W miesiącu Maju, który stoi pod znakiem sześciu lotów Turnaround zdarzyło mi się 3 razy odwiedzić Europę! Według planu miałam lecieć do Budapesztu i Monachium, ale wszystko mi pozabierali, powciskali mnie na nudne loty w tę i z powrotem do Indii, Pakistanu, Jordanii.. Ale nie ma tego złego-udało mi się spędzić 24 godziny w domu! Zacznijmy jednak od początku.

14.05 LGW

W Londynie już byłam, ale pewnie z 5 lat temu i tylko na 2 dni, więcej czasu spędziłam też wtedy na zakupach i szybkim zwiedzaniu typowo oklepanych miejsc. Teraz po błyskawicznym locie ląduje na lotnisku Gatwick, 40minutowa przeprawa pociągami i udaje mi się dotrzeć na dworzec Victoria. Tym razem tajemnice Londynu odkrywa przede mną ktoś zadomowiony, najlepsza przewodniczka, najciekawsza, najlepiej ubrana i najszybciej mówiąca osoba jaką znam. Wsiadamy w metro, 14 przesiadek i narzucone tempo sprintera, chwila moment i jesteśmy w dzielnicy Shoreditch. Mówiłam już, że się zakochałam, źe spokojnie mogłabym tu mieszkać? Tłumy doskonale ubranych ludzi, uliczni artyści grają Coldplay, targi kwiatowe, targi staroci, kolejka po bajgle z peklowaną wołowiną, picie lemoniady w biegu. 

Potem trzeba ogarnąć trochę tych typowo turystycznych rzeczy, pędzimy gdzieś nad rzeką, mijamy London Eye, Tate Modern, Big Bena, tysiące ludzi z iphonami na selfiestickach, a ja cieszę się najbardziej, że widziałam te mniej ważne miejsca. Pierwszy raz tak bardzo doskwiera mi to, że na zwiedzanie i spanie mamy tylko 24h, tyle jeszcze chciałabym zobaczyć, a mam wrażenie, że zaraz oszaleję z bólu nóg. Chodzę niewyspana, a potem czeka mnie lot, na którym jak na każdym do i z Londynu komplet pasażerów. 


21.05 DUS

Dzień przed planowanym wylotem do Monachium aplikacja w telefonie z moim planem lotów pokazuje Düsseldorf! Niedowierzanie miesza się z radością, zapłakana dzwonię do mojego mężczyzny żeby planował wolne, bo jutro wieczorem będę w domu! Nie mam dla was dużo zdjęć, wielkich opowieści, dziennika podróży. Tym razem starałam się wykorzystać te 24h żeby naładować akumulatory na kolejną rozłąkę.

Moje ulubione miasto przywitało mnie fajerwerkami z okazji dnia japońskiego, stęsknionym kotem i listą zakupów: szynka, gulasz, wino, chleb!


26.05 MAN

Tu nie będzie zdjęć. To mój pierwszy layover, na którym nie pojechałam zwiedzać do centrum miasta. Wyobraźcie sobie lot ogromnym samolotem jakim jest Airbus a380, gdzie zamiast pierwszej klasy postanawiają powiększyć ekonomię i zmieścić w niej ponad 530 pasażerów.. Samolot oczywiście jest pełny, a ja po locie zastanawiam się czy nadal żyję. Odsypiam długo, jest przezimno, pada deszcz, już mam wbrać się na pociąg do centrum, ale rezygnuję. Na przedmieściach Manchesteru znajduję najlepszy sklep spożywczy w jakim kiedykolwiek w życiu byłam i spędzam w nim 3 godziny. Do Dubaju przywożę szynkę parmeńską, boczek do carbonary, piwo o smaku mango, moją ulubioną różaną lemoniadę, chleb, sosy do mięs, no cuda! Tego nie znajdziesz w Dubaju! A potem oglądam filmy i odpoczywam. Trochę mi źle na sercu, że nie zwiedzałam, ale wybaczam sobie po zrobieniu spaghetti carbonara z mojego świeżego boczku 😉

Advertisements