Są takie loty, które każdy z nas (crew) wie, że trudno jest dostać: Osaka, Narita, Haneda, Rio, Taipei, Genewa- to tylko kilka przykładów. Co miesiąc możemy jednak ‘bidować’ czyli wskazywać gdzie chcielibyśmy polecieć, dostajemy na to różne priorytety i szansa rośnie w zależności od kolejności itd. Cały mój marzec można opisać jednym słowem- Japonia. Długo wyczekiwana, bardzo ciężka do dostania nie tylko ze względu na to, że wszyscy chcą tam polecieć, ale też specyficzne wymagania, to znaczy- ponad połowa załogi musi mówić po japońsku.

Słyszeliście kiedyś o japońskiej kulturze? O ich trybie pracy, życia? O tym jak wszyscy starają się naśladować japoński model biznesowy? O tym jak ułożone jest ich życie? To wszystko jest niesamowicie ciekawe, a jeszcze lepiej jest zobaczyć przykłady na żywo.

KIX

Mój pierwszy lot to Osaka, a pierwsze wrażenia po locie- bezcenne. Japończycy nieczęsto mówią po angielsku, dlatego tyle u nas crew właśnie z Japonii. Pasażerowie o nic nie proszą, boją się przeprosić  osobę siedzącą obok aby wyjść do toalety, po jej użyciu z kolei sprzątają po sobie aby przygotować ją na następną osobę (w końcu jeśli ktoś zobaczy, że dana osoba zostawiła ją w złym stanie to źle to o niej świadczy), jeśli zabraknie danego wyboru posiłku nikt nie robi problemów, wszyscy grzecznie siadają, nie ma opóźnień i chaosu. Mogłabym tak wymieniać bez końca, byłam w największym pozytywnym szoku od początku mojej kariery jako stewardessa. Toalety były czyste, żadnych śmieci w kabinie, wszyscy byli mili, byłam 10 razy mniej zmęczona po locie niż zwykle. Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku dziewczyn z Japonii- jeśli coś jest nie tak jak być powinno, pasażerowie zwracają uwagę właśnie im. 

W Japonii ogromne znaczenie ma hierarchia. Niesamowite było obserwować w czasie briefiengu jak młodsze stażem koleżanki okazywały respekt tym bardziej doświadczonym. Jeśli osoba z Japonii jest purserem- wśród reszty widać podziw i ogromny szacunek, wręcz strach i zakłopotanie w kontakcie z nią. Japonki czekały grzecznie na swoją kolej, nigdy na nic nie narzekały, nie wychodziły przed szereg. Jeśli zdarzyło się coś co mogło im nie pasować- nigdy nie można było wyczytać z ich twarzy jakichkolwiek negatywnych emocji.

Na lotach do Japonii oferujemy też dodatkowe produkty: pałeczki, sake, japońskie piwo, zieloną herbatę i 50% posiłków w regionalnym stylu. Z samolotu wyszłam z bólem pleców od naturalnego skłonu ciała przy mówieniu ‘arigatou’, czyli dziękuję jakieś 800 razy.

Dojechaliśmy do hotelu wieczorem, a ja byłam głodna jak wilk. Zwiedzanie zaplanowałam już z góry na następny dzień, teraz tylko zostały mi poszukiwania restauracji. Wyruszyłam w drogę z dziewczyną z Finlandii, wchodziłyśmy do różnych knajp z pytaniem o menu po angielsku, niestety okazało się to niemożliwe do znalezienia. Ok są obrazki, pytamy więc kelnera czy mówi po angielsku- nie, czy ktokolwiek inny mówi- nie. Będzie zabawnie. Wszystko po japońsku, a obrazki są małe. Pytam pana czy chicken/prawn/fish- on odpowiada, że chicken. Przyglądam się dokładniej obrazkowi, niestety nie wygląda jak kurczak, o czym informuję kelnera- odpowiada mi- ‘no chicken’. Jest zabawnie. Biorę coś co wygląda jak udon, krewetka w tempurze i ryż z niewiadomo czym, co później okazuje się unagi, czyli japońskim węgorzem. Wydaje się, że porcje są drobne, wychodzę jednak z restauracji syta i ogromnie zadowolona- było pyszne!

Następnego dnia budzimy się wcześnie żeby zdążyć na pierwszy shuttle bus na stację kolejową w Osace. Do KIX lecę w marcu dwa razy, teraz chcę zobaczyć Kioto, które oddalone jest od Osaki tylko o godzinę drogi pociągiem. 

Rozpracowanie systemu płatności za pociągi i metro wydaje się nie lada wyzwaniem, kiedy jednak już pojmujemy o co chodzi, podróżowanie staje się dziecinnie proste. Potwierdza się wniosek z poprzedniego dnia- absolutnie nikt nie mówi tu po angielsku! Wszyscy jednak próbują nam pomóc, bez słów tłumacząc co i jak, widać też, że bardzo się cieszą przy tym całym pomaganiu. 

Drzemka w pociągu i lądujemy w Kioto. Dawno nie byłam tak podekscytowana. Nowe miejsce, o którym tyle słyszałam! Wycieczka zaplanowana na 4 punkty- bamboo Forest, Fushimi Inari Shrine, Nishiki market i Gion.

Las bambusowy

Kolejny pociąg i docieramy na przedmieścia, pełno tu małych, tradycyjnych domków, bardzo tu zielono, a widoki zupełnie jak z pocztówki. Przed nami dobrze oznaczony strzałkami piętnastominutowy spacer wraz z tłumem turystów, po którym docieramy na miejsce. Nigdy nie zapomnę tego w jaki sposób promienie słońca starały znaleźć swoje miejsce między warstwami roślinności, tego jak wysokie były wszystkie drzewa i jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie wszystkie kolory.

Następny punkt naszej wycieczki to Nishiki market czyli tradycyjny market na otwartym powietrzu. Można tu kupić wszystko: od owocówmorza, przez dziwne marynowane specjały, herbaty, wszystko o smaku macha, pamiątki, ręcznie robione pałeczki, po lokalne specjały. Jest tu kolorowo i dziwnie pachnie, postanawiam zjeść coś typowego dla tego miejsca- wybór pada na bułkę na parze z mięsem w środku, która wygląda jak nasza pyza! Mięsko jest natomiast przepysznie doprawione i wymieszane z warzywami. 

Kupuję herbatę sakura, czyli z kwitnącej wiśni, która wygląda jak zasuszone kwiaty, które mają się otworzyć pod wpływem gorącej wody (później okazuje się, że herbata jest słona?). Ostatecznie postanowiłam użyć jej do kąpieli, bo jest po prostu nie do wypicia.


Z Nishiki mamy blisko do Gion, czyli dzielnicy gejsz. Ten tradycyjny dystrykt przyciąg młode japonki, które przebierają się w kimono i całymi grupami odwiedzają obecne tu restauracje. Kimono można wypożyczyć także z lokalnych sklepików, gdzie starsze panie układają też fryzury i wykonują makijaże. My niestety mamy za mało czasu. Gion wygląda dokładnie jak wyjęty ze starych japońskich filmów, dużo tu klasycznej architektury, nawet takie szczegóły jak latarnie i zaparkowane tu samochody, które wyglądają jak wypożyczone z muzeum. Błąkamy się po małych uliczkach, kolejki do restauracji pełne są dziewczyn w kolorowych strojach, same też zatrzymujemy się żeby coś zjeść. Po wczoraj nie mogę odmówić sobie unagi, wiem że powinnam spróbować czegoś nowego, ale ten węgorz jest tak dobry i właściwie nie do dostania w innych krajach, że ani przez moment nie żałuję tego wyboru 🍱.

Pogoda nas nie rozpieszcza, a czasu coraz mniej, szybko udajemy się wiec do Fushimi Inari- świątyni znanej jako spacer wśród tysiąca bram. Japońska klasyczna architektura w najlepszej postaci, żywe kolory, niesamowite rzeźby, bardzo żałuję, że nie miałam czasu przejść całej drogi przez pomarańczowe bramy. Świątyń jest w Kioto mnóstwo, ale cieszę się, że wybrałam właśnie tę, uważam, że całe to miasto jest magiczne, a świątynia bogini Inari, chociaż pełna turystów, potrafi zachwycić każdego.

NRT

Następne w kolejce było Tokio, niestety ten lot zaliczam do mniej udanych. Dlaczego? Absolutnie wszystkie loty, które miałam w marcu, nawet te w tę i z powrotem były w nocy. Oznacza to totalne przemęczenie organizmu i przysypianie gdzie się da. Dodatkowo Narita jest mocno oddalona od Tokio i sam dojazd, łącznie ze wszystkimi przesiadkami zajął mi ponad 2h w jedną stronę, co pozwoliło mi zobaczyć tylko niewielką część miasta. Może też Kioto jest po prostu ładniejsze?

Absolutnie nikt nie chciał jechać ze mną, co oznacza jedno- crew na moim locie to ludzie, którzy wolą zostać w hotelu, bo ‘za daleko’, ‘wolę iść na siłownię’ ‘pewnie jeszcze tu przyjadę’- serio. Nawet nie wiecie jak często spotykam takich ludzi, uważam, że jest to strata miejsca w samolocie dla osób, które rzeczywiście chciałyby dane miasto zwiedzić. 

Pojechałam więc sama, autokarem, potem metrem i dotarłam na najbardziej znane skrzyżowanie na świecie- Shibuya crossing. Dlaczego znane? 2,5 tysiąca osób przekracza tu na drugą stronę ulicy podczas jednej zmiany świateł, wszystkie samochody zatrzymują się, a tłum napływa z każdej ze stron. Ciekawe do zobaczenia. Dodatkowo obok mieści się pomnik Hachiko- jest to pies znany z filmu opartego na prawdziwej historii, symbol wierności i przywiązania nawet po śmierci właściciela.

Spacerowałam po uliczkach pełnych sklepów z grami komputerowymi oraz ze zdziwieniem patrzyłam na kolejki ludzi ustawiające się przed Pachinko. Co to jest? Japońskie automaty, które podobno są połączeniem bilardu i pinballa. Jest tu masa miejsc, w których gdy tylko otworzą się drzwi, widać niekończące się rzędy automatów, a przed nimi nastolatki i starcy- wszyscy zapatrzeni, zapominają w ten sposób o świecie, w którym tempo stało się już zawrotne. W metrze widać miliony ludzi ubranych w eleganckie stroje, ciągnących do różnego rodzaju biur. Wszyscy jednak przestrzegają kolejek, stoją, nie odzywając się do siebie nawzajem. Może dlatego tak wielu z nich jest uzależnionych od tego półlegalnego rodzaju hazardu? Rzędy znudzonych ludzi gapiących się w automaty, rzędy znudzonych ludzi w drodze do pracy. Dla mnie trochę przerażające. Zaliczyłam jeszcze udon z wieprzowiną i musiałam wracać. To jest największy minus podróżowania będąc częścią załogi samolotu- wieczny brak czasu.

KIX 2
Na szczęście czekała mnie jeszcze jedna wizyta w Osace, tym razem postanowiłam zostać i zobaczyć to nowoczesne miasto, o którym również słyszałam same dobre rzeczy. Według kalendarza powinny już kwitnąć wiśnie, jednak zimna pogoda trochę wszystko opóźniła. Wybrałam się do parku Sakuranomiya- typowego miejsca dla turystów spragnionych widoku drzew wiśniowych w tym bardzo gęsto zaludnionym mieście. Park jest położony nad rzeką, obok dużego kolejowego mostu, nie można mu jednak odebrać uroku. Mimo tego, że kwiaty dopiero się otwierały, a dzień był raczej pochmurny, byłam zachwycona. Uroczy starszy pan widząc moje niezdarne próby fotografowania drzew na tle wody, zaproponował, że zrobi mi zdjęcie i był tak szczęśliwy, że mógł mi pomóc- tacy właśnie są Japończycy. 

Spotkałam mnóstwo spacerowiczów, ludzi urządzających sobie pikniki i spędziłam miły czas w ten zimny dzień. Dodatkowo moja obsesji na punkcie sakury, doprowadziła mnie do zakupienia chyba wszystkich dostępnych na rynku japońskim produktów kosmetycznych o tym zapachu: kule i sole dą kąpieli, maski do twarzy, peelingi, kremy- spokojnie, kupiłam na zapas.

Wszystkie dziewczyny z Japonii powiedziały, że koniecznie muszę wybrać się do Dotonbori i spróbować regionalnego specjału prosto z Osaki, czyli Takoyaki (nawet się zrymowało). W Dotonbori, czyli nowoczesnej dzielnicy położonej równolegle do wodnego kanału spędziłam pół dnia. Tłum ludzi w tym przypadku to niedopowiedzenie, natłok kolorowych, wymyślnych szyldów, ruszających się marionetek na nich umieszczonych, które tańczyły i śpiewały piosenki, przyprawia o lekki zawrót głowy! Na pewno jeszcze lepiej to wszystko wygląda wieczorem, jednak jak zawsze mocno ograniczał mnie czas. 

Skoro miałam spróbować Takoyaki, czyli kawałków ośmiornicy w cieście z dodatkami, stanęłam w najdłuższej kolejce licząc, że wystane pół godziny gwarantuje doskonały smak. Nie gwarantowało. Wiem jak bardzo niegrzeczne, szczególnie w tej kulturze jest wyrzucić jedzenie-miny osób na ulicy kiedy to robiłam były najgorszą formą ostracyzmu społecznego. Posiadanie jedynej w okolicy blond czupryny nie ułatwiło mi ukrycia się przed pełnymi niezrozumienia spojrzeniami- w końcu oni zajadali się tym ze smakiem.

Jak mówiłam wydałam małą fortunę na kosmetyki, co nie jest proste, bo to akurat jest tu dość tanie w porównaniu z reszta produktów i usług. Zjadłam też najlepszy ramen w życiu, odwiedziłam sklepy, które nie jestem w stanie nawet wytłumaczyć co oferowały i świetnie spędziłam czas.

Japonię polecam wszystkim, tam bardzo żałowałam, że doświadczenia zwiedzania jej po raz pierwszy nie mogłam dzielić z kimś bliskim. Inne kraje azjatyckie są moim zdaniem często do siebie podobne, Japonia jest zupełnie inna! Czysta, z jednej strony nowoczesna, z drugiej ogromnie tradycyjna, pełna uczynnych, niesamowitych ludzi. Miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Advertisements