Dobra nie było konkretnego postu przez miesiąc. Wybaczcie, nieczęsto bierze się śluby, a po ślubie jakoś ciężko się wraca do normalnego rytmu. Ach i za domem się tęskni 100 razy mocniej. Niby można było się tego spodziewać, ale co innego planowanie, co innego prawdziwe życie.

Podróżuję cały czas, zaliczyłam Düsseldorf 3 razy pod rząd (tak bardzo chciałam być w domu), byłam raz na długim locie Sydney-Auckland, a potem jeszcze raz w Sydney. Moja firma wie, że zakochałam się w tym mieście i że muszę zrealizować duże zamówienia na UGGi 👟, a walizka ma przecież ograniczoną pojemność. A to taka dygresja przy okazji- buty, które w Polsce kosztują jakieś 800 zł, teraz kiedy w Australii kończy się zima dostaniecie za jakieś trzy stówki. Aż się wierzyć nie chce!

Pierwszy raz w Sydney to lot po chorobie, z nosem, który nadal jest jak to mówią w reklamach niedrożny, ale determinacją, że będzie ok. Po lądowaniu uszy miałam tak zatkane, że autentycznie nic nie słyszałam. Nie latajcie z zatkanym nosem.

Pogoda była tragiczna, padało podczas obu dni, mimo to musiałam przecież zobaczyć Operę. Kapelusz na głowę, kurtka i 5 warstw ubrań.


Sydney jest przepiękne. Ma klimat trochę amerykański(byłam tylko w Nowym Jorku, ale tak mi się kojarzy). Budynki są tu takie monumentalne, wielkie i pełne interesujących detali. Pomieszanie tradycji z nowoczesnością i architektoniczna spójność- to lubię. Ludzie na ulicy ubrani na 5 z plusem, nic w tym dziwnego, zakupy to tu prawdziwa przyjemność. Miałam szczęście, hotel w samym centrum, 5 minut spacerkiem do Opery, a potem trafiłam na George street czyli zakupowy raj. Za zimno żeby wybierać się na którąś z plaż, to muszę zostawić na australijskie lato.

Potem do Auckland, po raz drugi, niestety kolejny zimą. Wieje, pada, no pogoda mi tym razem nie sprzyja. Poza tym nadal odczuwam skutki choroby więc nie chcę przeginać. Auckland kojarzyć mi się będzie z ulicami, które w swej szarości nagle zaskakują sztuką uliczną. Czekam na lato, bo wiem, że dopiero wtedy Nowa Zelandia ze swoją niesamowitą fauną i florą przywita mnie w pełnej krasie.

Wychodzimy całą ekipą wieczorem, wino i najlepsze mule na świecie- ale serio, zapiszcie sobie OCCIDENTAL. Gotowane, pieczone, w winie, w czosnku, z chorizo, no jakie chcecie, przepyszne. Bawimy się do późnych godzin, wracam do hotelu jest 12 w nocy, a moje oczy jak 5 złotych. Przysięgam, pierwszy raz poczułam co to znaczy jet lag, leżałam w łóżku do 6 rano, zasłony na oknach, ciemno, ciepło, przytulnie, ja zmęczona, a leżę jak taki kołek i nic. Następnego dnia zaplanowałam o 8 muzeum, ale jak mam to zrobić jeśli nie mogę spać?! No i oczywiście zasnęłam rano i tyle miałam z dnia. Wracamy do Sydney, a z moim organizmem coś nie gra. Nie wiem już sama czy jestem zmęczona, czy głodna, czy o co tu chodzi, chodzę jak zombie. Niby ogarniam wszystko, idę na dobre śniadanie w parku, chodzę po mieście, ogarniam fajne miejsca, ale wszystko w jakimś zwolnionym tempie. Po powrocie do Dubaju mam wrażenie, że jedyne co robię to śpię. Na szczęście z letargu wyciąga mnie wizyta znajomych i robienie wszystkich tych wspaniałych, turystycznych rzeczy, o których zapomina się przy codziennym funkcjonowaniu.

Zaliczyłam zachody słońca przy fontannach, plaże i te knajpki, których normalnie się nie wybiera, sziszę i wielogodzinne snucie się po marinie. I wtedy mi się przypomniało, że mało z tego Dubaju korzystam. Dlaczego? Bo przez 80% czasu jestem sama. Wiadomo, że nie ma tu mojej rodziny i znajomych, a dodatkowo terminarz lotów sprawia, że znajomi spośród crew loty mają wtedy, kiedy ja mam wolne. Sama mam chodzić w te super miejsca? To właśnie mi tak doskwiera na co dzień.

Właśnie znów wróciłam z Sydney, znów okrutny jet lag na miejscu, ale chodziaż pogoda była doskonała! Śłońce plus delikatny wiaterek, długie godziny spacerów po mieście i torba pełna zakupów! Najlepiej jest budzić się na takie widoki:

Wróciłam pod Operę, no bo w słońcu to co innego- sami wiecie. W ogóle to nie o samą Operę się tam rozchodzi- bo po niej widać już, że ma swoje lata, ale całe otoczenie. Mamy tu Harbour Bridge, a w jego tle malownicze osiedla domków i roślinność ciekawą dla mojego europejskiego oka- inną. Mamy tu też odpływające co krótką chwilę promy, wielkie budynki po drugiej stronie, muzeum i taką otwartą przestrzeń, że aż miło kupić gorącą czekoladę i po prostu sobie posiedzieć. Potem snułam się po mieście, skręcając w przypadkowe uliczki, bo to chyba najlepszy sposób żeby trochę je poznać. Pełno tu ludzi w garniturach i garsonkach wylewających się z bogatych wieżowców w przerwie lunchowej, pijących kawę, wiecznie w biegu. Pełno też turystów o skośnych oczach, ale to w sumie nic nowego. Pełno tu knajpek o wystroju, który cieszy oko i jedzeniu, które raduje podniebienie. A gdy zbliża się wieczór to ci sami ludzie z tych bogatych wieżowców zamiast do domu zmierzają do pubów, siedzą na ulicach i rozmawiają. To lubię. Zawsze oceniam miasta pod względem “pomieszkalności” czyli:

-tu bym pomieszkała albo -tu bym nie pomieszkała

Sydney zalicza się do pierwszej kategorii. Latem można jeszcze pójść na plażę i posurfować, co zapowiada się jeszcze ciekawiej.

To tyle moi drodzy, postaram się lepiej o was zadbać. Za kilka dni znów Düsseldorf, a potem Rzym- po raz pierwszy w życiu! 

Advertisements