Kto by pomyślał, że tak dokładnie będę miała okazję zwiedzić tą drugą część świata? A jak wszyscy dobrze wiemy życie toczy się tam do góry nogami:



Brisbane (Australia)

Pierwszy raz miałam też okazję doświadczyć tak długiego lotu (14h) i snu w CRC czyli Crew Rest Compartment! Wrażenia? Po 9 godzinach wiecznego odpowiadania na pytania o wodę i  serwowania posiłków, zmęczenie jest ogromne, kiedy więc w końcu jest okazja udać się na zasłużony odpoczynek do malutkich, ciasnych łóżek zbudowanych gdzieś w środku samolotu, wydawało mi się, że nie dam rady zasnąć- a spałam po 30 sekundach. Jeszcze chwila i jesteśmy w Brisbane, jest 6 rano, moim planem jest przespać się trzy godziny i ruszać dalej, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz się położę z trzech godzin zrobi się sześć i będę żałować straconego dnia. Szybka kąpiel, zbieramy ekipę i ruszamy w podróż do koali 🐨. Co prawda ominęliśmy noc ale jakoś trzeba wykorzystać te 24 godziny przydzielone na to piękne miasto.

Lone Pine Koala Sanctuary

Już długo przed przyjazdem wiedziałam, że będzie to pierwsze miejsce, które zobaczę w tej części Australii, widziałam obowiązkowe zdjęcie z koalą, które robi sobie każdy z cabin crew. Co z tego, że każdy? Przecież sam pobyt w tak niesamowitym parku, gdzie można wziąć na ręce koalę, karmić kangury i zobaczyć wombaty, dingo, krokodyle,emu i papugi nie zdarza się na co dzień. Tylko 12 km od Brisbane znajduje się pierwsze i jedyne na świecie Koala Sanctuary z ponad 130 osobnikami tego gatunku, dodatkowo Lone Pine oferuje możliwość prawdziwego obcowania z przedstawicielami australijskiej fauny w naturalnych dla nich warunkach. O różnych porach dnia można załapać się na różne wydarzenia, na przykład pokaz psów pasterskich, które zaganiają owce, karmienie gadów czy karmienie dzikich papug. 

Po najdłuższym dotychczas locie znajduje się więc w tym egzotycznym dla mnie miejscu i przechadzam się alejkami pełnymi zwierząt. Jest 9 rano, godzina otwarcia, dlatego nie widać tu zbyt wielu turystów, co pozwala nacieszyć się tym wszystkim jeszcze bardziej. Poznaję papugi, które odpowiadają na moje ‘Hello!’, psy dingo, które wyglądają jak zwyczajne psy, wombaty to natomiast całkiem śmieszne stworzonka, a w jednym z pomieszczeń koali widzę największego pająka na świecie i przypominam sobie z czego słynie Australia. Teraz cały czas oglądam dokładnie każde drzewo pod którym przechodzę, nigdy nie wiadomo kiedy jeden z nich postanowi spaść mi na głowę 🕷…

Docieramy do wielkiej otwartej przestrzeni odgrodzonej tylko 2 parami drzwi i oznaczeniem żeby uważać przy wchodzeniu podczas wietrznej pogody. Po tym ogromnym wybiegu przechadzają się zupełnie niczym nieograniczone emu i kangury. Mogę usiąść na trawie i czekać na to, aż te śmieszne stworzenia podejdą do mnie z nadzieją na coś do jedzenia. Kiedy się nie spieszą- nie skaczą, tylko zbliżają się, opierając się na swoich krótszych przednich łapkach. Dają się drapać za uchem, głaskać i podchodzić blisko tam, gdzie karmią swoje młode. Mają wyznaczoną część, do której nie można wchodzić- tu odpoczywają. 

Nie wiem jak dużo czasu spędziłam w tej części parku, ale z pewnością największą część z tego poświęconego na Lone Pine. Jeśli kiedyś przyjdzie wam odwiedzić Brisbane musicie koniecznie się tam wybrać! 

Teraz czas na koale! Te szare misie głównie śpią i jedzą, ale wyglądają przy tym wyjątkowo słodko! Docieram do miejsca, w którym można wziąć na ręce jednego z nich i za drobną opłatą (cały koszt przeznaczony na rozbudowę centrum) zrobić sobie z nim zdjęcie. Jeden koala może być trzymany przez odwiedzających tylko 30 minut dziennie, mi przypada bardzo zmęczony osobnik, który prawie zasypia na mojej klatce (OO):

Potem mamy okazję jeszcze być częścią karmienia dzikich papug, które nauczone codziennym rytuałem zlatują z drzew o wyznaczonej porze żeby zachwycić nas trochę kolorami swojego upierzenia! 

Wykończona, ale szczęśliwa wracam do hotelu, teraz już nieuniknione jest żeby położyć się spać! Jem szybki lunch i o 14 zasypiam. Nastawiam jednak budzik na 17.30, chcę zobaczyć jeszcze chociaż część Brisbane przed zachodem słońca! Toczę walkę ze swoim organizmem, który domaga się normalnych godzin funkcjonowania, nie poddaje się jednak, zostawiam ciepłe łóżko i pieszo zmierzam w stronę South Bank. Miasto jest piękne, czyste, zadbane, otwarte przestrzenie, doskonałe oświetlenie budynków, mosty, które robią wrażenie. Po krótkim spacerze docieram na drugą stronę rzeki, gdzie mogę podziwiać widok na Brisbane w całej okazałości!



Auckland (Nowa Zelandia)

Zawsze chciałam odwiedzić Nową Zelandię- dziewicze krajobrazy, miejsce, w którym nakręcono takie filmy jak Hobbit. Do Auckland docieram wykończona, nieprzespana noc daje o sobie znać, dodatkowo lot był krótki, ale intensywny. Znów mam ochotę wskoczyć do łóżka i nie wychodzić z niego przez cały dzień, ale mój Purser pochodzi z Nowej Zelandii i ma ochotę zabrać nas, nowych, na wycieczkę. Nie umiem odmówić. Wygodne buty i przed nami 40 minutowy spacer pod miasto i na górę, z której podobno jest piękny widok. W połowie drogi mam ochotę zawrócić i uciec, okazuje się, że Purser jest przy okazji trenerem rugby i chyba wydaje mu się, że to jakiegoś rodzaju wyzwanie żeby wbiec na tę górę jak najszybciej to możliwe.. Ale docieramy. Widok rzeczywiście zapiera dech, wszędzie jest zielono, aż pachnie. 

Droga powrotna płynie nam na rozmowach na temat wycieczki, która organizowana jest śladami Hobbita, jednak tym razem nie dam rady czasowo, na pewno to mój przyszły obowiązkowy punkt programu. Szybka kąpiel i spotykamy się żeby wybrać się na kolację, przypominam sobie, że nie jadłam nic przez cały dzień- to też bardzo charakterystyczne dla mojego nowego trybu życia. Docieramy w okolicę portu, tam jem 1kg przepysznych muli, a potem baluję do nocy w klubie z muzyką na żywo. Kiedy mam mieć czas na sen?

Teraz wróciłam już do Dubaju i najnowsze wydarzenia złamały mi serce 💔, dlatego też ten post pojawia się w opóźnieniem.  Niestety bywa też i tak, że zostajesz ściągnięta z najbardziej oczekiwanego lotu, lotu do domu. Taki jest niestety los, kiedy jest się najmniej doświadczoną osobą. 

Dodatkowo miałam okazję wypoczywać po raz pierwszy na palmie w Dubaju (no wiecie, że usypano tu półwysep w kształcie palmy). Jeden z przywilejów cabin crew to możliwość darmowego wypoczynku na prywatnych plażach różnych, luksusowych hoteli- żyć nie umierać?!

Advertisements