Zawsze sprowadzałam całe Stany Zjednoczone do jednego miasta- Nowego Jorku. Tam 2 razy byłam, w tym mieście się zakochałam. Myślałam żeby może jeszcze odwiedzić LA, ale gdy w rosterze na następny miesiąc zobaczyłam SFO, zupełnie nie wiedziałam co myśleć. Chciałam się wymienić na coś innego, bo lot prawie 16 godzin i w sumie wiem tylko, że jest tam ten czerwony most. Jak bardzo się myliłam. Stany to nie tylko NY, teraz wiem, że muszę zrobić poważną objazdówkę, bo różnorodność to słowo, króre najlepiej definiuje USA, a wiem, że nadal to tylko 2 wielkie miasta, które widziałam. 

W SFO miałam prawie 60 godzin, niestety jednak sam lot trwa 15,5h, co jest dla mnie największą przeprawą. Lubię loty krótkie. Dla większości jednak to co mówię jest śmieszne, bo podróżując po Europie wszystko mamy tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. U nas jednak loty dzielą się na:

-turnaround- czyli w tę i z powrotem, mają mniej niż 4h, trzeba jednak pamiętać, że 2h briefiengu i przygotowania do lotu, boarding, sam lot, czas na ziemi i powrót nierzadko dają 10-12h (mało kto to lubi, bo wracamy mega zmęczeni i cały dzień widzieliśmy tylko samolot i kawałek lotniska przez małe okienko)

-krótkie loty- 5-7h, zaliczamy tu wszystkie loty do Europy i bliższej Azji, czyli np. Tajlandia, lądujemy po nich na tyle ogarnięci, że jesteśmy w stanie wyjść od razu potem do miasta 

-średnie loty- 8-11h, dalsza Azja np. Bali, Japonia; bliższa Australia np. Perth; tu już jest ciężej, bo mamy tylko 30-40 minut przerwy żeby usiąść 

-długie loty >12h, niektórzy wolą zrobić 2 takie loty i mieć wyrobione połowę godzin w miesiącu, ja jednak umieram; przerwa na spanie około 2,5h; 3 serwisy, wydaje się, że lot trwa w nieskończoność, a kiedy już masz dość, zegarek pokazuje, że przed tobą nadal 5h

San Francisco jest bardzo długim lotem, lądujemy około 14, ja zasypiam o 17 absolutnie nieprzytomna i śpię do rana. O 4.30 budzi mnie głód. Plan jest taki, że wynajmujemy samochód i wyjeżdżamy w trasę na cały dzień. O 8 szybkie śniadanie i ruszamy. Na początku wszyscy chcą zobaczyć most, wiadomo- symbol miasta. Jest nadal chłodno, pochmurnie.

Każdy z nas ma jakiś pomysł na to gdzie pojechać, który punkt widokowy jest najlepszy. Ostatecznie zatrzymujemy się ‘z drugiej strony’, czyli z widokiem na miasto. Most jest naprawdę piękny, ten czerwony kolor idealnie kontrastuje z zielenią na wzgórzach. Z daleka widać Alcatraz, najbardziej niedostępne więzienie świata. Podobno w czasach kiedy jeszcze funkcjonowało na otaczających je wodach rozrzucano kawałki ryb żeby przyciągnąć rekiny. Dodatkowo otaczające tę małą wyspę prądy są tak silne, że to właśnie jest naturalną pułapką uniemożliwjającą dostanie się wpław na drugi brzeg. A wydaje się, że to tak blisko i właściwie nawet średni pływak ze spokojem dałby radę.

Dostaliśmy informację, że stąd niedaleka droga do Muir Woods National Monument, czyli jednego z nielicznych już parków obejmujących ochroną ostoję sekwoi wiecznozielonej. Park i jego niesamowita przyroda znana jest również z powodu licznego przedstawiania w filmach, takich jak Vertigo, Gwiezdne Wojny, czy Planeta Małp. Skuszeni tym pięknym opisem i tym, że żadne z nas nigdy nie widziało sekwoi wyruszamy w trasę. Droga wije się przez góry, z powodu wczesnej pory towarzyszy nam też mgła, która bardzo gęsto przykrywa część naszej trasy. Właśnie tutaj zrozumiałam jak bardzo nie doceniałem amerykańskiej przyrody, okazało się przecież, że zupełnie niedaleko od wielkiego miasta znajduje się nie tylko piękny park, ale także zwykle, małe miasteczka ukryte w niesamowitych lasach. Roślinność jest zuepłnie inna niż w Europie, a ja byłam wcześniej bardzo zamknięta na betonową dżunglę.

Po długim spacerze wśród wysokich drzew wracamy do miasta, robi się bardziej słonecznie, a my postanawiamy spojrzeć ma most też z przeciwnej perspektywy. Zatrzymujemy się na o,aży blisko mariny, teraz mamy most nie na tle miasta, ale pięknie zielonych wzgórz. Możemy też bliżej przyjrzeć się Alcatraz. Żałuję, że nie mogłam zaliczyć wycieczki na wyspę i zwiedzić więzienia, niestety nawet 50h to ciągle za mało.

Głodni w końcu docieramy do miasta. Z moich spostrzeżeń wynika, że San Francisco dzieli się na dwie części- tę bardzo nowoczesną, pełną wieżowców i biur, która dla mnie wygląda jak połączenie Sydney i Toronto i część portową, bardziej tradycyjną i pełną turystów. Fisherman’s Wharf, bo o tej dzielnicy słyszy się najczęściej to miejsce mocno nawiązujące do historii miasta. W czasach gorączki złota przybyła tu rzesza Włochów, którzy zasiedlili tę część Kalifornii, mając ogromny wpływ na chociażby obecna kuchnię tego rejonu. Kuchnia ta jest połączeniem amerykańskiej kuchni fast food i tradycyjnych włoskich receptur. Najpopularniejsze danie, które również udało mi się spróbować, to clam chowder- gęsta zupa o rybnym smaku. Mamy tu też mnóstwo owoców morza, szczególnie wielkie kraby, ale takż ty włoskie makarony. Sama dzielnica wygląda świetnie- mnóstwo tu nawiązań do historii tego miejsca, restauracje otoczone są portem pełnym różnego rodzaju łodzi, a po ulicach jeżdżą stare tramwaje- repliki tych, które oryginalnie poruszają się po Mediolanie. 

Dzień powoli się, kończy a przed nami jeszcze 2 rzeczy, które trzeba zrobić odwiedzając to miasto. Kojarzycie filmy, w których szybkie samochody zjeżdżają z bardzo stromych ulic miasta przy okazji uderzając tyłem o asfalt? Lombard street, bo o niej mowa to jedna z wielu  radzi stromych ulic w SFO. Generalnie mam wrażenie, że aby dostać obywatelstwo należy skończyć tu kurs wspinaczki. Żadna droga nie jest tu płaska, a mi w dodatku wydaje się, że zawsze idę pod górkę. Mamy samochód- musimy więc zjechać też najbardziej poskręcacą częścią w tej dzielnicy, czyli Russian Hill! Polecam wszystkim, bo widok po prostu zapiera dech.

Ostatni punkt programu to murale na ulicy Ballmy Alley. Kocham sztukę uliczną, a póki co największe wrażeni zrobiło na mnie graffiti w Melbourne, mocno naciskam więc żebyśmy mimo szybko zachodzącego słońca pojechali również zobaczyć murale. Nikt nie żałuje tej decyzji. Ta mała uliczka jest najbardziej wypełnioną sztuką częścią San Francisco, data powstania najwcześniejszych murali sięga lat siedemdziesiątych, autorami zaś są dzieci z lokalnego Child Care Center. Murale znane są ze względu na swoją tematykę- protest lokalnej społeczności przeciwko działaniom rządu USA skierowanym przeciwko rdzennej ludności Ameryki Centralnej. Najnowsze prace odnoszą się do rasistowskich interwencji policji, dają wyraz niezadowolenia artystów i mieszkańców z szykanowania i marginalizacji części społeczeństwa. Tu nie ma wielu turystów, a ja uważam, że to najlepsza część mojej przygody z San Francisco. 

Advertisements