Pojawił się grafik na maj, dużo lotów do Düsseldorfu i gdzieś między nimi SEA czyli Seattle. W sumie miałam większą ochotę na Nowy Jork więc próbowałam się wymienić. W naszym systemie szukam ludzi, którzy w tych samych datach mają JFK i wysyłam ‘swap’. Jako że wymiany mają za sobą tysiące legalności takich jak ilość osób mówiących w danym języku, stosunku mężczyzn do kobiet, zmian stref czasowych, odpowiednich godzin i innych nikomu nieznanych zasad- czekam aż system sprawdzi czy mogę się wymienić. Nagle przy każdej osobie wyskakuje mi okienko- ‘you can not swap deadheading duty’. Trochę zdziwiona, że wszyscy mają deadheading, próbuję dalej. W końcu uświadamiam sobie, że to nie oni tylko ja! Czym jest deadheading? To przelot, w jedną ze stron jako pasażer (w miarę możliwości w klasie biznes) i operowanie jako crew drugiej części lotu. Żyć nie umierać jak to mówią. Okazuje się, że jako pasażer lecę do Seattle, a wracam do Dubaju już pracując. Czyli ląduję na miejscu wypoczęta! 

Jak to wszystko wygląda? Dzień przed lotem dostaję maila, że to nie tylko ja sama, ale cała załoga 16 osób leci tak jak ja i wracamy nowym lotem do Dubaju. Wszyscy w uniformach spotykamy się w standby lounge, czyli tam, gdzie normalnie czekamy będąc na tak zwanej rezerwie. Przy okazji mogę dodać, że każdy przynajmniej raz w roku dostaje miesiąc rezerwy. Oznacza to, że nie ma się z góry przydzielonych lotów na cały miesiąc, ale codziennie o 18:00 dostaje się informacje o następnym dniu. Można trafić na home standby, czyli trwające 8 godzin oczekiwanie pod telefonem w domu, z do połowy wykonanym makijażem i otwartą walizką, czekając na instrukcje, czy wrzucać do niej strój kąpielowy, czy raczej kurtkę przeciwdeszczową. Druga opcja to airport standby, czyli właśnie czterogodzinny pobyt we wspomnianym standby lounge, z walizką pełną ubrań na każą okazję. Nigdy nie wiesz czy dostaniesz Turnaround do Kuwejtu, czy siedmiodniowy trip: Bangkok, Sydney, Auckland, Brisbane. Ja jednak nie jestem na rezerwie, spotykam się z resztą crew i sprawdzamy czy każdy ma w bagażu podręcznym rzeczy na przebranie. Dostajemy bilety do klasy biznes, mały busik przewozi nas na lotnisko. Na pokład wchodzimy po tym jak operująca załoga sprawdzi bezpieczeństwo na pokładzie, przebieramy się w cywilne ubrania (bo inni pasażerowie nie lubią widzieć crew na siedzeniach pasażerów w uniformach- czują, że to nie fair, że oni musieli zapłacić- serio!). Czeka mnie 14 godzin oglądania filmów, spania, jedzenia całkiem nezłych dań i generalnie rozkoszowania się tym, że tym razem to nie ja serwuję jedzenie z tyłu! 


Po 14 godzinach stwierdzam, że czas mija dużo szybciej mając coś do roboty.. współczuję teraz każdemu kto musi tak długa siedzieć w jednym miejscu. Przy okazji zrobiłam rozeznanie i Seattle zapowiada się nieźle, w sumie trochę wstyd, że chciałam je wymienić na NY, w którym już 2 razy byłam. Docieramy na miejsce, różnica czasu (11h) boli bez względu na wszystko. Nie poddaje się jednak i ruszam prosto do miasta. Mój plan to zejść w dół stromych ulic, prosto do portu, z którego odpływają promy, potem przejść wzdłuż miasta prosto do Space Needle i muzeum szkła.

Czy mówiłam już, że jestem największą fanką Grey’s Anatomy (Chirurdzy) wszech czasów. Nie ominęłam żadnego odcinka, obsada jest jak moja rodzina, w końcu towarzyszą mi od 12 lat, a pierwsze 5 sezonów obejrzałam 3 razy. Mój ukochany Derek Shepherd zawsze mówił – ‘I have a thing for ferryboats’, a (uwaga spoiler) zginął zaraz po odbyciu ostatniej wycieczki promem na Bainbridge Island. Nie omieszkałam mocno inspirować się wszystkim związanym z tym serialem podczas dobierania miejsc do odwiedzenia.


Okazuje się, że ulice obok mojego hotelu są tak strome jak te w San Francisco. Zejście do portu jest ok, ale już wiem, że przed powrotem powinnam udać się jeszcze na jakiś kurs wspinaczki wysokogórskiej. Praktycznie zbiegam prosto przed promy, ale żeby złapać jeszcze trochę z dnia decyduję, że popłynę na drugą stronę jutro. Mijam mnóstwo knajp z owocami morza, koło widokowe i uliczki pełne budynków z pięknej czerwonej cegły. To co na Google Maps wygląda na krótki spacer to praktycznie 2 km w jedną stronę- nie jestem najlepszym nawigatorem, mam nadzieję, że zdążę wrócić przed totalnym zmrokiem. Do wjazdu na Space Needle ciągnie się długa kolejka Azjatów- nie jestem aż tak zdesperowana. Zaplanowałam sobie natomiast Chihuly Garden and Glass- muzeum pełne wielkoformatowych, szklanych rzeźb. Niesamowite, podzielone na tematy (morze, ogród, żyrandole) kolorowe, szklane wytwory ukryte są w zupełnie ciemnych pomieszczeniach, albo wśród żywych kwiatów w otwartym ogrodzie. Jak to zwykle w Stanach bywa muzea mają swoje konkretne ceny, czyli około dwudziestu dolarów, mi jedna, bardzo się podobało.

Uświadamiam sobie, że nie jadłam od wielu godzin, łapię wifi i szukam najlepszej knajpy z owocami morza w mieście, wyskakuje mi The Brooklyn Seafood, Steak & Oyster House. Jak zwykle ludzie dziwnie patrzą na mnie, że idę do restauracji sama- zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Proszę o miejsce przy długim stole okalającym kuchnię, gdzie na oczach klientów uwijają się w pośpiechu kucharze. Przynajmniej mam co robić, bez towarzystwa, ale z doskonałym widokiem, rozmawiam z szefem kuchni, który jak w telewizyjnych programach kulinarnych niewiele gotuje, więcej za to nadzoruje i wymyślne ustawia wszystko na talerzach. Zamawiam coś czego nazwy nie pamiętam, ma w sobie jednak halibuta, łososia, krewetki, mule i kalmary- prawdziwa gratka dla fanów owoców morza. Do tego wszystkiego lampka białego wina i z knajpy wychodzę nie tylko z pełnym brzuchem, ale też szczęśliwsza i gotowa do spania. Zapomniałam jednak, że przede mną jeszcze wspinaczka do mojego hotelu. Nie zakupiłam jednak odpowiedniej liny, haków i czekanów, dlatego muszę przystawać co przecznicę, udając, że wiążę buty, bo mijający mnie lokalesi, mimo braku ekwipunku, jakoś bardziej przygotowani.

Jak to zwykle z jet laggiem bywa, budzę się o 5 rano. Nie ma szans na dalsze spanie, krótki skype, kąpiel i na prom. Derek (to ten od Meredith z Chirurgów, Patrick Dempsey- panie wpiszcie sobie w Google image to chociaż wam poprawi dzień) płynął na Bainbridge Island to ja też proszę o bilet właśnie tam. Promy są całkiem konkretnie wielkie, w sumie widziałam inne tylko w Świnoujściu więc powinnam być obeznana. Widok na miasto jest najlepszy, wszystko oszklone, podesty, tarasy, a wyspa, na którą dopływamy zielona i piękna. 


Następny punkt programu to sławny Pike Płace Market. Ciężko mi dotrzeć na miejsce, bo po drodze pełno antykwariatów i wielkich sklepów ze starociami. Mam ochotę kupić wszystko, od sukienek z lat 60-tych, przez gazety Playboy z lat 50-tych, lampy, plakaty, obrazy, tylko walizka niestety za mała. Pike Place to częściowo ukryty w starych, fabrycznych budynkach, częściowo otwarty market pełen stoisk ze świeżym rybami i kwiatami, a także sklepików z jeszcze większą ilością staroci, książek i innych niesamowitych rzeczy. Na przeciwko ciągnie się kolejka na milion osób do pierwszego Starbucksa, a ja kupuję organiczne kosmetyki i żałuję, że właściwie wszystko czego chcę jest właściwie nie do przewiezienia. 


Z marketu łapię autobus do Boeing Museum of Flight. W Seattle mieści się fabryka Boeinga, a muzeum to prawdziwa gratka nie tylko dla każdego, kto chociaż trochę jest związany z lotnictwem. Po drodze mijamy niekończące hangary i budynki, które opatrzone są logo Boeing. Domyślam się, że musi to być miejsce pracy dużej części mieszkańców, dodatkowo to kolejne w tym mieście doskonale muzeum, które zapewnia rozrywkę pod dachem, nawet gdy ciągle tu pada. Muzeum podzielone jest na kilka części. Pierwsza część to zadaszona, ale przeszklona hala pełna samolotów. Mamy tu pierwsze samoloty braci Wrightów, niesamowite konstrukcje sprzed lat, ale także wojskowe myśliwce i wszystkie inne latające wymysły. Jest też stworzona na potrzeby muzeum wieża kontroli lotów, w której można zobaczyć najróżniejsze przyrządy i pomiary. Wiecie, że kontroler lotów to jeden z najbardziej stresujących zawodów świata? Ustawianie kolejności startów i lądowań tak, aby nie doszło do najmniejszej pomyłki, która może być tragiczna w skutkach, oznacza, że kontrolerzy muszą robić sobie przerwy po 30 minutach tak intensywnej pracy.


Kolejne dwie części muzeum znajdują się obok siebie. Jedna z nich to dział Boeinga, czyli pierwsze rysunki, plany, a także projekty silników, czy skrzydeł, a także ewolucja logo i samej marki. Druga to przeciekawy zbiór samolotów z Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej. Bardzo żałowałam, że nie mogłam tu zabrać mojego taty- zapalonego czytelnika wszystkich książek o wojnie, jestem pewna, że oglądanie tych wszystkich pełnowymiarowych samolotów walczących po obu stronach konfliktu byłyby dla niego spełnieniem marzeń. 

Opowieści o rozwoju lotnictwa i samolotów prowadzą nas naturalnie do tematu lotów kosmicznych i temu właśnie poświęcona jest kolejna część muzeum. Prawdziwej wielkości rakieta, filmy o katastrofach Challengera, informacje o tym jak w kosmosie używana jest woda, a obok tego wszystkiego pasjonaci budujący modele R2D2. 

Jednak największe wrażenie zrobił na mnie hangar pełen prawdziwych, obecnie używanych samolotów, do których można było wejść i wszystko sobie pooglądać. Mamy tu Concorde, 747 i 787, a co najbardziej ciekawe dla mnie- prawdziwego Air Force One używanego przez trzech prezydentów z Kennedy’m na czele. Na zakończenie muzealny sklep pełen gadżetów Boeinga i moje życie stało się piękniejsze!

Advertisements