Przyznaję- trochę mnie nie było znów! Ale jak tu pisać posty jeśli tyle się dzieje! Nadrobię zatem jednym wpisem 3 miejsca- i to nie byle jakie! 


MRU 27.06

Już byłam psychicznie przygotowana na Taipei, a tu dzień wcześniej informacja na portalu zmienia się na HOME STANDBY. Załamana, na pewno dostanę lot do Pakistanu albo Indii. Do tego STANDBY w środku nocy, bo od 3 do 9 rano. Co to w ogóle oznacza? Niby można spać, bo dadzą ci czas na przygotowanie się, ale jednak do łóżka wchodzę gotowa- po kąpieli, wyprasowany uniform wisi na wieszaku, a w walizce podstawowe rzeczy na każdą pogodę. Dzwonią o 6, że Mauritius. Trochę z niedowierzaniem zastanawiam się jak ktoś mógł zachorować przed taką cudowną podróżą. Jestem szczęściarą. Z walizki wyrzucam kurtkę i pełne buty, dokładam za to strój kąpielowy i olejek do opalania. Pierwszy raz lecę gdzieś bez listy rzeczy, które można robić w danym miejscu czy umiejscowienia hotelu. 

Lot jest przyjemny – w końcu wszyscy lecą na wakacje. Jest wieczór, autobus zawozi nas do najpiękniejszego miejsca jakie widziałam! Ciężko jest utrzymać szczękę na miejscu kiedy wchodzimy do ogromnego resortu z fontanną na środku, podświetlanymi basenami, gdzie obsługa oferuje nam mrożone napoje. Plaża, łódki, raj. Dostaję klucz do pokoju, okazuje się, że zamiast zwykłego pokoju w hotelu dostaję domek przy plaży, moje mieszkanko jest ogromne, a widok z balkonu zapiera dech. Ciężko zasnąć. Budzę się rano, po śniadaniu wybieram się na spacer brzegiem oceanu, potem wypoczywam na plaży, piję wodę z kokosa i jem owoce morza. Nie mogłam trafić lepiej. 


HKG 05.07

W międzyczasie byłam drugi raz w Londynie, ale już nie jako turystka. Tym razem odwiedzałam przyjaciół. Pamiętacie jak leciałam z Bangkoku do Hongkongu tylko po to żeby zobaczyć tamtejsze lotnisko? Teraz w końcu mam okazję zwiedzić to interesujące miasto. Ląduję nad ranem, około 2 w nocy,jestem w hotelu, głodna jak wilk, a ceny room service zwalają z nóg! Schodzę do recepcji zapytać o najbliższe knajpy, pan patrzy na mnie jak na szaleńca, ale wskazuje ulicę, która jest blisko. Po drodze mijam stoiska ze street foodem, ale otłuszczone wielkie kaczki i kurczaki średnio mi się widzą. Restauracja, do której wchodzę jest pełna ludzi (mówiłam że jest 2 w nocy?!) a za 2 dania płacę i tak połowę tego co zapłaciłabym w hotelu za jedno. Grube noodle z wołowiną i kapustą Pak Choi i pierożki z krewetami! Najedzona wracam do hotelu, miasto śpi, ale już mi się podoba! Wszystko jest wielkie, przerysowane. Nawet w drodze z lotniska widać ogromne wieżowce i największy port jaki w życiu widziałam pełen dźwigów przenoszących ogromne kontenery na kolosalne statki. 


Snu nie było za dużo, bo umówiliśmy się o 8 rano w recepcji. Jest gorąco, ale leje deszcz, co powoduje, że ulicami płyną małe potoki, a kierowcy w starych taksówkach w nieskończoność czekają na nowych klientów, którzy zniechęceni pogodą nie wystawiają nosa z hotelu. Nasz plan to Victoria Peak czyli wzniesienie z pięknym widokiem na miasto. Co z tego że pada, mamy tylko 24h, a oznacza to brak wyboru czasu zwiedzania. Wsiadamy do taksówki, która wiezie nas ulicami, które jak serpentyny oplatają te zielone wgórze, na którym z powodu ulewy tworzą się niemałe wodospady. Docieramy na miejsce, wspinamy się na taras widokowy, deszcz deszczem, ale widok wciąż piękny! Z jednej strony zielone góry, z drugiej betonowe miasto. 


Teraz czas na spacer po mieście. Deszczowe uliczki pełne sklepików i straganów, sznury samochodów, ogromne przejścia dla pieszych i mnóstwo neonów- tak zapamiętam to miasto! Ach i jeszcze kolorowo ubrani ludzie, wśród których czuję się jak żyrafa, a mam tylko 175cm. W sklepach jest bardzo tanio, kupuję milion masek do twarzy, kolorowych skarpetek i  ciuchów w ogóle. Wszystko jest tu inne, bardziej kolorowe, zabawne, ciekawe. Azjatki znane są ze swoich sposobów pielęgnacji skóry, dlatego w sklepach z kosmetykami spędzam tu mnóstwo czasu. Nie znałam wcześniej bezbarwnych pudrów zapobiegających tzw. świeceniu się czoła, albo masek ze śluzu ślimaka (ble). 


DUR 09.07

Lot do Durbanu w Republice Południowej Afryki wspominać będę jako jeden z najcięższych. Dlatego też na miejsce docieram zmęczona. Jednak nie mogę rzucić się na łóżko i przespać całego wieczora jeśli moja przyjaciółka pochodzi z RPA i cały czas słucham opowieści o ich wspaniałym jedzeniu, o tym jak jest tu tanio i jak widoki zapierają dech. Na kolację spotykamy się prawie wszyscy- a nieczęsto się to zdarza! Kapitan, drugi pilot, łącznie 12 osób- przyświeca nam jeden cel, zmierzamy w poszukiwaniu najlepszego steka! Docieramy na miejsce, restauracja wygląda przyzwoicie, zamawiam Sirloin medium rare (teraz widzę w słowniku, że tłumaczy się to jako befsztyk z polędwicy wołowej). Dostaję kawał mięsa, grubo ciosane frytki i dużo sosów do wyboru. Przysięgam: ogień, rozkosz, niebo w gębie 💥! Mięso jest doskonale soczyste, po prostu najlepsze gatunkowo, przyprawione doskonale, usmażone perfekcyjne. Moja przyjaciółka nie przesadzała- oni wiedzą jak się tu obchodzić z mięsem, bez względu na to czy to świnia, krowa czy antylopa. W każdym domu na tarasie znajdziemy tu miejsce na braai, czyli nasz grill w języku Afrikaans. Jednak tu traktuje się go niemal jako świętość, miejsce spotkań całej rodziny, a sposoby obróbki i przygotowania dań to rodzinne tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przygotowana we wszystkie najważniejsze informacje następnego dnia wybieram się do specjalnego sklepu, gdzie zakupuje 2 tony przypraw, marynat i sosów do mięs. Do tego wina i biltong (odpowiednio przyprawione, suszone mięso, podobne do beef jerky). Obładowana siatami zakupów, za które zapłaciłam odpowiednik 100 zł nie mogę uwierzyć jak tu tanio! Na śniadanie jem Milk Tart czyli kolejny regionalny specjał! 

Sam Durban jest piękny, przyroda, widoki, zieleń, niestety teraz jest tu zima, dlatego też na nurkowanie z rekinami zdecyduję się kiedy zawitam tu latem! Na obiad następnego dnia też zamawiam steka (bo dlaczego nie!), za którego płacę 12 zł!! Mogłabym tu mieszkać tylko dla samego jedzenia!

Advertisements