Dzień pierwszy

Docieramy do hotelu a przed nami wciąż długi dzień i o dziwo mam siły na to żeby błyskawicznie się wykąpać i ruszać w miasto. Wszyscy uprzedzali mnie, że Bangkok jest niesamowicie tani i że koniecznie muszę odwiedzić MBK, czyli ogromny, chyba najbardziej legendarny zarówno wśród turystów jak i mieszkańców targ. 89 tysięcy metrów kwadratowych, osiem pięter i ponad 2 tysiące sklepów, w których można kupić dosłownie wszystko: pamiątki, elektronika, ubrania, podróbki, jedzenie, kosmetyki! Oczywiście zakupiłam tradycyjne szerokie spodnie w słonie, koszulki, plecaki – mnóstwo rzeczy, a ceny są szokujące, po prostu nie wiem jak to możliwe żeby koszt produkcji był aż tak niski, że ci ludzie jeszcze na tym zarabiają! Ja nie kupuję podróbek, ale moi towarzysze wyszli obładowani w torebki i buty znanych marek, a także słuchawki, ładowarki i inne tego typu tematy. Wracamy do hotelu, trzeba gdzieś odłożyć te ciężary i ruszamy w poszukiwaniu dobrego ulicznego jedzenia! Praktycznie w każdej małej uliczce aż roi się od knajpek i stoisk z typowo tajskim jedzeniem. Oczywiście znajdziemy tu Pad Thai, napijemy się wody wprost z kokosa, zjemy mango sticky rice! Wchodzimy w jedną z uliczek i zamawiamy! 

Mieszkańcy są przemili, wdzięczni, że wybraliśmy właśnie ich knajpkę, jedzenie robią na naszych oczach, w końcu siedzimy przy stolikach stojących po prostu na środku ulicy. Wokół nas pełno kotów (dobrze w sumie, że nie szczurów) łaszących się po jedzenie. Wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym, woda kokosowa i jakaś zielenina w sosie to mój wybór, najedzona do syta płacę za wszystko 250 bahtów czyli około 25 zł- trochę szok.

Do spania, lot do Hongkongu w tę i z powrotem zajmuje cały dzień i wracamy. Tylko serduszko mnie ściska kiedy widzę z okien lotniska jak niesamowity jest Hongkong (nie martwcie się, dostałam lot 2 tygodnie później i opiszę go w następnym poście!). 

Ach zapomniałam dodać jak piękne i nowoczesne jest lotnisko w Bangkoku- tylko zobaczcie:


Dzień drugi
Zaliczyliśmy zamknięty targ, teraz chcemy zobaczyć otwarty, bardziej tradycyjny Chatuchak! Wstajemy wcześnie i o 8 rano spotykamy się w recepcji. Łapiemy tuktuka (najpopularniejszy, najtańszy środek transportu), jednak kierowca informuje nas, że targ otwiera się w południe!

Szybka zmiana planów, pytamy: co tu robić? Kierowca podpowiada: boat trip! Zawozi nas nad rzekę i tam zaczynamy ciężkie dobijanie targu. Pamiętajcie, że pierwsze ceny, które tu proponują oscylują w okolicach – “to chyba jakiś żart”. Połowa początkowej ceny to często cały czas za dużo, warto więc uzbroić się w cierpliwość i umiejętności negocjacyjne! Zaczynam więc od 3500 bahtów, kończymy na 1500 za 3 osobową wycieczkę łodzią, która trwała ponad 2h. Absolutnie niesamowite przeżycie! Pływamy małymi kanałami pośród prawdziwych domów na palach zamieszkałych przez lokalesów, na betonowych obrzeżach kanałów wygrzewają się warany, do tego co chwilę podpływa do nas inna łódź, z której babulinka chce sprzedać nam suszone owoce, pamiątki, piwo, albo ryby. 

Jestem zakochana, widoki są piękne, do tego trochę wiatru we włosach w to gorący dzień! Dopływamy do floating market- nie tego wielkiego, najbardziej znanego, który znajduje się 90km od Bangkoku, ale takiego lokalnego, na którym mieszkańcy wymieniają się towarami, popijają piwko i smażą ryby wyłowione z tej zielonej wody. Wchodzimy na ruszający sie pomost, głodni jak wilki. Zamawiam glassnoodles z krewetami za 60 baht (6zł!!!)- niebo w gębie!


Wsiadamy na naszą prywatną łódź żeby dotrzeć do ostatniego etapu naszej podróży czyli Wat Pho- Świątyni Leżącego Buddhy. Nie mam zdjęć ogromnego (47 metrów długości) posągu Buddhy, bo było tam strasznie tłoczno, ale cała świątynia jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Ten ogromny kompleks (80 000 metrów kwadratowych) jest najstarszy w Bangkoku (pochodzi z XVI wieku). Bilet wstępu to tylko 100 bathów czyli 10 zł, a w cenie dostajemy jeszcze małą butelkę wody. Towarzyszy nam tu niesamowita ilość posągów i malowideł przedstawiających Buddę, ale cała architektura jest tu inna, kolorowa i niesamowicie ciekawa. Przyznaję, że spędziliśmy tu mnóstwo czasu, przechadzając się pośród małych budynków oblepionych mozaiką, która wyglądała jak ceramika, błyszczących się w słońcu, tak pięknie wyglądających na zdjęciach.

Powrót do hotelu i długa popołudniowa drzemka, budzę się 3h przed oczekiwanym telefonem, który budzi nas przed lotem- to nadal sporo czasu żeby zaliczyć słynny w Tajlandii masaż. Zostało mi tylko 300 bahtów, ruszam w miasto ciekawa czy dam radę ogarnąć coś za odpowiednik 30 złotych. Wchodzę do salonu, w którym masuje się tylko kobiety (tu mam pewność, że nikt mnie nie uprowadzi ani nie zacznie się rozbierać- niestety z tego też znana jest Tajlandia). Za 270 dostaję godzinny masaż stóp i nóg zakończony masażem szyi i góry pleców. Czy to nie jest piękne? Resztę pieniędzy zostawiam jako napiwek przemiłej dziewczynie, której córeczka siedzi obok nas podczas całego masażu. Nie chcę poruszać tematu seksturystyki, masaży z happy endem i innych okropnych rzeczy, z których korzystają tu starzy faceci.. Po prostu skupmy się na tych świątyniach, jedzeniu i przemierzaniu tego ciekawego miasta tuktukami w poszukiwaniu wrażeń.

Advertisements