Byłam już w wielu europejskich miastach- dużych i małych. Jak to możliwe, że ominęłam Rzym i Paryż? Przecież to główne, najjaśniej świecące punkty na mapie Europy. Koloseum i wieża Eiffla. Spaghetti i croissant. Vespa i w sumie też Vespa. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak mało widziałam i wiem, że to banalne, ale też,  jak mało wszyscy jesteśmy w stanie zobaczyć. Przecież ja mam możliwości, podróżowanie to moja praca, a świat zamiast się dla mnie zmniejszać to powiększa się każdego dnia. Pośród tych wszystkich ludzi, z różnych krajów, kultur i miejsc, pośród ich historii i poglądów, mimo tego, że wydawało mi się, że dużo wiem- okazało się, że nie wiem nic. 

Mam ostatnio trochę problemy ze zdrowiem, jestem wiecznie zmęczona, mam bóle mięśni i okropne bóle głowy. Nie zaprzeczę, że utrudnia mi to funkcjonowanie i kiedy myślę o kolejnym locie w nocy, zaburzonym rytmie snu i jeszcze o tym żeby wywlec się z hotelu i coś zobaczyć, to mi ciężko. To są skutki uboczne tej pracy. 

Rzym

O tym mieście słyszałam od wszystkich, każdy ma tu swoje ulubione miejsca, każdy też mówi, że straszne tu tłumy. Wszystko prawda, wszystko banał, jak tu o nim opowiedzieć? Turystycznie, szczególnie w skondensowanej wersji dla stewardessy- miasto idealne (w przeciwieństwie do Paryża, o którym za chwilę). 

Hotel niestety przy lotnisku, czyli jakieś 40 minut w korkach od miasta. Busik wysadza nas niedaleko Koloseum, ale to zostawiamy sobie na deser i ruszamy dalej. My czyli ja i cudownie zagubiona dziewczyna, po swoim pierwszym locie- ale super jest być czyimś przewodnikiem. Dacie wiarę, że latam już 9 miesięcy? Zwiedzanie zaczynamy od Panteonu- mój brat w końcu powiedział, że przepiękny, a rodzinie się ufa! Po drodze zbaczamy jednak na śniadanie, pierwsza lepsza knajpka, w której pieczywo wygląda przyzwoicie. Siadamy na zewnątrz, w październiku trafia się nam w końcu prawie 20 stopni i słońce- nie sposób z tego nie skorzystać. Zaprawione gorącą czekoladą ruszamy małymi uliczkami w poszukiwaniu zabytków. Prawdziwe turystki z aparatami i mapą w rękach absolutnie zachwycamy się tym miastem. Na każdym rogu czuć, że Rzym ma za sobą niesamowite historie, że stąpamy po ulicach, które liczą sobie kilkaset a czasem i kilka tysięcy lat. Docieramy do Panteonu- mój brat nie kłamał. Ta okrągła świątynia, która już w swojej nazwie wskazuje, że jest miejscem poświęconym wszystkim bogom, nawet dziś przytłacza zwykłego śmiertelnika. Jest to jedna z najlepiej zachowanych budowli z czasów starożytnego Rzymu, co widać gołym okiem. Koloseum jest “wystrzępione”, Panteon natomiast wygląda jakby został nietknięty zębem czasu i dzielnie opierał się wojnom. Na środku kopuły znajduje się otwór, który wpuszcza do budynku światło słoneczne, rozpraszające się promienie pięknie oświetlają znajdujące się w środku grobowce. Podsłuchując przewodnika zagranicznej wycieczki dowiaduję się, że to miejsce nadal funkcjonuje jako czynny kościół, w którym odprawiane są msze. Niesamowite? Moim zdaniem bardzo, w końcu Panteon ma prawie 2000 lat. 

Zostawiamy Panteon i znów udajemy się w kolejne małe uliczki pełne sklepów z włoską modą i restauracji, na ulicach wokół nas sprzedają kasztany i kolorowe pamiątki, a my szukamy Piazza Navona. Trudno się tu zgubić, wszystkie najważniejsze miejsca są w zasięgu pieszego spaceru, dodatkowo kierują nas czytelne tabliczki, a także wycieczki chińskich turystów- dla nich każda pora jest dobra na zwiedzanie. Na środku placu znajduje się fontanna Czterech Rzek, jest słonecznie, architektura zachwyca, a ja odnajduję sklep moich marzeń. Nie jestem zbyt mądra, ponieważ na początku wycieczki kupuję limoncello, parmezan, szynkę parmeńską, przyprawy i makarony. O tym, że nie ma ze mną mojego męża, który zazwyczaj zajmuje się dźwiganiem moich wymysłów przypominam sobie już po wyjściu, ale przecież nie mogę wyjechać z Włoch bez tak podstawowych produktów! 

Kolejny dłuższy spacer w stronę Schodów Hiszpańskich. Po drodze mijamy bogatą dzielnicę, w której na każdej uliczce pełno jest sklepów najlepszych domów mody. Schody prowadzą do kościoła Trinita dei Monti, jednak nie decydujemy się na wejście do środka. Zamiast tego podziwiamy widok z góry na uliczki, które przed chwilą przemierzyłyśmy, a ja nie mogę się nadziwić ile tu turystów(a jest przecież po sezonie) i zastanawiam się co tu musi się dziać latem. Okazuje się, że w każdym z miejsc spędzamy trochę więcej czasu niż wcześniej założyłyśmy, przyspieszamy więc aby dotrzeć do Fontanny di Trevi. Przyznam, że mi kojarzy się ona głównie z pokazami mody, wiem też, że wrzuca się do niej pieniądze na szczęście i że tych pieniędzy jest tyle, że władze miasta wyławiają je i przeznaczają na konserwacje zabytków. Ludzi tu tyle co drobnych w tej fontannie, ciężko w ogóle przecisnąć się w jakiekolwiek bliskie rejony. Zostaję więc z tyłu, słońce pada wprost na rzeźby i to wszystko wydaje się ona jeszcze bardziej białe niż jest w rzeczywistości. 

Nas jednak powoli dopada głód, a chyba nie ma lepszego miejsca dla głodnych ludzi niż Włochy? Makaron własnej roboty z sosem carbonarra to mój dzisiejszy obiad, moja towarzyszka częstuje mnie kawałkiem pizzy- kolejny banał, ale jak cieszy mój żołądek spragniony prawdziwej, a nie dubajskiej=udawanej włoskiej kuchni! 

Po posiłku, szybko, żeby chociaż rzucić okiem na Koloseum, bo zaraz mamy busa. Ta budowla jest niesamowita, monumentalna, przytłaczająca, przypomina o wszystkich opowieściach z lekcji historii i o filmach o tej tematyce. Szkoda, że tak krótko, to na pewno nie mój ostatni raz w Rzymie!

Paryż

Możecie zapytać wszystkich, którzy mnie znają- zawsze chciałam jechać do Paryża, nie mam pojęcia dlaczego jeszcze mnie tu nie było! Lot to niestety ciężkie przypadki medyczne, nie kojarzy mi się więc zbyt wesoło. Docieram jednak na miejsce i dodatkowo okazuje się, że zapomniałam, że w Europie już głęboka jesień.. Czapka, szalik i wełniany płaszcz to niewystarczające wyposażenie dla mojego przyzwyczajonego do 25 stopni więcej organizmu- zamarzam! 

Od początku jednak! Do miasta ruszamy rano. Nasz hotel jest przy lotnisku, co oznacza, że bardzo daleko od centrum, dodatkowo hotel nie zapewnia busa, metro jest niebezpieczne i drogie, decydujemy się więc na taksówkę. Prawie zapomniałam, że jesteśmy we Francji- pani w recepcji informuje nas o strajku taksówkarzy. Ok Uber, 1,5 godziny, korki, 50 euro na 4 osoby i jesteśmy przy wieży. Wcale nie tak drogo, metro w jedną stronę to 11 euro. 

Jest i ona, nawet pośród tych chmur i zimna budzi tylko pozytywne skojarzenia. Wiecie jak to jest- wieża Eiffla to taki romantyczny symbol, występuje w tylu filmach, nie ma chyba osoby, która nie kojarzy jej automatycznie z Francją. Paryż to dla mnie też stolica mody i miasto nieudanej przeprowadzki Carrie z Seksu w Wielkim Mieście. I my- 4 dziewczyny z Emirates jesteśmy tu takie jak ona- chcemy nosić beret, bo tak robią Francuzki, a są one przecież mega stylowe (jedna z moich towarzyszek serio ma go na głowie), jeść croissanty i kupować bagietki. Robimy dużo zdjęć z widokiem na wieżę, koleś opycha mi 5 breloczków za 1 euro i idziemy na śniadanie do knajpki niedaleko. Tam używam dużo francuskich słów: bonjour, croissant, pain au chocolat oraz merci i czuję się doskonale. No może poza tym, że żałuję braku rękawiczek, kalesonów, kurtki z kołdry i butów typu emu, ale tak to spoko.

Tak jak Rzym jest łatwy do pokonania pieszo, tak w Paryżu odległości są większe, połowę czasu zabrały nam korki, no i jak już wspominałam około 5 razy- jest mega zimno! Bardzo szybkim krokiem, który na celu ma rozmrozić nam nogi zmierzamy w stronę Arc de Triomphe, który jest też początkiem Champs-Élysées- takiej oto ładnej ulicy pełnej sklepów. Idziemy wzdłóż niej, panowie zakładają na drzewa świąteczne dekoracje- czuć, że święta już blisko. Po drodze mijamy piękne muzea, ale też kordony policji- w wiadomościach pisali, że wczoraj odbyły się jakieś kolejne przykre wydarzenia. Inaczej patrzy się na Paryż po tym co działo się tu rok temu. 

Spacery są długie, do tego odwiedzamy różne sklepy po drodze, wino zakupione, czas nas goni, bo wiemy czego się spodziewać- korków. Chciałabym być tu zimą, zobaczyć miasto nocą, ale wiem, że muszę zorganizować to sama- ten lot plus dojazdy odczarowały mi póki co Paryż.

Advertisements