się do niej pieniądze na szczęście i że tych pieniędzy jest tyle, że władze miasta wyławiają je i przeznaczają na konserwacje zabytków. Ludzi tu tyle co drobnych w tej fontannie, ciężko w ogóle przecisnąć się w jakiekolwiek bliskie rejony. Zostaję więc z tyłu, słońce pada wprost na rzeźby i to wszystko wydaje się ona jeszcze bardziej białe niż jest w rzeczywistości. 

Nas jednak powoli dopada głód, a chyba nie ma lepszego miejsca dla głodnych ludzi niż Włochy? Makaron własnej roboty z sosem carbonarra to mój dzisiejszy obiad, moja towarzyszka częstuje mnie kawałkiem pizzy- kolejny banał, ale jak cieszy mój żołądek spragniony prawdziwej, a nie dubajskiej=udawanej włoskiej kuchni! 

Po posiłku, szybko, żeby chociaż rzucić okiem na Koloseum, bo zaraz mamy busa. Ta budowla jest niesamowita, monumentalna, przytłaczająca, przypomina o wszystkich opowieściach z lekcji historii i o filmach o tej tematyce. Szkoda, że tak krótko, to na pewno nie mój ostatni raz w Rzymie!

Paryż

Możecie zapytać wszystkich, którzy mnie znają- zawsze chciałam jechać do Paryża, nie mam pojęcia dlaczego jeszcze mnie tu nie było! Lot to niestety ciężkie przypadki medyczne, nie kojarzy mi się więc zbyt wesoło. Docieram jednak na miejsce i dodatkowo okazuje się, że zapomniałam, że w Europie już głęboka jesień.. Czapka, szalik i wełniany płaszcz to niewystarczające wyposażenie dla mojego przyzwyczajonego do 25 stopni więcej organizmu- zamarzam! 

Od początku jednak! Do miasta ruszamy rano. Nasz hotel jest przy lotnisku, co oznacza, że bardzo daleko od centrum, dodatkowo hotel nie zapewnia busa, metro jest niebezpieczne i drogie, decydujemy się więc na taksówkę. Prawie zapomniałam, że jesteśmy we Francji- pani w recepcji informuje nas o strajku taksówkarzy. Ok Uber, 1,5 godziny, korki, 50 euro na 4 osoby i jesteśmy przy wieży. Wcale nie tak drogo, metro w jedną stronę to 11 euro. 

Jest i ona, nawet pośród tych chmur i zimna budzi tylko pozytywne skojarzenia. Wiecie jak to jest- wieża Eiffla to taki romantyczny symbol, występuje w tylu filmach, nie ma chyba osoby, która nie kojarzy jej automatycznie z Francją. Paryż to dla mnie też stolica mody i miasto nieudanej przeprowadzki Carrie z Seksu w Wielkim Mieście. I my- 4 dziewczyny z Emirates jesteśmy tu takie jak ona- chcemy nosić beret, bo tak robią Francuzki, a są one przecież mega stylowe (jedna z moich towarzyszek serio ma go na głowie), jeść croissanty i kupować bagietki. Robimy dużo zdjęć z widokiem na wieżę, koleś opycha mi 5 breloczków za 1 euro i idziemy na śniadanie do knajpki niedaleko. Tam używam dużo francuskich słów: bonjour, croissant, pain au chocolat oraz merci i czuję się doskonale. No może poza tym, że żałuję braku rękawiczek, kalesonów, kurtki z kołdry i butów typu emu, ale tak to spoko.

Tak jak Rzym jest łatwy do pokonania pieszo, tak w Paryżu odległości są większe, połowę czasu zabrały nam korki, no i jak już wspominałam około 5 razy- jest mega zimno! Bardzo szybkim krokiem, który na celu ma rozmrozić nam nogi zmierzamy w stronę Arc de Triomphe, który jest też początkiem Champs-Élysées- takiej oto ładnej ulicy pełnej sklepów. Idziemy wzdłóż niej, panowie zakładają na drzewa świąteczne dekoracje- czuć, że święta już blisko. Po drodze mijamy piękne muzea, ale też kordony policji- w wiadomościach pisali, że wczoraj odbyły się jakieś kolejne przykre wydarzenia. Inaczej patrzy się na Paryż po tym co działo się tu rok temu. 

Spacery są długie, do tego odwiedzamy różne sklepy po drodze, wino zakupione, czas nas goni, bo wiemy czego się spodziewać- korków. Chciałabym być tu zimą, zobaczyć miasto nocą, ale wiem, że muszę zorganizować to sama- ten lot plus dojazdy odczarowały mi póki co Paryż.

Australia, jet lag i jak żyć by mniej tęsknić

Dobra nie było konkretnego postu przez miesiąc. Wybaczcie, nieczęsto bierze się śluby, a po ślubie jakoś ciężko się wraca do normalnego rytmu. Ach i za domem się tęskni 100 razy mocniej. Niby można było się tego spodziewać, ale co innego planowanie, co innego prawdziwe życie.

Podróżuję cały czas, zaliczyłam Düsseldorf 3 razy pod rząd (tak bardzo chciałam być w domu), byłam raz na długim locie Sydney-Auckland, a potem jeszcze raz w Sydney. Moja firma wie, że zakochałam się w tym mieście i że muszę zrealizować duże zamówienia na UGGi 👟, a walizka ma przecież ograniczoną pojemność. A to taka dygresja przy okazji- buty, które w Polsce kosztują jakieś 800 zł, teraz kiedy w Australii kończy się zima dostaniecie za jakieś trzy stówki. Aż się wierzyć nie chce!

Pierwszy raz w Sydney to lot po chorobie, z nosem, który nadal jest jak to mówią w reklamach niedrożny, ale determinacją, że będzie ok. Po lądowaniu uszy miałam tak zatkane, że autentycznie nic nie słyszałam. Nie latajcie z zatkanym nosem.

Pogoda była tragiczna, padało podczas obu dni, mimo to musiałam przecież zobaczyć Operę. Kapelusz na głowę, kurtka i 5 warstw ubrań.


Sydney jest przepiękne. Ma klimat trochę amerykański(byłam tylko w Nowym Jorku, ale tak mi się kojarzy). Budynki są tu takie monumentalne, wielkie i pełne interesujących detali. Pomieszanie tradycji z nowoczesnością i architektoniczna spójność- to lubię. Ludzie na ulicy ubrani na 5 z plusem, nic w tym dziwnego, zakupy to tu prawdziwa przyjemność. Miałam szczęście, hotel w samym centrum, 5 minut spacerkiem do Opery, a potem trafiłam na George street czyli zakupowy raj. Za zimno żeby wybierać się na którąś z plaż, to muszę zostawić na australijskie lato.

Potem do Auckland, po raz drugi, niestety kolejny zimą. Wieje, pada, no pogoda mi tym razem nie sprzyja. Poza tym nadal odczuwam skutki choroby więc nie chcę przeginać. Auckland kojarzyć mi się będzie z ulicami, które w swej szarości nagle zaskakują sztuką uliczną. Czekam na lato, bo wiem, że dopiero wtedy Nowa Zelandia ze swoją niesamowitą fauną i florą przywita mnie w pełnej krasie.

Wychodzimy całą ekipą wieczorem, wino i najlepsze mule na świecie- ale serio, zapiszcie sobie OCCIDENTAL. Gotowane, pieczone, w winie, w czosnku, z chorizo, no jakie chcecie, przepyszne. Bawimy się do późnych godzin, wracam do hotelu jest 12 w nocy, a moje oczy jak 5 złotych. Przysięgam, pierwszy raz poczułam co to znaczy jet lag, leżałam w łóżku do 6 rano, zasłony na oknach, ciemno, ciepło, przytulnie, ja zmęczona, a leżę jak taki kołek i nic. Następnego dnia zaplanowałam o 8 muzeum, ale jak mam to zrobić jeśli nie mogę spać?! No i oczywiście zasnęłam rano i tyle miałam z dnia. Wracamy do Sydney, a z moim organizmem coś nie gra. Nie wiem już sama czy jestem zmęczona, czy głodna, czy o co tu chodzi, chodzę jak zombie. Niby ogarniam wszystko, idę na dobre śniadanie w parku, chodzę po mieście, ogarniam fajne miejsca, ale wszystko w jakimś zwolnionym tempie. Po powrocie do Dubaju mam wrażenie, że jedyne co robię to śpię. Na szczęście z letargu wyciąga mnie wizyta znajomych i robienie wszystkich tych wspaniałych, turystycznych rzeczy, o których zapomina się przy codziennym funkcjonowaniu.

Zaliczyłam zachody słońca przy fontannach, plaże i te knajpki, których normalnie się nie wybiera, sziszę i wielogodzinne snucie się po marinie. I wtedy mi się przypomniało, że mało z tego Dubaju korzystam. Dlaczego? Bo przez 80% czasu jestem sama. Wiadomo, że nie ma tu mojej rodziny i znajomych, a dodatkowo terminarz lotów sprawia, że znajomi spośród crew loty mają wtedy, kiedy ja mam wolne. Sama mam chodzić w te super miejsca? To właśnie mi tak doskwiera na co dzień.

Właśnie znów wróciłam z Sydney, znów okrutny jet lag na miejscu, ale chodziaż pogoda była doskonała! Śłońce plus delikatny wiaterek, długie godziny spacerów po mieście i torba pełna zakupów! Najlepiej jest budzić się na takie widoki:

Wróciłam pod Operę, no bo w słońcu to co innego- sami wiecie. W ogóle to nie o samą Operę się tam rozchodzi- bo po niej widać już, że ma swoje lata, ale całe otoczenie. Mamy tu Harbour Bridge, a w jego tle malownicze osiedla domków i roślinność ciekawą dla mojego europejskiego oka- inną. Mamy tu też odpływające co krótką chwilę promy, wielkie budynki po drugiej stronie, muzeum i taką otwartą przestrzeń, że aż miło kupić gorącą czekoladę i po prostu sobie posiedzieć. Potem snułam się po mieście, skręcając w przypadkowe uliczki, bo to chyba najlepszy sposób żeby trochę je poznać. Pełno tu ludzi w garniturach i garsonkach wylewających się z bogatych wieżowców w przerwie lunchowej, pijących kawę, wiecznie w biegu. Pełno też turystów o skośnych oczach, ale to w sumie nic nowego. Pełno tu knajpek o wystroju, który cieszy oko i jedzeniu, które raduje podniebienie. A gdy zbliża się wieczór to ci sami ludzie z tych bogatych wieżowców zamiast do domu zmierzają do pubów, siedzą na ulicach i rozmawiają. To lubię. Zawsze oceniam miasta pod względem “pomieszkalności” czyli:

-tu bym pomieszkała albo -tu bym nie pomieszkała

Sydney zalicza się do pierwszej kategorii. Latem można jeszcze pójść na plażę i posurfować, co zapowiada się jeszcze ciekawiej.

To tyle moi drodzy, postaram się lepiej o was zadbać. Za kilka dni znów Düsseldorf, a potem Rzym- po raz pierwszy w życiu! 

DXB-ZHR-CPT

Ciężko się skupić jeśli za 12 godzin ma się lot do domu, którego nie widziało się od 7 miesięcy! Tęsknię za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, grami planszowymi, znanymi miejscami, za domową kuchnią i zapachem chleba. 

Nie da się jednak zaprzeczyć, że mam teraz przygodę swojego życia, a ten post poświęcony jest dwóm przepięknym miejscom. Może jeszcze Zurych jest w miarę blisko i bardzo osiągalny, ale Capetown(Kapsztad) to w sumie kawał drogi!

Postaram się bardzo mocno skupić, bo należy wam się dobry post przed moim urlopem!

DXB-ZHR

Nie myślcie, że tak niewiele latałam w tym miesiącu! To nie tylko te 2 miejsca mam za sobą. Były też loty back to back, był Londyn bardziej prywatnie, bo spotykałam się ze znajomymi i krótki urlop w Düsseldorfie (❤️). I wydarzył się też Zurych- lot, o który ‘bidowałam’. Co to oznacza? Zawsze miesiąc wcześniej otwiera się dla nas na tydzień taka magiczna opcja na naszym portalu jak BID- czyli obstawianie jakie miejsca chciałoby się odwiedzić. Można wybrać kraj, miasto, określony lot. Ja chciałam dostać Düsseldorf, Zurych i Capetown. Jak widać chcieć to móc, bo wszystko dostałam. 

Lot do Szwajcarii to czysta poezja, pasażerowie tak poukładani, że taca po posiłku wygląda prawie tak porządnie jak przed, mili, niewymagający i w dodatku gadatliwi! Docieramy do hotelu wieczorem, postanawiam porządnie się wyspać i wyruszyć do miasta z samego rana. 

8 rano, na lotnisku ogarniam bilet całodobowy, wsiadam w pociąg i zaraz jestem w centrum. Wita mnie piękny, stary dworzec i przyjemna, słoneczna pogoda.

A plan wycieczki miałam bardzo konkretny (tu podziękowania dla przyszłej teściowej), kieruję się prosto na długą ulicę, która ciągnie się aż do jeziora. Po drodze mijam tysiąc miejsc, w których kulić można zegarki albo czekoladę (człowiek nie ma wątpliwości z czego znana jest Szwajcaria), małe uliczki pełne markowych sklepów i niemarkowych sklepików. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to Rituals- moja ulubiona marka z kosmetykami do kąpieli, którą polecałam w poprzednim poście! Mają nowy zapach pianki do kąpieli, już jestem szczęśliwa. Z małym, ale owocnym zakupem, zupełnie się nie spiesząc idę w stronę jeziora. Pełno tu dobrze ubranych ludzi w kawiarniach, rowerów i doskonałych witryn sklepowych, których jestem fanką (w poprzedniej pracy po części zawsze interesował mnie visual merchandising). 

W końcu docieram nad jezioro, pogoda robi się coraz ładniejsza, kupuję bilet na 1,5 godzinną podróż łodzią. Siedzę z przodu w części niezadaszonej i rozkoszuję się wiatrem- tego nie doświadczy się przy obecnym upale w Dubaju. Na jeziorze pełno małych łódek. Ludzie opalają się, albo czytają książki, my płyniemy powoli, mam czas podziwiać przepiękny widok na Alpy. Wszędzie jest zielono, a to co podoba mi się najbardziej, to że wszystkie domki są białe, wpisują się w krajobraz, w ogóle jest tu jakoś tak  czysto i spójnie.

Zrelaksowana zmierzam w dalszą część mojej trasy, idę coś zjeść (mega tu drogo) i potem z powodu wcześniejszego polecenia wiem, że mam przed sobą dobry sklep na zakupy spożywcze. Nie ma co się śmiać- w takim miejscu to obowiązkowy punkt programu! Wino, parmezan, szynki, salami, chleb- to są poważne sprawy, na które zawsze znajdzie się miejsce, nawet w najbardziej zapełnionej walizce!

Teraz spacer po drugiej stronie rzeki w stronę dworca. Tu jest mniej nowocześnie, bardziej czuć ten klimat starych europejskich miast. Są łódki na rzece, stare wieże zegarowe, kawiarnie, kamienice. Nie umiem tego opisać, ale to miasto jest takie spokojnie piękne.

DXB-CPT

O Capetown(będę je nazywać właśnie tak, a nie Kapsztad) słyszałam już tyle od mojej przyjaciółki, że nie wierzyłam jej, że jakieś miasto może łączyć w sobie widoki, przyrodę, hipsterskie miejscówki, doskonałe jedzenie i wszystko co najlepsze w jednym. A jednak.

Jeśli zapytacie na swoich lotach o najpiękniejsze miejsca, które odwiedziła dana stewardessa- gwarantuje wam, że 70% odpowie Capetown. I ja właśnie dołączyłam do tego klubu!

Tym razem lądujemy o 11 przed południem, szybki prysznic i o dziwo z grupą 4 innych dziewczyn(pamętajcie, że zazwyczaj z powodu lenistwa innych zazwyczaj podróżuję sama) i naszym miejscowym kierowcą ruszamy na podbój miasta! Przed nami Table Mountain czyli Góra Stołowa- jeden z  oficjalnych 7 nowych cudów świata. Te góry są takim zwieńczeniem tego miasta, widać je zewsząd, są z jednej strony pełne roślinności, a z drugiej bardzo surowe. Wjeżdżamy na szczyt.

Widok jest absolutnie oszałamiający, a dodatkowo pogoda jest idealna. Przed nami całe miasto, port, ocean, skały, rośliny.. No wow..

Spędzamy na szczycie zdecydowanie więcej czasu niż zamierzaliśmy, z tym widokiem ciężko się rozstać. A przed nami tyle planów- Przylądek Dobrej Nadziei i pingwiny!

Zjeżdżamy na dół, ja już zostałam kupiona, nie potrzebuję w sumie więcej. Nasz przewodnik okazuje się przemiłym gościem, opowiada nam o nieciekawej sytuacji politycznej, o biedzie panującej na przedmieściach, o tym jak obowiązkiem jest tu mieć w domu braai(taki wypasiony grill, bez którego oni nie umieją żyć), o winiarniach w okolicy, o tym jak tu tanio, że nigdy nie widział śniegu. 

Stoimy w korku o wiele za długo, nie zdążymy na Przylądek Dobrej Nadziei- ok zaliczę go następnym razem, chcę zobaczyć pingwiny! Chyba pierwszy raz w życiu, nie przypominam sobie ich w żadnym zoo, dodatkowo te są charakterystyczne dla tego miejsca, mają takie różowe plamy pod oczami.

Nie wiedziałam, że pingwiny tak głośno krzyczą! Dodatkowo wcale się nas nie boją i po prostu przechadzają się po skałach i plaży. Selfie z 🐧, podziwiamy plażę i zazdrościmy ludziom, którzy mają tu swoje domy. 

Wracamy niesamowitą drogą, która kręci się nad skalistym wybrzeżem. Pięknie po prostu. I widok na miasto i na góry i plaża i słońce i wszystko jest tu na miejscu.

Potem jeszcze wielki stek z pieczonym ziemniakiem i zostałam absolutną fanką tego miejsca numer jeden! Nie mogę się doczekać wakacji w Lutym!

Jak wyglądać ładnie przez 15 godzin?

Od razu uprzedzam panów, którzy zabierają się za czytanie- ewakuacja, będzie super nudno!

Drogie panie! Makijaż- obowiązek, konieczność, przyjemność? Moja praca spowodowała, że w wolne dni nauczyłam się wychodzić do ludzi zupełnie bez makijażu. I przyznam wam szczerze- przestałam się tego wstydzić. Ale dowiedziałam się też z rożnych źródeł jak lepiej dbać o cerę (chociaż specjalistką nigdy nie będę, dlatego też moje porady traktujcie jako złote myśli pewnej stewardessy!). 

Z czym kojarzy się nam Emirates? Z czerwonym nakryciem głowy z białą woalką i z czerwoną szminką oczywiście! Dlaczego ta pomadka jest tak ważna? Bo nawet w najgorszy dzień rozpromieni każdą buzię, nada jej elegancji, spowoduje, że zęby będą wydawać się bielsze a makijaż bardziej skończony. Zgadzacie się? Czasem wystarczy tylko szminka i już jakby większa gotowość na wieczorne wyjście i szanse na zapoznanie kogoś też jakoś rosną. 

Ja zawsze lubiłam eksperymentować z makijażem, zawsze jednak stawiałam na oczy- dlatego przyjechałam zaopatrzona w cienie do powiek, eyelinery i ulubiony tusz do rzęs. Pomadka? To była dla mnie zupełna nowość! Jak ją dobrać żeby trzymała się tyle godzin? Jak pielęgnować usta przesuszone wielogodzinnym przykryciem przez grube warstwy szminki? Tego musiałam się dopiero nauczyć. 

Pielęgnacja

Od czego by tu zacząć? Trochę od końca, czyli od demakijażu. Skórę najpierw trzeba przygotować, oczyścić. Mój ulubiony produkt do demakijażu to żel micelarny Sephory. To moje 3 opakowanie i nie saądzę żebym zdecydowała się na zakup czegoś innego. Próbowałam płyny micelarne- czułam, że moja skóra jest przesuszona, mleczka- zbyt tłusta. Ten żel z kolei jest dla mnie idealny! A cerę mam raczej suchą, delikatną i skłonną do zaczerwienienia, dodatkowo mam bardzo delikatną skórę na powiekach, na którą zwracam szczególną uwagę. 

Po zmyciu makijażu czas na toner- mój z bambusa kupiłam w Hongkongu (zawsze chciałam tak mówić: to kupiłam w Paryżu a tamto w Bangkoku i w końcu przy tej ilości nowych krajów zaliczonych w ciągu jedno miesiąca- mogę 🙈). Ten toner pozwala mi poczuć, że make up jest na pewno zmyty, a skóra gotowa na pielęgnację. Dodatkowo jeśli pojawiają się jakieś wypryski polecam olejek z drzewa herbacianego z The Body Shop. Jest dość ostry, trzeba więc uważać żeby nie przesadzić z ilością, ale nie pozwala on niedoskonałościom na pojawienie się 😉

Wszystkie te produkty są w “normalnych” cenach, żel to około 80 zł, olejek 60zł, a toner szczerze mówiąc nie pamiętam, ale chyba około 30zł.

Najważniejsze dla mnie produkty czyli serum i krem do twarzy. Dlaczego najważniejsze? Po pierwsze tak jak wspominałam moja cera sama z siebie jest sucha, a po drugie nie pomaga jej powietrze w samolocie (poddawane presuryzacji, mniej bogate w tlen). Po długich poszukiwaniach znalazłam Hydrabio Serum z Biodermy (ok 165zł) oraz mój ukochany krem do twarzy Kiehl’s (kupiony na duty free za 100zł). Nawilżanie twarzy to w tej pracy podstawa! Przesuszające warunki na pokładzie samolotu, ciężki makijaż, mało snu i nieregularny tryb życia powodują, że skóra aż prosi o dobry krem.

Niestety zawsze miałam problem z widocznymi porami na nosie- teraz pomagam sobie plastrami kupionymi w Hongkongu i balsamem Porefessional z benefitu! Dodatkowo moja ukochana marka Rituals (najszczerzej polecam ich pianki do kąpieli!!!) dorzuciła mi ostatnio do zakupów krem z filtrem do twarzy- niby w innych moich kremach też są filtry jednak przy tym natężeniu słońca jakie jest w Dubaju może rzeczywiście przydaje się dodatkowa ochrona?

Pielęgnacja dotyczy jednak nie tylko twarzy! Usta- mój odwieczny problem to przesuszone, pękające usta. Najlepszy, niepowtarzalny i jedyny lek na tę przypadłość to Lucas Pawpaw Ointment z Australii (20zł). Niezrównany w nawilżaniu zarówno ust jak i przesuszonych dłoni! 

Do rąk polecam krem o zapachu białej herbaty z Woolworths. Dostałam go w prezencie od przyjaciółki z RPA- przepiękny zapach i nawilżenie szczególnie skórek wokół paznokci (wszyscy pracujący w sklepach, restauracjach czy na pokładzie wiedzą jaka to udręka utrzymać ręce w dobrym stanie, a jednak cały czas są one na widoku).

Stopy- cały czas w niezbyt wygodnych butach, dużo stania, dużo chodzenia w obcasach. Beautybird wyprodukowało jednak krem do zmęczonych stóp, który przyjemnie chłodzi. Koniecznie nakładaj przed spaniem, warto też schować stopy pod kołdrę, bo daje uczucie zimna;)

Podkład

Zmyliśmy makijaż z poprzedniego dnia, nałożyliśmy wszystkie kremy wieczorem, nakładamy teraz kremy rano (załóżmy, że o dziwo lecimy w normalnych godzinach) i czas na podkład. Jest on obowiązkowy dla stewardessy- pozwala przykryć zmęczenie i zapewnia świeży wygląd przez długi czas. Ja jestem wierna polskiej marce Inglot, Perfect Coverup Foundation to mój wybór numer jeden! Wiele dziewczyn pyta mnie co stosuję, bo podkład utrzymuje się długo, a nie wygląda jak maska. Przyznaję, że przy następnej wizycie w Polsce czas na zmianę koloru, jednak dubajskie słońce robi swoje i twarz nabrała rumieńców.

Koszt to około 80 zł, nakładam go zawsze gąbeczką. Teraz akurat jestem w posiadaniu Beauty blender (promocja w Sephorze 2 w cenie 1), ale używałam też gąbeczek z Inglot i nie widziałam różnicy.

Korektor i puder 

Oczy zostawiam zawsze nietknięte podkładem, moja skóra jest za delikatna, podkład zawsze za ciężki. 

W Dubaju odkryłam Benefit- chodzę tu do Browbaru gdzie robią mi brwi i tam pokazali mi na co ich stać. Korektor Boiing to cudowny kosmetyk dla każdego z tak zwanymi ‘worami pod oczami’! Nakładam go palcem, a potrafi zdziałać cuda. Koszt to około 100 zł, ale przyznam, że jest niesamowicie wydajny! Wcześniej używałam Inglota, którego nadal lubię, jednak to Benefit skradł moje ❤️!

Na zdjęciu obok korektora znajduje się puder- również Benefit, jakieś 170 zł, wygodny, kompaktowy, dobrze kryje!

Oczy

To moja ulubiona część makijażu. Mam wiele paletek, ale polecę wam te, którymi wykonuję make up do pracy, czyli obowiązkowo w odcieniach brązu i nude.

Paletka Pupa- prezent świąteczny. Cały czas boję się, że się skończy, a nigdzie nie mogę tej przeuroczej paletki w kształcie kota znaleźć! Idealny brąz i rozświetlający beż do wykańczania kącików oczu! Dodatkowo różowy błyszczyk, który ratuje jeśli zapomnimy pomadki nawilżającej.

Mój drugi niezbędnik to paletka z Sephory (129zł). Używam jej zarówno do brwi jak i do oczu, naturalne brązy i to co widać po zużyciu tego koloru- moje ulubione rozświetlenie oka w postaci świetlistego beżu. 

Wyżej obok korektora Inglota możecie też zobaczyć cień do powiek kupiony w Bangkoku w kształcie makaronika! Kolor nazywa się Earl Grey i jest idealnym wypełniaczem całej powieki! Szukałam go w tym samym miejscu, kiedy w Bangkoku byłam po raz drugi i nie mogłam znaleźć:(

Pędzle mam różne, ale nic wam polecać nie będę, bo ulubionych jeszcze nie znalazłam (może wy macie ulubione?)! Za to gimme Brow z Benefit to idealny ‘uzupełniacz’ do brwi- powoduje, że wydają się one gęstsze i nie widać żadnych prześwitów pomiędzy włoskami.

Eyeliner i tusz

Mój ukochany tusz i eyeliner są marki YSL. Oba z linii Babydoll, eyeliner ma przeciekawy kolor, w świetle wydaje się delikatnie zielonkawy.. Niestety wymagany w naszych liniach jest czarny, dlatego dla bezpieczeństwa stosuje ten od Make Up For Ever. 

Usta

Absolutny znak rozpoznawczy w moich liniach lotniczych- czerwona pomadka! Musi pasować kolorystycznie do gumki, którą nosimy na naszych równie charakterystycznych kokach i do czerwonego nakrycia głowy. 

Wiele dziewczyn używa pomadki Mac (Russian Red i Ruby Rue)- ja jednak uważam je za mało trwałe. Lubię kiedy moja szminka wytrzymuje kontakt z jedzeniem i nie muszę uzupełniać jej co 2 godziny. Dodatkowy atut to matowe wykończenie. Najlepiej sprawdzają się tu pomadki Sephory i Urban Decay. Obie trzymają się z założenia 8h, łatwo się rozprowadzają, szybko wysychają na ustach nie zostawiając czerwonych śladów na zębach i każdej szklance, z której piję.

Makijaż prawie gotowy- warto na zakończenie nałożyć puder mineralny No-Sebum od Innisfree czyli mojej ulubionej koreańskiej marki kosmetyków. Twarz w okolicach nosa i czoła przestaje się świecić nawet w 60stopniowym dubajskim upale!

Kompaktowo

A jeśli czasami nie mamy ochoty zabierać ze sobą 2 ton kosmetyków polecam kompaktowe paletki ze wszystkim co potrzebne (moja od Clarins) i miejsca w torbie jakoś więcej i nie trzeba wszystkiego szukać po 19 kosmetyczkach!

Maseczki do twarzy 

Makijaż znów zmyty, skóra gotowa do spania, jednak raz na jakiś czas warto dać jej podwójną dawkę witamin i nawilżenia w postaci maski do twarzy. Oczywiście najlepsze te koreańskie, tanie a doskonałe! Awokado, masło shea, wyciąg ze ślimaka- nic nie jest mi już obce, a skóra po 20 minutach takiej kuracji to jak to mówią- jak u niemowlaka!

Co serwują na pokładzie Emirates?

Nie wiem jak wy, ale ja zanim zaczęłam pracę w Emirates raczej nie latałam takimi liniami. Zdarzyło mi się lecić polskim LOTem do Nowego Jorku i na pokładzie podali mi tosta z kurczakiem i serem. No i wodę i jakiś batonik. I to tyle. W tanich liniach to nawet chipsy kosztują fortunę także raczej trzeba przecierpić te kilka godzin, albo zjeść coś na lotnisku. Jednak w Emirates jest inaczej.

Najkrótszy lot to Doha- jakieś 40 minut, czyli ledwo się wzbijesz, już musisz lądować. Pewnie nie spodziewałbyś się posiłku- a jednak! Loty, które trwają mniej niż godzinę to kanapki, ciasta, przekąski, wszystko zapakowane, żebyś jakby co zabrał to ze sobą. 

Ciekawej zaczyna się na lotach dłuższych niż godzina, ale krótszych niż dwie. Tu do dyspozycji mamy ciepły posiłek. Serio! Tylko jedna opcja do wyboru, ale jednak full wypas. Do tego wybór soków, napojów gazowanych (pepsi, 7up, ginger ale, woda sodowa, tonic). 

Jeśli jednak wybierasz się w dłuższą podróż czeka cię cała gama specjalnie wyselekcjonowanych posiłków. Przed startem, albo chwilę po nim dostajesz menu, a w nim informację ile i jakie dania będą serwowane, jakie przystawki i deser będą podawane dla wszystkich, oraz 2 opcje gorące (śniadanie, lunch, obiad). I co najciekawsze te potrawy nie powtarzają się na każdym locie, a wybór jest ogromny i dopasowany do miejsca, do którego lecisz. 

Ach zapomniałam dodać, że menu możesz sprawdzić też przed lotem. Na stronie internetowej pod twoją rezerwacją znajdziesz informacje o: menu, dostępności wi-fi, telewizji na żywo. Dodatkowo oczywiście w każdym samolocie masz ogromny wybór filmów (nawet niedługo po światowych premierach), a także tych w oryginalnych językach (są tu jakieś polskie filmy, ale też hity bollywoood). No i jeszcze możesz wykonywać połączenia telefoniczne między siedzeniami jeśli na przykład nie udało ci się zarezerwować miejsc blisko twojego towarzysza podróży.

Wróćmy jednak do menu, tu mały przykład mojego, kiedy leciałam jako pasażer do Düsseldorfu:

Co my tu mamy? Lot trwa 6,5h a serwują 2 posiłki. Śniadanie zaraz po starcie to continental breakfast czyli na zimno. Zapomniałam obfotografować, ale były tam owoce, ser, pomidory i rogalik z dżemem. W sam raz żeby coś przekąsić przed snem. Przed lądowaniem z kolei pojawia się lunch. Tu już mamy gotową tacę z przystawką w formie sałatki coleslaw z orzechami oraz deser, czyli mus o smaku czekoladowego ciastka. Do tego do wyboru dwa dania:

1) Grillowany kurczak serwowany z zieloną fasolką, podawany z duszonymi ziemniakami w sosie z ziół

2) Baranina w sosie pieprzowym serwowana z ryżem basmati i sezonowymi warzywami

Warto zaznaczyć, że wszystkie posiłki serwowane na pokładzie są halal, co oznacza, że nigdy nie znajdziemy tu wieprzowiny, zwierzęta zabijane są w odpowiedni dla Muzułmanów sposób, żadna potrawa nie zawiera też alkoholu. Dodatkowo przy zakupie biletu jest możliwość zamówienia posiłku specjalnego. Także jeśli jesteś wegetarianinem, nie jesz glutenu, jesteś na diecie, a nawet po prostu lubisz jeść owoce morza- na pewno znajdziesz coś dla siebie! 

Wybrałam kurczaka, bo wolę ziemniaczki niż ryż, którego ostatnio jem w nadmiarze!


Co my tu mamy? Od góry i od lewej: deser, sałatka, kubek do kawy/herbaty + woda, bułeczka, ciepłe danie, sztućce (normalne, a nie żadne plastiki!) a po środku zamknięty w plastikowym pudełku zestaw małego głodomora: krakersy, masło, czekoladka, dip salsą, kiri- możesz zjeść teraz, albo zostawić na potem).

Zaraz po podaniu jedzenia kolejna osoba z załogi podchodzi do nas z wózkiem z barem, tam można wybrać sobie sok, inny zimny napój, albo alkohol, którego całkiem tu spory wybór! Polecam białe wino z Nowej Zelandii Wild Rock.

Potrawy dopasowane są do europejskiego podniebienia, mamy delikatne sosy, sezonowe warzywa. Jeśli akurat będzie to poranny lot to dostaniemy ciepłe śniadanie czyli na przykład jajecznicę lub omlet. Sprawy mają się inaczej przy kierunkach azjatyckich. Tam będzie jedna pozycja bardziej europejska, a druga to noodle albo ryż plus ryba. Dodatkowo kiedy nie podajemy posiłków zawsze można poprosić o cup noodles. Z kolei loty do Indii to śniadania, których nazw nie potrafię wymówić, dużo tam aromatycznych przypraw takich jak curry. 

A jak wyglądają klasa biznes i pierwsza? Miałam okazję lecieć w biznes. Tam na początku serwują szampana, przy fotelu z kolei czeka menu z listą oferowanych drinków czy wyciskanych soków. Wybór przystawek, dań głównych i deserów, a wszystko wygląda jak serwowane w najlepszej restauracji. Selekcja win z różnych stron świata, ciepłe rogaliki na śniadanie, gorące czosnkowe bułeczki..

No nie pozostaje wam nic więcej jak kupić bilet i samemu się przekonać. Ja na pewno podam wam ten posiłek z uśmiechem na ustach, a i wino dobiorę odpowiednie do potrawy 😉

MRU + HKG + DUR

Przyznaję- trochę mnie nie było znów! Ale jak tu pisać posty jeśli tyle się dzieje! Nadrobię zatem jednym wpisem 3 miejsca- i to nie byle jakie! 


MRU 27.06

Już byłam psychicznie przygotowana na Taipei, a tu dzień wcześniej informacja na portalu zmienia się na HOME STANDBY. Załamana, na pewno dostanę lot do Pakistanu albo Indii. Do tego STANDBY w środku nocy, bo od 3 do 9 rano. Co to w ogóle oznacza? Niby można spać, bo dadzą ci czas na przygotowanie się, ale jednak do łóżka wchodzę gotowa- po kąpieli, wyprasowany uniform wisi na wieszaku, a w walizce podstawowe rzeczy na każdą pogodę. Dzwonią o 6, że Mauritius. Trochę z niedowierzaniem zastanawiam się jak ktoś mógł zachorować przed taką cudowną podróżą. Jestem szczęściarą. Z walizki wyrzucam kurtkę i pełne buty, dokładam za to strój kąpielowy i olejek do opalania. Pierwszy raz lecę gdzieś bez listy rzeczy, które można robić w danym miejscu czy umiejscowienia hotelu. 

Lot jest przyjemny – w końcu wszyscy lecą na wakacje. Jest wieczór, autobus zawozi nas do najpiękniejszego miejsca jakie widziałam! Ciężko jest utrzymać szczękę na miejscu kiedy wchodzimy do ogromnego resortu z fontanną na środku, podświetlanymi basenami, gdzie obsługa oferuje nam mrożone napoje. Plaża, łódki, raj. Dostaję klucz do pokoju, okazuje się, że zamiast zwykłego pokoju w hotelu dostaję domek przy plaży, moje mieszkanko jest ogromne, a widok z balkonu zapiera dech. Ciężko zasnąć. Budzę się rano, po śniadaniu wybieram się na spacer brzegiem oceanu, potem wypoczywam na plaży, piję wodę z kokosa i jem owoce morza. Nie mogłam trafić lepiej. 


HKG 05.07

W międzyczasie byłam drugi raz w Londynie, ale już nie jako turystka. Tym razem odwiedzałam przyjaciół. Pamiętacie jak leciałam z Bangkoku do Hongkongu tylko po to żeby zobaczyć tamtejsze lotnisko? Teraz w końcu mam okazję zwiedzić to interesujące miasto. Ląduję nad ranem, około 2 w nocy,jestem w hotelu, głodna jak wilk, a ceny room service zwalają z nóg! Schodzę do recepcji zapytać o najbliższe knajpy, pan patrzy na mnie jak na szaleńca, ale wskazuje ulicę, która jest blisko. Po drodze mijam stoiska ze street foodem, ale otłuszczone wielkie kaczki i kurczaki średnio mi się widzą. Restauracja, do której wchodzę jest pełna ludzi (mówiłam że jest 2 w nocy?!) a za 2 dania płacę i tak połowę tego co zapłaciłabym w hotelu za jedno. Grube noodle z wołowiną i kapustą Pak Choi i pierożki z krewetami! Najedzona wracam do hotelu, miasto śpi, ale już mi się podoba! Wszystko jest wielkie, przerysowane. Nawet w drodze z lotniska widać ogromne wieżowce i największy port jaki w życiu widziałam pełen dźwigów przenoszących ogromne kontenery na kolosalne statki. 


Snu nie było za dużo, bo umówiliśmy się o 8 rano w recepcji. Jest gorąco, ale leje deszcz, co powoduje, że ulicami płyną małe potoki, a kierowcy w starych taksówkach w nieskończoność czekają na nowych klientów, którzy zniechęceni pogodą nie wystawiają nosa z hotelu. Nasz plan to Victoria Peak czyli wzniesienie z pięknym widokiem na miasto. Co z tego że pada, mamy tylko 24h, a oznacza to brak wyboru czasu zwiedzania. Wsiadamy do taksówki, która wiezie nas ulicami, które jak serpentyny oplatają te zielone wgórze, na którym z powodu ulewy tworzą się niemałe wodospady. Docieramy na miejsce, wspinamy się na taras widokowy, deszcz deszczem, ale widok wciąż piękny! Z jednej strony zielone góry, z drugiej betonowe miasto. 


Teraz czas na spacer po mieście. Deszczowe uliczki pełne sklepików i straganów, sznury samochodów, ogromne przejścia dla pieszych i mnóstwo neonów- tak zapamiętam to miasto! Ach i jeszcze kolorowo ubrani ludzie, wśród których czuję się jak żyrafa, a mam tylko 175cm. W sklepach jest bardzo tanio, kupuję milion masek do twarzy, kolorowych skarpetek i  ciuchów w ogóle. Wszystko jest tu inne, bardziej kolorowe, zabawne, ciekawe. Azjatki znane są ze swoich sposobów pielęgnacji skóry, dlatego w sklepach z kosmetykami spędzam tu mnóstwo czasu. Nie znałam wcześniej bezbarwnych pudrów zapobiegających tzw. świeceniu się czoła, albo masek ze śluzu ślimaka (ble). 


DUR 09.07

Lot do Durbanu w Republice Południowej Afryki wspominać będę jako jeden z najcięższych. Dlatego też na miejsce docieram zmęczona. Jednak nie mogę rzucić się na łóżko i przespać całego wieczora jeśli moja przyjaciółka pochodzi z RPA i cały czas słucham opowieści o ich wspaniałym jedzeniu, o tym jak jest tu tanio i jak widoki zapierają dech. Na kolację spotykamy się prawie wszyscy- a nieczęsto się to zdarza! Kapitan, drugi pilot, łącznie 12 osób- przyświeca nam jeden cel, zmierzamy w poszukiwaniu najlepszego steka! Docieramy na miejsce, restauracja wygląda przyzwoicie, zamawiam Sirloin medium rare (teraz widzę w słowniku, że tłumaczy się to jako befsztyk z polędwicy wołowej). Dostaję kawał mięsa, grubo ciosane frytki i dużo sosów do wyboru. Przysięgam: ogień, rozkosz, niebo w gębie 💥! Mięso jest doskonale soczyste, po prostu najlepsze gatunkowo, przyprawione doskonale, usmażone perfekcyjne. Moja przyjaciółka nie przesadzała- oni wiedzą jak się tu obchodzić z mięsem, bez względu na to czy to świnia, krowa czy antylopa. W każdym domu na tarasie znajdziemy tu miejsce na braai, czyli nasz grill w języku Afrikaans. Jednak tu traktuje się go niemal jako świętość, miejsce spotkań całej rodziny, a sposoby obróbki i przygotowania dań to rodzinne tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przygotowana we wszystkie najważniejsze informacje następnego dnia wybieram się do specjalnego sklepu, gdzie zakupuje 2 tony przypraw, marynat i sosów do mięs. Do tego wina i biltong (odpowiednio przyprawione, suszone mięso, podobne do beef jerky). Obładowana siatami zakupów, za które zapłaciłam odpowiednik 100 zł nie mogę uwierzyć jak tu tanio! Na śniadanie jem Milk Tart czyli kolejny regionalny specjał! 

Sam Durban jest piękny, przyroda, widoki, zieleń, niestety teraz jest tu zima, dlatego też na nurkowanie z rekinami zdecyduję się kiedy zawitam tu latem! Na obiad następnego dnia też zamawiam steka (bo dlaczego nie!), za którego płacę 12 zł!! Mogłabym tu mieszkać tylko dla samego jedzenia!