Przywitałam nowy rok i postanowiłam nadrobić obiecane zaległości. Przyznaję, że miałam ochotę skasować tego bloga, grudzień był ciężki pod względem niekończącej się tęsknoty za domem. Jednak z jakiegoś powodu czytacie ten mój przewodnik po bardzo krótkim zwiedzaniu różnych miast, dlatego dziś opowiem o dwóch odwiedzonych jeszcze w listopadzie.

Kopenhaga

Wszystko co słyszałam o Kopenhadze sprawdziło się w 250%. Było wietrznie i zimno, miasto jest architektonicznie spójne i niesamowicie czyste, a wszyscy jeżdżą na rowerach mimo tego, że pogoda nie sprzyja, dodatkowo moje skandynawskie zakupy to prostota i dobra jakość oddana w jednej parze sztybletów (takie buty).

Już po wejściu do pokoju hotelowego wiedziałam z czym mam do czynienia: prostota, elegancja, doskonały widok. Widzę za oknem resztki słońca, co daje mi nadzieję, że jeśli wyjdę teraz to czeka mnie kilka stopni więcej, szybkie szykowanie i jestem. 

Uważam, że Kopenhagę można zwiedzić w dwa dni, w końcu mi w ciągu tych kilku godzin udało się przejść przez prawie wszystkie jej najważniejsze punkty. Oczywiście nie wchodziłam do bibliotek, kościołów i muzeów ( a na pewno są one przeciekawe), jednak udało mi się “z zewnątrz” zobaczyć to, co można określić jako podstawę programową.

Z hotelu ruszałam z myślą o dotarciu do portu Nyhavn, tak aby po drodzę zobaczyć budynek pięknej biblioteki, nowoczesny most, ratusz i dworzec. Na wszystkie z tych miejsc udało mi się rzucić okiem, jednak bałam się, że rzeczone oko zamarznie przy dłuższym patrzeniu, dlatego też rzucałam nim szybko. Gdyby była inna pora roku na pewno wypożyczyłabym rower, miałabym wtedy okazję zobaczyć więcej, szokiem był jednak dla mnie widok dziesiątek rowerzystów zawiniętych w grube warstwy ubrań- ja nie byłam tak dobrze przygotowana. 

Nie jestem tu po to żeby pisać dla was przewodnik, mogę podzielić się moimi krótkimi wrażeniami. Moją uwagę zwrócił budynek Royal Library- czarna bryła, która połyskuje w słońcu w bardzo specyficzny sposób. Tu zdecydowałam się usiąść i spędziłam chwilę na mrozie przyglądając się budynkowi, okolicznym mostom, małemu pomnikowi syrenki. Popatrzcie tylko na te zdjęcia, w stolicy Danii nie ma miejsca na przypadek, każdy budynek jakby krzyczał “właśnie tu powinienem być”. Nie dziwię się, że oni wymyślili LEGO, inteligentna rozrywka wydaje się właściwa dla duńskich dzieci. 


Mosty, mostki, dużo wody, mało ludzi na ulicach. Zmierzam w stronę Nyhavn, czyli miejsca gdzie zacumowane są stateczki i jachty, pełno tu restauracji i knajpek, a po obu stronach kanału znajdują się typowo duńskie kamieniczki w pięknych kolorach. Bardzo chciałabym coś zjeść, Dania słynie jednak z kuchni, która wręcz odrzuca mój dziwny jedzeniowych gust. Śledź w tysiącu wariacji czy pasta z wątróbki to zupełnie nie moje klimaty, przyznaję bez bicia, że zdecydowałam się na burgera. Żegnam kolorowe Nyhavn, zmierzam w stronę ratusza i dworca. Po drodze wchodzę jednak do małego centrum handlowego w poszukiwaniu rękawiczek (nie czuję dłoni), wychodzę jednak zaopatrzona a w parę przepięknych, ultraprostych, skórzanych sztybletów. 

Polecam Kopenhagę wszystkim, którzy cenią sobie dobrą, nowoczesną architekturę, na mojej krótkiej drodze to właśnie budynki zwróciły moją największą uwagę. Uważam jednak, że warto tu przyjechać wiosną, albo latem- na pewno bardziej skorzysta się z tego co ma do zaoferowania to portowe miasto.

Wenecja

Kilka dni później byłam już w zdecydowanie cieplejszej Wenecji. Nie była to moja pierwsza, ani też na pewno ostatnia wizyta w tym niesamowitym włoskim mieście. Każdy wie o co tu chodzi- Wenecja jest miastem na wodzie, czasowo zalewana, oblegana przez turystów, pełna kanałów, którymi przemieszczają się nucący “Volare” gondolierzy, do których możemy dołączyć płacąc jedynie stówkę euro. Niby przereklamowane, niby śmierdzi. Wszystko bzdury. Przepiękne małe miasteczko, plac świętego Marka, katedry, kościoły, małe uliczki, rodzinne knajpki. 

Miasto można z łatwością przemierzyć w ciągu kilku dni, żeby było taniej można mieszkać poza wyspą i dopłynąć promem, albo dojechać busem. Odległości nie są duże, piesze wycieczki są więc mocno wskazane, można też kupić bilet na większe od gondoli wodne tramwaje i przemierzyć Wenecję wzdłóż i wszerz. Włoskie jedzenie to już inna bajka- znajdźcie mi kogoś kto nie lubi makaronów i pizzy, z owocami morza- wiem, że bywa różnie, a tu są one pierwsza klasa. Nie ma prostego przepisu na Wenecję, możecie zaliczać najważniejsze punkty z przewodników, ja polecam jednak odłożyć mapę na bok i po prostu iść przed siebie, kluczyć po małych uliczkach i gubić się na kolejnych mostach, wejść do najmniejszej knajpy, w której siedzi najwięcej miejscowych i rozkoszować się atmosferą. Tylko tyle i aż tyle.

Advertisements