Tytuł posta jest dziś trochę dwuznaczny. Kiedy tydzień przed przeprowadzką dostałam maila z informacją o budynku, w którym przyjdzie mi mieszkać, byłam przeszczęśliwa, bo jest on w centrum, na mapie wszystko wygląda jakby było blisko! Ale potem zaczęłam tę mapę przybliżać i okazało się, że to co wydaje się pięciominutowym spacerem w rzeczywistości jest 3 kilometrową trasą. Taki właśnie jest Dubaj. Można mieszkać niedaleko lotniska i na imprezy do Dubai Marina jechać metrem godzinę, albo z budynku przy słynnej palmie, dotrzeć do Burj Khalifa w 45 minut, a jeśli już jedzie się autem albo taksówką, korki pojawiają się z nikąd i można utknąć w nich na długie godziny.
  
Metro jest w pełni zautomatyzowane(nie ma maszynisty!) i zamiast poruszać się pod ziemią, znajduje się na specjalnych estakadach nad ulicami miasta. Całkowita długość linii to 75 km, z czego najdłuższa, czerwona ma 50 km! Dodatkowo wagony mają wydzieloną strefę różową tylko dla kobiet, co przypomina o tym, że znajdujemy się w mieście o arabskiej kulturze. Na co dzień można o tym zapomnieć, ponieważ nawet w najmniejszym sklepie wszyscy mówią po angielsku i więcej jest tu ludzi z różnych zakątków świata niż rodzimych mieszkańców. 

Drugie znaczenie braku granic jest mniej dosłowne i zdałam sobie z niego sprawę dopiero na miejscu. To miasto chyba każdego potrafi zaskoczyć, z założenia wszystko ma tu być największe, najlepsze, po prostu niesamowite. Budynek Burj Khalifa widzę z mojego okna, opowiadałam wam już o tym, że pokaz fontann pod nim robi wrażenie, ale mogę jeszcze dodać, że obok znajduje się jedno z największych centrów handlowych na świecie- Dubai Mall. Nigdy nie widziałam tylu najlepszych marek w jednym miejscu, dodatkowo restauracje, wodospady, część arabska, akwarium z rekinami i płaszczkami. Ale pamiętajcie, że jeśli zdecydujecie się dojechać tam metrem, droga ze stacji do Dubai Mall zajmuje około 140 lat i jest niekończącym się tunelem ruchomych chodników świata! 

   
 

Madinat Jumeirah 

40 hektarów hoteli, ogrodów, bazarów i restauracji z widokiem na Burj al Arab. Stateczki pływające po sztucznych jeziorkach, plaża i możliwość zakupu oryginalnych, arabskich nakryć, perfumów i ozdób. Co najważniejsze można tu znaleźć też restauracje serwujące mięsa z całego świata, australijskie steki, specjalnie przyrządzane kiełbasy z Południowej Afryrki. 

   
 

Dubai Marina

Sztuczne jezioro połączone z dwóch stron z morzem, wysokie budynki, wielkie jachty, niezliczona ilość restauracji i barów. Warto odwiedzić zarówno w dzień jak i w nocy. W dzień szczerze polecam po prostu spacer i lunch z widokiem, natomiast w nocy warto wybrać się do klubu Barasti z muzyką na żywo do kolacji, a potem gorącą imprezą na plaży.

     

Jeśli już tyle wspominam wam o jedzeniu, polecę też moje dwie ulubione restauracje, których nie można pominąć odwiedzając Dubaj. Dodatkowo mogę dodać, że jeszcze 2 miesiące temu nawet nie spróbowałabym połowy z dań podawanych w każdej z nich. Nie potrafiłam jeść pałeczkami i raczej nie byłam zbyt ciekawa nowych smaków. Wszystko jednak się zmienia kiedy zostajesz stewardessą i żyjesz w środowisku, w którym wszyscy twoi najbliżsi znajomi pochodzą z 6 kontynentów, jedzą zupełnie inaczej, a dwie twoje przyjaciółki to Koreanka i mieszkanka RPA. Do Południowej Afryki wybieramy się razem w lutym, nie mogę się doczekać prawdziwego safari, nurkowania z rekinami i jedzenia, o którym opowieści przekazuje każdy, kto odwiedził Cape Town. Jeśli chodzi o azjatyckie smaki, black noodles to teraz moja ulubiona przekąska, a po Korean Barbeque musiałam odpoczywać przez godzinę, bo nigdy nie zjadłam na raz tyle pyszności!

  

Shogun Restaurant 🍚🍜

Mówiłam o Korean Barbeque to muszę wspomnieć o Shogun! Wcale nie tak daleko od Dubai Marina mieści się azjatycka knajpa, o której wie każdy ogarnięty w temacie dobrej, orientalnej kuchni. Wybraliśmy się tam w czwórkę i cały proces zamówienia powierzyliśmy w ręce naszego koreańskiego eksperta. Jedyne czego nie mogę przełknąć to Kimchi (tradycyjne danie kuchni Koreańskiej, składające się z fermentowanych lub kiszonych warzyw), smak i zapach pominę milczeniem i postaram się wyrzucić z pamięci doświadczenie jedzenia tej okropności. Zamówiliśmy więc: Galbi Jeongsik, Bulgogi, Chicken Tangsuyook i noodle, których dokładnej nazwy nie pamiętam. Dwa pierwsze dania zostały podane pysznie zgrillowane z dodatkiem ryżu i liści sałaty, a proces jedzenia polegał na zawijaniu ryżu z dodatkiem mięsa i warzyw w te liście i moczeniu ich w ostrych sosach. Przyznaję większość tych sosów jest zdecydowanie za ostra na moje nieprzygotowane, europejskie podniebienie, ale nawet bez nich, jedzenie jest po prostu obłędne.

  

The Sum of Us 🍳🍧

Stęskniona za w miarę domowym jedzeniem, kiedy usłyszałam o restauracji, która wypieka własny chleb, a dodatkowo podaje największe milkshake jakie widziałam w życiu, wybrałam się do The Sum of Us. Chyba zapomniałam wam powiedzieć jak drogie jest życie w Dubaju, gdzie papier toaletowy kosztuje 20 zł za 2 rolki, a kieliszek wina w knajpie to koszt 80 zł. Pamiętajcie o tym za każdym razem kiedy wspomnę, że dane miejsce ma niewygórowane ceny, tak jest właśnie tutaj. Musicie koniecznie zamówić shake’a tygodnia (na przykład z truskawek i brownie z dodatkiem sorbetu cytrynowego), albo chociażby domowej lemoniady! Brzmi pysznie, wygląda jeszcze lepiej, a smakuje obłędnie. Dodatkowo doskonały wybór bardzo zróżnicowanych dań i możliwość zakupu świeżego pieczywa! 🍞

  

Miracle Garden

Teraz miejsce, które pięknie wychodzi na zdjęciach, ale nie polecam go ani trochę.. Dojechać trzeba tu taksówką, a droga ciągnie się w nieskończoność, wejście jest płatne, a na miejscu czeka kraina kiczu. Jest tu mnóstwo kwiatów i parasolek, co jeszcze ma w sobie jakiś urok, ale wieża Eiffla zbudowana ze sztucznych cytryn to dla mnie za dużo.. 

   
  

Za 2 dni lecę do Singapuru i Melbourne! W końcu szykuje się prawdziwa relacja z miejsca, które odwiedzę! Jeśli podróżowaliście już do tych miast i chcicielibyście podzielić się ze mną tym, co warto zobaczyć, gdzie jeść, a co omijać- piszcie! 

Advertisements