To będzie długi post! Nowy Jork to moje najulubieńsze (jest takie słowo?) miejsce na ziemi! Jest tu wszystko co najlepsze- doskonała architektura, mieszanka knajp z każdego zakątka świata, super tanie zakupy i najciekawsze muzea. Opiszę tu moje dwie wizyty w wielkim jabłku- jedna miała miejsce kilka lat temu i była moją pierwszą wycieczką do Stanów Zjednoczonych, drugą z kolei, już jako stewardessa, odbyłam w grudniu. Mam mnóstwo miejsc, których nie wolno pominąć, ale także wskazówek i podpowiedzi.



Przygotowania

Kiedyś latało się na wakacje do tanich hoteli all inclusive w Egipcie, Tunezji i Turcji. Brzydkie i niewygodne samoloty czarterowe zabierały nas do miejsc, których tak naprawdę nie zwiedzaliśmy. W końcu morze, baseny, jedzenie i sklepy- to wszystko było w hotelu. Rozumiem to jednak- jeszcze kilka lat temu loty były dużo droższe. Pamiętam jednak ten dzień, kiedy z mamą postanowiłyśmy polecieć do Nowego Jorku, kupiłyśmy lot z dużym wyprzedzeniem i cena okazała się nie odbiegać od cen za wakacje w ciepłych krajach- 2000 zł za osobę, w dwie strony, polską linią lotniczą LOT. Pamiętam wizytę w ambasadzie w Warszawie, gdzie z bananem na ustach mówiłam panu, że głównym celem mojej wizyty w Stanach są zakupy a on z uśmiechem wystawił mi wizę na 10 lat. W torbie miałam gacie, 1 parę spodni, t-shirt i sweter, w końcu w listopadzie był black friday i zaczynały się wyprzedaże. 

Zaczęłyśmy jednak od postanowień wstępnych i wyznaczyłyśmy sobie cele, ramy czasowe i koszty. Uznałyśmy, że hotel będzie nam służył tylko do spania, może być więc tani, bo przecież musimy koniecznie spędzić ten tydzień na jak najlepszym poznaniu miasta. Wybrałyśmy tani hostel z dobrą lokalizacją- YMCA zaraz obok Central Parku. Dodatkowo wiedziałam wcześniej, że trzeba ogarnąć też wszystkie muzea. Znalazłam w internecie coś co nazywa się City Pass- płaci się za to kartą i odbiera w pierwszym odwiedzonym miejscu. City Pass dostępny jest dla najróżniejszych miast, nie tylko dla NY, pozwala na tańsze wejścia bez kolejki do podstawowych atrakcji turystycznych. W cenie miałyśmy kilka rzeczy, niektóre były zaklepane, inne stanowiły wybór spośród dwóch opcji. Na liście były: Metropolitan Museum of Art, MOMA, American Museum of Natural History, Empire State Building, Top of the Rock albo Gugenheim Museum, Statua Wolności i Ellis Island albo podróż stateczkiem z widokiem na Statuę i mosty. Z tego co widzę teraz zamiast MOMA jest muzeum 9/11 i coś jeszcze, ale nasz trip był już kilka lat temu. City Pass to absolutny strzał w dziesiątkę, na miejscu okazało się, że kolejki do kupna biletów są ogromne i ceny zdecydowanie wyższe niż przy wcześniejszym zakupieniu przez internet. 

Wracając do tematu hotelu.. Hostel to nie jest mój wymarzony przybytek. Zbiorowe dla piętra łazienki i prysznice to koszmar, ale przyznaję- był okropnie tani. Ostatnią noc jednak spędziłyśmy na 42 piętrze Hiltona, w ofercie znalezionej na bookingu. To w ramach podsumowania jak bardzo byłyśmy stęsknione normalnych warunków. 

W Nowym Jorku spędziłyśmy tydzień i nie wyobrażam sobie, że mogłabym powiedzieć, że poznałam trochę to miasto będąc tam krócej.



Zaczynamy

Lot LOTem był ok, jedynym ciepłym posiłkiem były jednak podgrzane kanapki. Pamiętam, że pasażerami byli rodzice osób, które przeprowadziły się do Stanów i w najlepsze trwała licytacja czyj syn z Czikago radzi sobie lepiej. Lot odbył się w 2011 roku, lądowaliśmy podczas mgły i słychać było tylko modlitwy żeby nie powtórzył się Smoleńsk. Ciekawe doświadczenie.

Rzecz, której nigdy nie zapomnę to mina mojej mamy, która wyszła z metra i zobaczyła te wszystkie ogromne budynki. Nie umiem tego opisać moim zagranicznym koleżankom, że za “jej czasów” nie można było podróżować i że nikogo nie było stać na loty. Ja też byłam tym wszystkim oszołomiona, byłyśmy zmęczone, ale i tak wstałyśmy o 6 rano, bo ekscytacja zrobiła swoje! Starbucks zaraz obok hotelu, łapanie wi-fi i krzyki zachwytu do wszystkich, z którymi udało się połączyć. 

Początkowo nie mogłam ogarnąć układu ulic (no dobra wcale nie tylko początkowo). Niby jest tak prosto, czyli mamy aleje, kóre mają małe numery i często jakieś nazwy np. Madison, Park, Lexington i biegną z północy na południe . Reszta to ulice o wyższych numerach, które biegną z kolei ze wschodu na zachód. Niby sprawa jest prosta, ja jednak zawsze wychodząc z metra szlam w złą stronę i w połowie drogi orientowałem się, że zamiast iść w dół do 42, szlam w górę do 43. 

Nie pamiętam jakie miejsca odwiedzaliśmy w jakiej kolejności. Pamiętam jednak bardzo dokładnie, które podobały mi się najbardziej i które absolutnie TRZEBA ZOBACZYĆ. 

American Museum of Natural History

Pamiętacie ten film, że ktoś gubi się w muzeum w NY, ożywają tam dinozaury i inne cuda? To właśnie tutaj. Mamy tu ogromny zbiór kości dinozaurów, ale także witryny przedstawiające zwierzęta żyjące na lądzie i w wodach w dalekiej przeszłości. Z oczarowaniem oglądałam pokaz na temat planet układu słonecznego odbywający się w planetarium, do którego głosem narracji był niesamowity głos Whoopi Goldberg. W tym miejscu można ze spokojem spędzić cały dzień, jest ogromne i super interesujące, dodatkowo zlokalizowane zaraz obok Central Parku, gdzie można udać się później. Ten park to takie zielone płuca tego betonowego miasta, są tu osobne alejki dla biegaczy i rowerzystów, miejsca do gry w najróżniejsze sporty, słynne budki z preclami, stawki, rzeczki i oszałamiający widok.



Metropolitan Museum of Art

Moje muzeum numer jeden. To na jego schodach siedziały bohaterki serialu plotkara. To tu odbywa sie uroczysta gala MET, na której amerykańskie gwiazdy prześcigają się w tym, kto ubierze się najbardziej oryginalnie. Tutaj też mieści się ogromny zbiór obrazów z różnych epok. Najbardziej znane dzieła największych malarzy. Ja mimo męża architekta przyznaję się bez bicia, że nie rozumiem sztuki współczesnej. Nie wstydzę się, że bawi mnie to, że ktoś musi mi tłumaczyć daną rzeźbę, albo dlaczego czarny kwadrat jest sprzedawany za wiele milionów dolarów. Dlatego Metropolitan do mnie trafia. Wśród dzieł Rembrandta spędziłam chyba godzinę, wpatrując się w mistrzowskie detale na obrazach. Był też Pollock i Warhol, ale bez przeginania.

MOMA

Museum of Modern Art. Dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, chociaż wiem, że ma swoich oddanych fanów. Nie powiem, że to strata czasu, w końcu bardzo starałam się coś zrozumieć. Kolejka do Krzyku Muncha była na kilka godzin, niestety zrezygnowałyśmy. Było kilka rzeczy, które były ok. Reszta to nie mój klimat i koniec tematu.

Empire State Building i Top of The Rock

Zdecydowałyśmy się wejść na szczyty obu wieżowców- Empire zaliczyłyśmy w nocy, a Rockefeler w dzień. Kwintesencja Nowego Jorku. Widok zapierający dech. Z Top of The Rock widać Empire State i Central Park, drugi raz wspięłam się tam już jako cabin crew niecałe dwa miesiące temu. Wiecie o co chodzi- słowa nie oddają.



Statua Wolności

Zdecydowałyśmy się, że zamiast snuć się po Ellis Island i oglądać  Statuę od dołu wolimy rejs stateczkiem i oglądanie jej z daleka i uważam, że był to świetny wybór. Dodatkowo widok na mosty- Brooklyn i Manhatan. Warto też przejść się samym mostem brooklińskim na drugą stronę do dzielnicy o tej właśnie nazwie, widok z bocznych uliczek na to jak głęboko most “wchodzi” w miasto, miejsca mniej posh, a bardziej alternatywne, klimat pięknych ceglanych budynków!

Koniecznie trzeba też zobaczyć Highline, czyli starą linię pociągu, która ciągnie się jakby nad miastem, którą zamiast wyburzyć, postanowiono zostawić i obsadzić przepiękną roślinnością, nadając jej charakter spacerowej alejki z widokiem na zatłoczone ulice. Bez końca można też wymieniać wszystkie restauracje, wszystko jednak zależy na jaką kuchnie macie smak- przedstawiciela każdej znajdziecie bowiem w NY. 

Prawie zapomniałam o Grand Central- stacji kolejowej z gwiaździstym sklepieniem w turkusowym kolorze- tam w podziemiach serwują też przepyszny nowojorski sernik!

Zakupy, szczególnie w okresie wyprzedaży to marzenie. Victoria’s Secret, wszelkie sportowe buty, spodnie Marca Jacobsa za 50dolarów, garażowe wyprzedaże dla wtajemniczonych z rzeczami vintage najlepszych marek, a torba na powrót wypchana po brzegi. 

Nie ma jednego przepisu na Nowy Jork, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Teraz w Grudniu ja znalazłam świąteczną atmosferę, której brakowało mi w Dubaju- na to też nie ma lepszego miejsca, bo ilość choinek, ozdób i lodowisk przytłacza. Chciałabym jeszcze zaliczyć jakieś przedstawienie na Broadwayu, show Jimmy Falon albo Kimmel, koncert w Madison Square Garden i wiele innych rzeczy, ale myślę, że na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

Moja przesadnie zadowolona twarz nadaje się tylko do ocenzurowania, ale mówiłam już, że w sklepie spożywczym spotkałam Johna Legenda?

Advertisements