Stało się tak, że mój pierwszy layover to także lot multisektorowy. Rzucona na głęboką wodę czterech lotów po 7 godzin mogę powiedzieć, że mój organizm musi się jeszcze przyzwyczaić do wszystkich zmian czasu, latania w nocy i spania w bardzo dziwnych godzinach. Jednak dwa miasta, które miałam okazję odwiedzić są zachwycające! Zupełnie różne od siebie i każde z nich piękne na swój sposób. Dodatkowo mogłam dużo się nauczyć, jeśli chodzi o samą pracę stewardessy, bo przecież 28 h w powietrzu robi swoje, a jeszcze przyjemniej się latało, dlatego że trafiłam na super ekipę! 



Singapur


Oczywiście przed lotami przygotowałam sobie listę miejsc, które warto zobaczyć – taki typowy przewodnik turysty. Po drodze dowiedziałam się, że część cabin crew z mojego lotu chce zrobić wycieczkę po Singapurze tym dużym autobusem turystycznym. Już miałam też się zgodzić, na szczęście w porę przypomniałam sobie, że wszystkie miejsca, które dotychczas zwiedziłam, największy urok zyskały kiedy przemierzałam je pieszo- tak też zdecydowałam się podróżować tutaj! Już sama nocna droga z lotniska do hotelu była dla mnie niesamowita, nigdy nie widziałam tak pięknie zorganizowanej zieleni rosnącej przy drodze, tylu parków i ogrodów. Słyszałam o tym, że Singapur to miasto największych ogrodów, ale moim zdaniem to ogród, w którym ktoś akurat umieścił miasto! Nazwa Singapur pochodzi od dwóch sanskryckich słów: singa (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy stosowana nazwa Miasto Lwa. Wizerunek posągu Merlion (zdjęcie poniżej) jest znanym symbolem Singapuru. 

Tutaj nawet drzewa przy drogach są specjalnie przemyślane żeby zachować poczucie harmonii, a wizyta w Gardens by the Bay oczarowuje, szczególnie jeśli na co dzień przebywa się w Dubaju- betonowym mieście pośrodku pustyni! Zacznijmy jednak od początku! Mam doświadczenie w zwiedzaniu europejskich miast, udało mi się nawet zawitać do Nowego Jorku, ale nigdy nie byłam w Azji. Teraz ląduję w Singapurze, wychodzę z lotniska i jestem w szoku! Temperatura niby taka sama jak w Dubaju, ale słowo upał zupełnie nie oddaje tego co odczuwam. Parno, lepko, gorąco, wilgotno to tylko kilka słów, które błyskawicznie przychodzą mi na myśl. Teraz już wiem, że wyjeżdżając do danego kraju warto sprawdzić też wilgotność, a tu wynosi ona aż 80%. Jak mam przemierzyć jutro to miasto pieszo, jeśli teraz w środku nocy ledwo mogę złapać oddech? Dałam jednak radę. Przyznaję, że po pół godzinie wiedziałam, że robienie makijażu było bezcelowe, no ale przecież człowiek uczy się na błędach. Mój hotel jest piękny, położony tuż obok części ulicznego toru Formuły 1 (tu pozdrowienia dla mojego mężczyzny- najwiernierniejszego fana Fernando Alonso na świecie 🏎🏁), wszędzie też z niego blisko. Ubieram najlżejsze ciuchy jakie zabrałam i wyruszam w stronę Gardens by the Bay! Ptaki śpiewają, miasto pachnie zielenią, nigdy nie widziałam tak czystych ulic, umieram z gorąca po 2 minutach, ale zmierzam dalej. Pełno tu nowoczesnych budynków, tak bardzo podoba mi się harmonia architektury z tutejszym krajobrazem. 

Po drodze do ogrodów znajduje się budynek Artscience Museum Singapore, gdzie akurat odbywa się wystawa Future World- czyli zabawa dźwiękiem i światłem w najlepszym wydaniu, najchętniej wróciłabym tam jeszcze kilka razy! Jest tu pokój pełen lampek, który ukazywać ma tworzenie się gwiazd. Na małym ekranie przed nim można wybrać typ gwiazdy i wysłać ją w przesterzeń, a potem obserwować różne sposoby rozchodzenia się światła, piękne kolory iluminacji i towarzyszącą temu muzykę. Całe muzeum jest ciemne, widać tylko poszczególne rozświetlone eksponaty. Jest pokój pełen kolorowych sześcianów, z których można budować miasto, kolejny przedstawiający ocean i jeszcze inny pełen świecących kul, do których wchodzi się boso i uderzając jedną o drugą emituje się dźwięki, które rozchodzą się po pomieszczeniu. Najlepiej wydane 17$ w moim życiu.

Zupełnie obok mieści się także ogromne centrum handlowe The Shoppes at Marina Bay Sands (to przy okazji nazwa tego najbardziej charakterystycznego budynku w Singapurze, który wygląda jak statek opierający się na trzech filarach). We wspomnianym centrum hadlowym znajduje się kanał, po którym pływają gondole (?), ale także restauracja Din Tai Fung, gdzie wybieram się z moją koreańską przyjaciółką, która akurat też jest przelotem w Singapurze! Zamawiamy przepyszne Dim Sum, a ja dowiaduję się już na miejscu, że to miejsce zostało uznane przez New York Times za jedną z 10 najlepszych restauracji świata. Nie dziwi mnie to, jedzenie jest przepyszne i dodatkowo niedrogie!

Teraz czas na ogrody- naturalny park liczący 101 hektarów, najlepiej ukazujący strategię władz miasta, która polega na poprawie jakości życia mieszkańców poprzez zwiększanie jego zielonej części (chyba muszę podpowiedzieć to komuś, kto zarządza Dubajem). Przechadzanie się po parku jest trudne ze względu na nieziemskie upały, kupujemy więc bilety i wchodzimy do dwóch klimatyzowanych jego części: Flower Dome i Cloud Forest. Flower Dome to królestwo kwiatów i Azjatów robiących sobie zdjęcia z tulipanami. Zapach jest piękny, ale za dużo tu ludzi żeby móc w pełni rozkoszować się ilością i różnorodnością mieszczących się tu roślin. Idziemy więc dalej do Cloud Forest czyli ogromnego wzgórza, znajdującego się pod szklanym dachem, pokrytego zielenią, z wodospadem i mostami na 7 piętrze, z których można obserwować wszystko z góry! 

Z Gardens by The Bay bardzo blisko już do budynku, który widzicie na zdjęciu powyżej. Wjeżdżamy więc na 73 piętro i podziwiamy widok z góry. Dodatkowo hotel w tym budynku to raj, przepiękne lobby i możliwość pływania w najbardziej znanym basenie świata (tym na samej górze, z przeszkleniem z widokiem na całe miasto). Później moja towarzyszka, ze względu na temperturę, rezygnuje z dalszej podróży, ja natomiast spaceruję po części miasta z malutkimi knajpami, sklepikami, targami, kupuję pamiątki i udaję, że nie umieram z gorąca. Później już tylko hotelowy basen i sen przed kolejnym lotem. Jak widzicie również z rozkładu lotów, który jest tytułem tego posta, do Singapuru wróciłam jeszcze na jeden dzień, skupiłam się wtedy na części biurowej, czyli spacerowaniu pośród wysokich budynków. Wybrałam się także na nocny spacer w poszukiwaniu jedzenia i podziwiałam z balkonu light show w Gardens By The Bay!




Melbourne (Australia)

Wylądowaliśmy tu niestety nad ranem i po nocnym locie musiałam chociaż na kilka godzin zaznać snu (taki urok bycia stewardessą), na moje nieszczęście właśnie tu dopadł mnie jetlag, ale nie poddałam się i jak zwykle pieszo przemierzałam to fascynujące miasto! Pierwszy cel podróży- dobra knajpa serwująca lokalne wino! Layover trwał tu 34 h dlatego mogłam pozwolić sobie na białe wino, które tak uwielbiam. Zamiast kierować się poradami znajomych i internetowymi wskazówkami uznałam, że trzymając się głównej drogi z hotelu, pobłądzę po małych uliczkach i wejdę do restauracji o najbardziej ciekawym wyglądzie z zewnątrz. Nie zawiodłam się! W Lucy Liu podawali swoje wina o tej samej nazwie, a myśl o tamtejszych krewetkach i mulach do teraz sprawia, że uśmiech pojawia się na mojej twarzy! 

Zupełnie nie wiedziałam, że to miasto słynie ze sztuki ulicznej! Kiedy więc skręciłam w pierwszą małą uliczkę pokrytą graffiti, nie mogłam przestać! I to wchodzenie w uliczki zajęło mi tyle godzin, że nie umiem tego nawet dobrze przekazać! Melbourne to moim zdaniem miasto dla młodych ludzi (wiekiem albo duchem). Pełno tu showroomów młodych projektantów, nowoczesnych restauracji w postindustrialnym stylu, sklepów z meblami, barów, winiarni.. Miasto, w którym chciałabym zamieszkać! Oszołomiona nie zrobiłam wielu zdjęć, ale mam nadzieję, że te które zobaczycie, chociaż trochę przybliżą wam ten klimat! 

Advertisements