Kolejny lot multisektorowy, tym razem Kuala Lumpur- Melbourne! Niestety odczuwałam skutki tej podróży jeszcze 2 dni po powrocie do Dubaju. Każdy z lotów trwał około 7 godzin i większość z nich odbywała się w nocy, a do tego różnice temperatur dały mi w kość na tyle, że katar i zatkany nos, które mocno przeszkadzają podczas latania, męczą mnie do teraz. Jednak samo zwiedzanie było niesamowite i nie mogę doczekać się żeby o nim opowiedzieć!

Kuala Lumpur

Stolica Malezji, miasto kontrastów, styku kultur i doskonałego jedzenia. Na początku trochę minusów- moim zdaniem coś tu komuś nie styknęło jeśli chodzi o rozkład ulic, ich ilość i jakość, korki są tu właściwie cały czas, a dojazd taksówką gdziekolwiek poza centrum trwa w nieskończoność. Dodatkowo oczywiście wszyscy wiemy, że Kuala Lumpur= Petronas Towers, 450metrowe wieże, taka wizytówka miasta (prawie jak Burj Khalifa). Jednak jako kobieta architekta zwracam uwagę mocno na taki miejski ład, architektoniczne zgranie, a tu mamy totalny chaos. Niby są tu jakieś wieżowce, niby tworzą one centrum miasta, ale jednak brak tu tak zwanego ładu i składu. Przydałby się jakiś miejski urbanista, który spojrzy trochę z góry i przemówi twórcom tych budynków do rozumu, że w budowaniu nie jest ważne tylko postawienie drapacza chmur, ale wypadałoby żeby wpisywał się on w przestrzeń publiczną i razem z innymi budynkami tworzył może jakąś całość, ale to tylko moje skromne zdanie! 

Porównywałam to miasto trochę do Singapuru, gdzie wszystko jest “picture perfect” 📸, bo budynki, ich rozlokowanie, styl i struktura tworzą harmonijną całość, a w Kuala Lumpur tego po prostu brakuje. Na szczęście nie brakuje tu zieleni, a ja za każdym razem gdy wyjeżdżam z mojego betonowo-pustynnego Dubaju zachwycam się każdym drzewem. W KUL (wspominałam wam, że te 3literowce to kody lotnisk, którymi operujemy?) jednak zieleni jest mnóstwo, jest ona wyjątkowo bujna, a niespotykane ilości palm i głośny śpiew ptaków towarzyszą mi wciąż podczas pieszych podróży. 

Za pierwszym razem zjawiamy się tu późno, jest 16, mam ochotę na drzemkę, ale jednak razem z dwoma innymi dziewczynami decydujemy się na szybki prysznic i wyprawę do Batu Caves. Odkryte pod koniec XIX wieku jaskinie niestety znajdują się około 15 km od centrum, co oznacza taksówkę i przebijanie się przez korki. Trzy dziewczyny i taksówkarz, na początku trochę bałam się zasnąć, ale podróż zaczyna się dłużyć i wszystkie oparte o szyby odpływamy w blogi sen. Po locie nawet 30 minut ma znaczenie.. Na szczęście nikt nas nie uprowadził, budzimy się już na miejscu. Robi wrażenie! Ponad 250 schodów prowadzi na szczyt, a na dole stoi największy na świecie posąg Murugana (42,7m). Ten złoty olbrzym, przyznacie sami, wygląda jakby zbudowany był setki lat temu. Podchodzę jednak do tabliczki- 2006 rok. 

Oczywiście strasznie tu gorąco, niby 35 stopni, jednak wilgotność w okolicach 70 procent, co oznacza, że wszystko się klei. Tu znów dziwi mnie to, że zamiast zachować w miarę dziewiczy charakter tych schodów i całej okolicy, pełno tu sklepików, wszędzie rozrzucone są śmieci, a ja stoję na kostce brukowej. Kicz przeplata się z zapierającymi dech w piersiach widokami, niestety mam wrażenie, że do tego dążą wszystkie współczesne zabytki. Ilość turystów, która odwiedza te miejsca przyciąga handel i pociąga za sobą zmiany, takie jak nieprzemyślane ułatwienia w postaci kostki brukowej zamiast piachu czy kamieni(no nie mogę tego przeboleć). Zdjęcia zrobione, wspinamy się po schodach! A jest to nie lada wyzwanie, na początku muszę założyć spodnie, jako że na górze znajdują się hinduistyczne świątynie. Jestem przygotowana, Dubaj nauczył mni, że spodnie, albo lekką chustę zawsze warto mieć przy sobie. Na schodach czekają na nas małpy, które kradną jedzenie, czapki, a nawet aparaty, więc oczy trzeba mieć szeroko otwarte, jeśli na szczyt chcemy dojść w pełni ubrane. Do tego te schody to katorga, mieszkańcy Malezji są mali i drobni, chyba mają też krótkie stopy, bo ja swoje muszę stawiać bokiem, gdyż nie mieszczą się na stopniach, co jest swego rodzaju utrudnieniem. 

Na górze jest jednak pięknie, ogromne jaskinie, piękne i nienaruszone. A pośród skał dziwaczne, kolorowe kaplice i kapłani o nagich torsach odprawiający modły, to wszystko pokryte lampkami choinkowymi i przechadzające się dzikie kury. Nie rozumiem. Nie próbuję.

Zmęczone schodzimy na dół, wsiadamy w taksówkę i prosimy o zawiezienie nas prosto do części miasta znanej z ulicznego jedzenia. Moja towarzyszka była tu wcześniej więc wie co i jak. Kuala Lumpur oficjalnie jest miastem muzułmańskim, pełno tu jednak burdeli i kasyn, co nie do końca zgadza się z obyczjowością tej religii. My jednak docieramy na miejsce, gdzie tysiące budek z mięsem na patykach w stylu tajskim, chińskich dim sumów, a wszystko przyćmiewa okropny smród.. Jak to smród? A po prostu ulubionym owocem jest tu durian. Słyszałam o nim wcześniej, ale widzę i czuję po raz pierwszy. Okropny zapach kanalizacji zmieszanej ze zużytymi skarpetami. Nie będę owijać w bawełnę, myślałam, że się uduszę. Odchodzimy jak najdalej od stoisk z owocami, siadamy w pierwszej lepszej otwartej knajpce. Tanio tu jak barszcz! Biorę słodko-kwaśną wieprzowinę i noodle z owocami morza. Nie umiem opisać jak pyszne było to uliczne jedzenie, po prostu niesamowite! Dodatkowo wszyscy są wdzięczni, że zdecydowaliśmy się zjeść właśnie tutaj i to właśnie ich budżet wzrósł o ogromne sumy, mimo że nam wydaje się tu super tanio.

Krótki spacer i wracamy do hotelu, ominęłam spanie poprzedniej nocy, przespacerowałam cały dzień, zasypiam po 30 sekundach. Rano tylko szybkie śniadanie i droga do Melbourne. 

Nie poświęcę Melbourne wielkiego akapitu, bo po pierwsze już tu byłam i miasto jest OK, ale nie wyjątkowe, po drugie jest tu tak zimno, że przyzwyczajona do 40stopni umieram. Serio, jest 9 stopni, leje deszcz, ja mam t shirt, koszulę i płaszcz, docieram tylko do pierwszej knajpki na obiad i wracam do hotelu. Czasami bywa i tak, że warunki po prostu nie sprzyjają. Dodatkowo lądowaliśmy w środku nocy, właściwie nad ranem, różnica czasu, ja nie mogę spać, a lot powrotny znów w nocy. To są ciężkie tematy, które szczególnie na multisektorach igrają sobie z twoim organizmem. 

Wracamy do Kuala Lumpur, kolejne 24h w tym ciekawym mieście! Tym razem podróżuję sama, inni odsypiają, siedzą nad basenem i piją drinki. Rozumiem. Basen jest niczego sobie.

Lądujemy o 8 rano, znów szybka kąpiel i ruszam. Idę jednak pieszo, bo boję się jechać taksówką sama. 1,5km w upale i jestem w centrum, wchodzę do ogromnego centrum handlowego. Tam same najdroższe sklepy, to wszystko jest jednak też w Dubaju, nie chcę tracić czasu. Trochę boli kontrast między tymi wielkimi budynkami, bogatymi sklepami i ludźmi, którzy żebrają tu na każdym rogu. Znów chodzę właściwie bez celu, wchodzę w ciekawe zaułki, sama nie wiem czego szukam, chyba po prostu jestem zmęczona. I głodna! Wszystkie uliczne knajpki pozamykane, chyba dlatego, że Ramadan, znajduję jednak ruchome schody i znak, że na dole czeka mnie azjatyckie jedzenie. Zjeżdżam a tam raj! Ogromna przestrzeń pełna różnego rodzaju restauracji, proste stoliki, kucharze przygotowują wszystko na twoich oczach, dobrze, że obok opisów w nieznanych mi językach są też zdjęcia! Przyciąga mnie koreańskie jedzenie, zamawiam Bulgogi! Jest pysznie, wszyscy się na mnie gapią, jestem jedyną blondynką pośród setki Azjatów.

Za kilka dni Bangkok czyli podobne azjatyckie klimaty. Kocham to. Jestem zmęczona, ale nie ma nic lepszego niż zwiedzanie tych orientalnych miejsc! 

Advertisements