Ciężko się skupić jeśli za 12 godzin ma się lot do domu, którego nie widziało się od 7 miesięcy! Tęsknię za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, grami planszowymi, znanymi miejscami, za domową kuchnią i zapachem chleba. 

Nie da się jednak zaprzeczyć, że mam teraz przygodę swojego życia, a ten post poświęcony jest dwóm przepięknym miejscom. Może jeszcze Zurych jest w miarę blisko i bardzo osiągalny, ale Capetown(Kapsztad) to w sumie kawał drogi!

Postaram się bardzo mocno skupić, bo należy wam się dobry post przed moim urlopem!

DXB-ZHR

Nie myślcie, że tak niewiele latałam w tym miesiącu! To nie tylko te 2 miejsca mam za sobą. Były też loty back to back, był Londyn bardziej prywatnie, bo spotykałam się ze znajomymi i krótki urlop w Düsseldorfie (❤️). I wydarzył się też Zurych- lot, o który ‘bidowałam’. Co to oznacza? Zawsze miesiąc wcześniej otwiera się dla nas na tydzień taka magiczna opcja na naszym portalu jak BID- czyli obstawianie jakie miejsca chciałoby się odwiedzić. Można wybrać kraj, miasto, określony lot. Ja chciałam dostać Düsseldorf, Zurych i Capetown. Jak widać chcieć to móc, bo wszystko dostałam. 

Lot do Szwajcarii to czysta poezja, pasażerowie tak poukładani, że taca po posiłku wygląda prawie tak porządnie jak przed, mili, niewymagający i w dodatku gadatliwi! Docieramy do hotelu wieczorem, postanawiam porządnie się wyspać i wyruszyć do miasta z samego rana. 

8 rano, na lotnisku ogarniam bilet całodobowy, wsiadam w pociąg i zaraz jestem w centrum. Wita mnie piękny, stary dworzec i przyjemna, słoneczna pogoda.

A plan wycieczki miałam bardzo konkretny (tu podziękowania dla przyszłej teściowej), kieruję się prosto na długą ulicę, która ciągnie się aż do jeziora. Po drodze mijam tysiąc miejsc, w których kulić można zegarki albo czekoladę (człowiek nie ma wątpliwości z czego znana jest Szwajcaria), małe uliczki pełne markowych sklepów i niemarkowych sklepików. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to Rituals- moja ulubiona marka z kosmetykami do kąpieli, którą polecałam w poprzednim poście! Mają nowy zapach pianki do kąpieli, już jestem szczęśliwa. Z małym, ale owocnym zakupem, zupełnie się nie spiesząc idę w stronę jeziora. Pełno tu dobrze ubranych ludzi w kawiarniach, rowerów i doskonałych witryn sklepowych, których jestem fanką (w poprzedniej pracy po części zawsze interesował mnie visual merchandising). 

W końcu docieram nad jezioro, pogoda robi się coraz ładniejsza, kupuję bilet na 1,5 godzinną podróż łodzią. Siedzę z przodu w części niezadaszonej i rozkoszuję się wiatrem- tego nie doświadczy się przy obecnym upale w Dubaju. Na jeziorze pełno małych łódek. Ludzie opalają się, albo czytają książki, my płyniemy powoli, mam czas podziwiać przepiękny widok na Alpy. Wszędzie jest zielono, a to co podoba mi się najbardziej, to że wszystkie domki są białe, wpisują się w krajobraz, w ogóle jest tu jakoś tak  czysto i spójnie.

Zrelaksowana zmierzam w dalszą część mojej trasy, idę coś zjeść (mega tu drogo) i potem z powodu wcześniejszego polecenia wiem, że mam przed sobą dobry sklep na zakupy spożywcze. Nie ma co się śmiać- w takim miejscu to obowiązkowy punkt programu! Wino, parmezan, szynki, salami, chleb- to są poważne sprawy, na które zawsze znajdzie się miejsce, nawet w najbardziej zapełnionej walizce!

Teraz spacer po drugiej stronie rzeki w stronę dworca. Tu jest mniej nowocześnie, bardziej czuć ten klimat starych europejskich miast. Są łódki na rzece, stare wieże zegarowe, kawiarnie, kamienice. Nie umiem tego opisać, ale to miasto jest takie spokojnie piękne.

DXB-CPT

O Capetown(będę je nazywać właśnie tak, a nie Kapsztad) słyszałam już tyle od mojej przyjaciółki, że nie wierzyłam jej, że jakieś miasto może łączyć w sobie widoki, przyrodę, hipsterskie miejscówki, doskonałe jedzenie i wszystko co najlepsze w jednym. A jednak.

Jeśli zapytacie na swoich lotach o najpiękniejsze miejsca, które odwiedziła dana stewardessa- gwarantuje wam, że 70% odpowie Capetown. I ja właśnie dołączyłam do tego klubu!

Tym razem lądujemy o 11 przed południem, szybki prysznic i o dziwo z grupą 4 innych dziewczyn(pamętajcie, że zazwyczaj z powodu lenistwa innych zazwyczaj podróżuję sama) i naszym miejscowym kierowcą ruszamy na podbój miasta! Przed nami Table Mountain czyli Góra Stołowa- jeden z  oficjalnych 7 nowych cudów świata. Te góry są takim zwieńczeniem tego miasta, widać je zewsząd, są z jednej strony pełne roślinności, a z drugiej bardzo surowe. Wjeżdżamy na szczyt.

Widok jest absolutnie oszałamiający, a dodatkowo pogoda jest idealna. Przed nami całe miasto, port, ocean, skały, rośliny.. No wow..

Spędzamy na szczycie zdecydowanie więcej czasu niż zamierzaliśmy, z tym widokiem ciężko się rozstać. A przed nami tyle planów- Przylądek Dobrej Nadziei i pingwiny!

Zjeżdżamy na dół, ja już zostałam kupiona, nie potrzebuję w sumie więcej. Nasz przewodnik okazuje się przemiłym gościem, opowiada nam o nieciekawej sytuacji politycznej, o biedzie panującej na przedmieściach, o tym jak obowiązkiem jest tu mieć w domu braai(taki wypasiony grill, bez którego oni nie umieją żyć), o winiarniach w okolicy, o tym jak tu tanio, że nigdy nie widział śniegu. 

Stoimy w korku o wiele za długo, nie zdążymy na Przylądek Dobrej Nadziei- ok zaliczę go następnym razem, chcę zobaczyć pingwiny! Chyba pierwszy raz w życiu, nie przypominam sobie ich w żadnym zoo, dodatkowo te są charakterystyczne dla tego miejsca, mają takie różowe plamy pod oczami.

Nie wiedziałam, że pingwiny tak głośno krzyczą! Dodatkowo wcale się nas nie boją i po prostu przechadzają się po skałach i plaży. Selfie z 🐧, podziwiamy plażę i zazdrościmy ludziom, którzy mają tu swoje domy. 

Wracamy niesamowitą drogą, która kręci się nad skalistym wybrzeżem. Pięknie po prostu. I widok na miasto i na góry i plaża i słońce i wszystko jest tu na miejscu.

Potem jeszcze wielki stek z pieczonym ziemniakiem i zostałam absolutną fanką tego miejsca numer jeden! Nie mogę się doczekać wakacji w Lutym!

Advertisements