Moja przygoda z RPA zaczęła się od 24h layover’u w Cape Town. Tak wiem, że powinnam pisać Kapsztad, ale angielską nazwę słyszałam już około tysiąca razy z ust mojej przyjaciółki, która stamtąd pochodzi, dlatego tak mi to utkwiło w głowie. Layover przybliżył mi wizję miasta nie do zapomnienia, połączenie gór, plaż, oceanu, słońca i pysznego jedzenia spowodowało, że od razu wiedziałam, że muszę tam wrócić. Koniecznie z osobą, która to miejsce zna najlepiej- czyli moją przyjaciółką, a do tego mój mąż i nasze od dawna wyczekiwane, wspólne wakacje.

Zaczęło się od planowania wszystkiego, czyli miliona rzeczy, które chcieliśmy zmieścić w te 9 dni. Facet mojej przyjaciółki teraz mieszka w USA, ale wcześniej był safari ranger’em- czyli taką osobą, która w moim ówczesnym mniemaniu obwozi turystów i pomaga im znaleźć zwierzęta. Teraz wiem, że było to ogromne niedopowiedzenie, a safari uważam za najlepszą przygodę mojego życia.

Zacznijmy jednak od początku. Po 16h locie z San Francisco wylądowałam w Dubaju żeby zabrać męża, drugą walizkę i polecieć dalej. Lot do Cape Town to jakieś 9h, które przespałam praktycznie w całości, absolutnie nieprzytomna po 30h bez snu. Na miejscu czekała na nas moja przyjaciółka z mamą i wielkim transparentem w rękach. Nigdy nie spotkałam się z takim przyjęciem i taką życzliwością wśród nowopoznanych ludzi jak właśnie w RPA! Gdziekolwiek się udawaliśmy czekały na nas szczera ciekawość, przepyszne jedzenie i gotowy pokój gościnny.

Dopiero opowiadając znajomym o naszej wyprawie zdałam sobie sprawę jak niewiele o Afryce wiemy. Wszyscy pytali mnie dlaczego RPA, przecież tam jest niebezpiecznie i w ogóle nikt tam wcześniej nie był. Mogłam wybrać bardziej typowo wyprawę do Tajlandii albo plażę na Mauritiusie, ale wiedziałam, że od tych wakacji oczekuję więcej. I nie zawiodłam się.

Pierwszy dzień to szybka wycieczka na plażę i pierwszy braai. Wymieniamy się prezentami- ja przywożę polski cydr, niemieckie wino, borowiki i domowej dżemy. W zamian dostaję koc w słonie i mnóstwo doskonałego wina. Tata koleżanki uczy mojego męża jakiego drewna używać i jak przygotować mięso na braai. Ale co to właściwie jest? My mamy grill, rozstawiamy go w ogrodzie, albo na balkonie, dorzucamy węgla, opiekamy kiełbasę, spalamy karkówę na wiór i heja! A tu braai to cała kultura jedzenia! W sklepach dział mięsny przyprawia o zawroty głowy, półki uginają się też pod najlepszego rodzaju soli, sosów, każdy też umie tu przyrządzać swój własny biltong, czyli odpowiednio przyprawione, a potem suszone mięso. Kiedy tata zajmuje się wypaleniem całego drewna, my popijamy wino i oglądamy rugby, a mama przygotowuje braaibroodijes, czyli opiekane na tym samym ogniu tosty z serem, pomidorem, cebulą i chutney, które swój niesamowity smak zawdzięczają właśnie temu posmakowi drewna, które wypala się i opieka później mięso. 

Plan następnego dnia jest trochę nie z tej ziemi- lot helikopterem wokół Table mountain i dzień na jachcie. Serio. W RPA jest tanio- po dostaniu się na miejsce okazuje się, że waluta jest tu bardzo słaba i w porównaniu do innych krajów, ceny są śmiesznie niskie. 

Lot helikopterem to niesamowite przeżycie nawet dla kogoś kto żyje z latania ;)! Tu wszystko mocniej się czuję, bardziej buja, szybciej się skręca, wyraźniej się widzi. Do tego Cape Town jest tak malownicze, że ciężko opisać to słowami. Dodatkowo z góry łatwiej zrozumieć strukturę miasta i zobaczyć gdzie wybieramy się w kolejnych dniach.

Znajomi mojej przyjaciółki mają jacht (bo dlaczego nie?) i zapraszają nas na mały rejs. Cumujemy przy malowniczej plaży, wskakujemy do lodowatej wody i prowadzimy niekończące się rozmowy. Wiecie co zauważyłam jako cechy ludzi z RPA? Nikt tu nie zazdrości, wszyscy podchodzą do ciebie przyjacielsko i na luzie, ludzie są szczerze zainteresowani kim jesteś i co robisz, udzielają miliona wskazówek co można jeszcze tu zobaczyć. 

Wieczorem śpimy w ich pięknym domu, znów braai, gadamy do późnego wieczora. Następnego dnia wstajemy wcześnie na pierwsze wine tasting- to mus w tych okolicach, przemieszasz się między winnnicami i próbujesz lokalnych win, opowiadają ci o nich, trochę się upijasz, kupujesz te najlepsze i przejeżdżasz do następnej winnicy- do momentu aż nie wiesz jak się nazywasz, albo twój bagaż nie zmieści już większej ilości butelek. 

Wszystkie winnice wyglądają jak z pocztówki, do tego w RPA właśnie zbliża się zima, dlatego poza zielenią na drzewach króluje złoto i brąz. Te niesamowite kolory, niekończące się rzędy drzewek winnych i góry w tle to po prostu bajka.

Chociaż ja już wcześniej tu byłam, obowiązkowy punkt programu to wjazd na Table mountain. Przepiękny widok na całe miasto i obserwowanie jedynej w swoim rodzaju roślinności. Później jedziemy do Stellenbosch, malowniczej miejscowości słynącej z winnic i terenów uniwersytetu. Znajomy zabiera nas na offroad po jednej z winnic, samochodem wspinamy się na wzgórze, na którym urządzamy piknik i obserwujemy zachód słońca. Kolory od pomarańczowego, przez różowy, aż do ciemnego fioletu przeplatają się na skraju góry tuż za nami. Przed nami zapalają się powoli światła miasta. Jest cicho i pięknie.

Kolejny dzień przynosi kolejne winnice- czy kiedyś będzie nam dość picia? Nie sądzę. Moje nowe ulubione wino to Chenin Blanc- nie tak bardzo wytrawne jak Savignon, najpopularniejsze białe wino uprawiane w RPA. Codziennie się gdzieś spieszymy, cały czas jeszcze tyle do zobaczenia, tego dnia decydujemy się jednak trochę odpocząć i wybieramy się na oddaloną od miasta, schowaną wśród jaskiń, znaną głównie surferom plażę. Pogoda trafiła się nam wyśmienita, słońce dopisuje, wiatr delikatnie wieje, ja leżę na plaży, a mój mąż w lodowatej wodzie próbuje surfować. 



Safari

Ostatni braai już za nami, walizki pełne win i przypraw, wsiadamy do samolotu śmiesznych, lokalnych linii lotniczych i udajemy się do Pretorii. Tu śpimy u kolejnej znajomej-nieznajomej, z trudem wynajmujemy samochód i po trwającej sześć godzin przeprawie docieramy do Kruger National Park, do niesamowitego Londolozi game reserve. Nasz plan na ostatnie trzy dni to 4 safari. Nasza część tego pięknego miejsca to Tree House, domki znajdują się rzeczywiście na wysokości koron drzew, rozpościera się z nich widok na ogromne tereny, tylko kątem oka dostrzegam przechadzające się w oddali słonie. Cała idea tych wszystkich miejsc znajdujących się w parku Kruger to brak płotów i jak najmniejsza ingerencja w życie dzikich zwierząt. Mamy je naprawdę tropić, nie wchodzić im w drogę, nie straszyć ich, a co najważniejsze- jak najwięcej dowiedzieć się o ich życiu. 

Nasz domek jest większy niż nasze mieszkanie w Niemczech, mamy ogromne okna, z których widok zapiera dech, a po ogromnym tarasie przechadzają się małpy. Dostajemy instrukcje żeby zawsze zamykać drzwi i otwierać je tylko na mocne i głośne pukanie- małpy nauczyły się uderzać w drzwi i symulować ludzi. Szybki lunch i pierwsze safari. Najpierw siadamy z naszym rangerem, który tłumaczy nam zasady, poznajemy tropiciela, który będzie siedział na przodzie samochodu i odczytywał ślady i inne znaki. Mamy zachowywać się cicho i absolutnie słuchać wszystkich poleceń. Jestem podekscytowana.

Dopiero na miejscu dowiadujemy się jak niewiele wiemy o afrykańskich zwierzętach, to wszystko co dla mnie nazywa się antylopa, okazuje się mieć tydziąc rodzajów. Dostajemy do ręki lornetki i obserwujemy ptaki, nigdy nie pomyślałabym jak bardzo może to być ciekawe- kolory spotykane tu w buszu są oszałamiające. 

Zaraz za rogiem mieści się staw, w którym wylegują się trzy wielkie hipopotamy, obok nich widzimy krokodyla, z kolei na drzewie obok ogromne pawiany. Minęło 5 minut a ja w niewielkiej odległości widziałam więcej zwierząt niż normalnie spotyka się w ZOO. 

Nasz cel na te dni to zobaczenie wielkiej piątki, czyli pięciu wielkich afrykańskich ssaków: bawoła, nosorożca, słonia, lwa i pantery. To w ogóle brzmi dla mnie nieprawdopodobnie. 

Nasz tropiciel spędził w swojej profesji 26 lat, potrafi ocenić ile dni mają dane ślady, patrzy na ugniecioną trawę i wie gdzie i jakie zwierze nią przeszło, patrzy na wiatr i jakieś inne magiczne rzeczy i wszystko umie ocenić. W nocy natomiast potrafi zauważyć kameleona siedzącego na dalekim krzaku, kiedy ja ledwo widzę czubek własnego nosa. Nasz ranger opowiada nam o swoim trudnym szkoleniu, z daleka dostrzega najróżniejsze ptaki i ma w zanadrzu niezwykle historie. Dowiadujemy się, że drzewa potrafią się między sobą porozumiewać. Serio. Żyrafa skubie jedno z drzew, ono wysyła z wiatrem specjalną substancję, która alarmuje inne drzewa i one potrafią dziwną magią sprawić, że ich liście stają się gorzkie. Skąd wiem że to prawda? Żujemy liście jednego z drzew i po chwili próbujemy inne, które okazują się nie do zjedzenia! Dlatego żyrafy przemieszczają się zawsze pod wiatr- takie spryciule.

Kruger National Park to jeden z najpopularniejszych parków na świecie, największy w RPA (60 km szerokości i ponad 350 km długości), znajdziemy tu wszystko: góry, rzeki, busz i sawanny. 

Nasze pierwsze towarzyszki na ten dzień to antylopy, okazuje się, że popularne jest tu ich kilka rodzajów: impala, antylopa gnu, kudu, kob śniady (waterbuck) i bushbuck. Teraz wiem, że każda z nich wygląda zupełnie inaczej i umiem poprawnie je nazwać. Mój ranger jednak dla pewności porozumiewa się ze mną innym kodem językowym i dorzuca zawsze: dla ciebie to Pumba, Zazoo albo Rafiki. I życie staje się piękniejsze. 

Na pierwszym safari zaliczamy też hieny, niezliczone ilości ptaków, kieliszek wina wśród dzikich zwierząt, a ja na zakończenie trzymam w rękach tego kameleona, którego dostrzegł w ciemnościach Jerry- nasz tropiciel. Wieczorem pyszna kolacja przy świetle lamp oliwnych, nasz ranger je z nami, dzieli się też ze wszystkimi kolejnymi opowieściami nie z tego świata. Idziemy spać w naszym pięknym domku, otoczeni moskitierą, wśród dźwięków dzikich zwierząt. 

Kolejne safari zaczyna się o 5.45 rano, oznacza to pobudkę o  5.15- dzień jednak rozpoczyna się od filiżanki herbaty rooibos i delikatnej przekąski. Wsiadamy do samochodu i wyruszamy. Ledwo przekraczamy rzekę, a inny samochód zawraca nas szybko- w naszą stronę zmierza stado słoni. Ustawiamy się na drugim brzegu i czekamy, po chwili majestatycznie, jeden po drugim, 20 słoni przeprawia się przez wodę. Jakby zupełnie nas nie zauważały taplają się w błocie, sypią się piachem, bawią. Są młode i stare, dzieci i wielkie słonice, wszystko na wyciągnięcie ręki, a obok nas przepiękny wschód słońca. Obserwujemy je przez 1,5h.

Następnie wybieramy się na poszukiwanie lwów, nasz tropiciel widział ich ślady wcześniej. Jeździmy niedaleko innej, wyschniętej rzeki, nagle widzimy słonia, który coś goni. Okazuje się, że to grupa lwów- 2 matki, 5 młodych! Dopiero tutaj rozumiem co to znaczy kamuflaż- lwy leżą może 4 metry od nas, ukryte w wysokiej trawie, a ja nic nie widzę! Za to nasz tropiciel wie dokładnie co i jak. Obserwujemy poddenerwowanie słonie i schowane lwy, później matki odpoczywają, a młode bawią się i dokazują.

Czuję się niesamowicie uprzywilejowana, że tu jestem, że na własne oczy mogę to wszystko zobaczyć, dodatkowo pasja ludzi, którzy się nami zajmują mocniej otwiera nam oczy na to jak mało wcześniej wiedzieliśmy. Kiedy już jesteśmy na drodze do domków, dostrzegamy zawieszoną na drzewie antylopę. Podobno na górę wtargała ją pantera i będziemy szukać jej wieczorem.

Odpoczywamy, siedzimy na tarasie, wyciągam sobie opakowanie czekoladek i obserwuje małpy. Nagle jeden wielki, męski osobnik schodzi z drzewa, patrzy na mnie tak, że zastygam na krześle, zabiera moją czekoladę i odchodzi. Rozpakowuje ją z kartonu, który wyrzuca w trawy, rozprawia się z folią i wcina czekoladę. Teraz trzymam już wszystko co przyniosłam na taras, boję się stracić buty. Pod naszym domkiem z kolei przechadza się zagubiona impala.

Wieczorne safari przywodzi nas w miejsce, w którym widzieliśmy antylopę- nie ma jej jednak na drzewie- jest wśród krzaków i zjada ją wielka pantera. To przepiękne zwierzę budzi respekt, kiedy tylko patrzy ci w oczy- zamierasz- cieszysz się, że jesteś w samochodzie, a nie bezpośrednio obok niej. Obserwujemy jak żeruje, zgniata kości, przerywa skórę. Nagle z krzaków wyłania się jej sześciotygodniowe młode! Przytula się do matki, a ta próbuje uczyć je jeść upolowane zwierzę. Niesamowite doświadczenie, czuję się jakby obok mnie kręcono najlepszy program na National Geographic.

Dajemy im trochę prywatności, ktoś namierzył samca lwa, który nawołuje w poszukiwaniu swojego brata. Po drodze robi się ciemno, nasz ranger pokazuje nam jak przy pomocy gwiazd wyznaczać drogę, w buszu jest tak ciemno i nie ma żadnych zanieczyszczeń, że jak na dłoni widać drogę mleczną, a przez lornetkę z kolei pierścienie Saturna. Nagle w żołądku odczuwam dudnienie, właśnie ryczy lew. Nie bez powodu nazywany królem, jego ryk jeży włosy. Dodajemy gazu, Jerry wie skąd dobiega głos. Lwa odnajdujemy przechadzającego się wzdłuż drogi, nic nie robi sobie ze śledzącego go samochodu- to on tu panuje. 

W drodze powrotnej spotykamy wielkie nosorożce, czy ten dzień mógłby być bardziej ekscytujący? Kolejna kolacja we wspaniałym towarzystwie i przygotowujemy się do ostatniego safari o poranku. 

Myślałam, że nic nie jest w stanie zrobić na mnie większego wrażenia, kolejnego dnia zamykamy jednak wielką piątkę spotykając bawoła i obserwujemy brutalny proces rozmnażania się panter. Dlaczego brutalny? Ponieważ podobno bolesny dla samicy. Samiec przyciska ją do ziemi i w ostatecznym momencie gryzie w szyję. Jako że ciężko z zajściem w ciążę, cały proces powtarzają przez godzinę, co dokładnie pięć minut. Po wszystkim zwierzęta wyglądają na wyczerpane i leżą w trawie z trudem łapiąc powietrze w płuca.

Niestety nie mogę w to uwierzyć, ale to niesamowite doświadczenie dobiegło końca. Czuję się bogatsza. W wiedzę, zrozumienie, historie, to co zobaczyłam- nikt, nigdy mi tego nie zabierze. 

Advertisements