DXB-ZHR-CPT

Ciężko się skupić jeśli za 12 godzin ma się lot do domu, którego nie widziało się od 7 miesięcy! Tęsknię za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, grami planszowymi, znanymi miejscami, za domową kuchnią i zapachem chleba. 

Nie da się jednak zaprzeczyć, że mam teraz przygodę swojego życia, a ten post poświęcony jest dwóm przepięknym miejscom. Może jeszcze Zurych jest w miarę blisko i bardzo osiągalny, ale Capetown(Kapsztad) to w sumie kawał drogi!

Postaram się bardzo mocno skupić, bo należy wam się dobry post przed moim urlopem!

DXB-ZHR

Nie myślcie, że tak niewiele latałam w tym miesiącu! To nie tylko te 2 miejsca mam za sobą. Były też loty back to back, był Londyn bardziej prywatnie, bo spotykałam się ze znajomymi i krótki urlop w Düsseldorfie (❤️). I wydarzył się też Zurych- lot, o który ‘bidowałam’. Co to oznacza? Zawsze miesiąc wcześniej otwiera się dla nas na tydzień taka magiczna opcja na naszym portalu jak BID- czyli obstawianie jakie miejsca chciałoby się odwiedzić. Można wybrać kraj, miasto, określony lot. Ja chciałam dostać Düsseldorf, Zurych i Capetown. Jak widać chcieć to móc, bo wszystko dostałam. 

Lot do Szwajcarii to czysta poezja, pasażerowie tak poukładani, że taca po posiłku wygląda prawie tak porządnie jak przed, mili, niewymagający i w dodatku gadatliwi! Docieramy do hotelu wieczorem, postanawiam porządnie się wyspać i wyruszyć do miasta z samego rana. 

8 rano, na lotnisku ogarniam bilet całodobowy, wsiadam w pociąg i zaraz jestem w centrum. Wita mnie piękny, stary dworzec i przyjemna, słoneczna pogoda.

A plan wycieczki miałam bardzo konkretny (tu podziękowania dla przyszłej teściowej), kieruję się prosto na długą ulicę, która ciągnie się aż do jeziora. Po drodze mijam tysiąc miejsc, w których kulić można zegarki albo czekoladę (człowiek nie ma wątpliwości z czego znana jest Szwajcaria), małe uliczki pełne markowych sklepów i niemarkowych sklepików. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to Rituals- moja ulubiona marka z kosmetykami do kąpieli, którą polecałam w poprzednim poście! Mają nowy zapach pianki do kąpieli, już jestem szczęśliwa. Z małym, ale owocnym zakupem, zupełnie się nie spiesząc idę w stronę jeziora. Pełno tu dobrze ubranych ludzi w kawiarniach, rowerów i doskonałych witryn sklepowych, których jestem fanką (w poprzedniej pracy po części zawsze interesował mnie visual merchandising). 

W końcu docieram nad jezioro, pogoda robi się coraz ładniejsza, kupuję bilet na 1,5 godzinną podróż łodzią. Siedzę z przodu w części niezadaszonej i rozkoszuję się wiatrem- tego nie doświadczy się przy obecnym upale w Dubaju. Na jeziorze pełno małych łódek. Ludzie opalają się, albo czytają książki, my płyniemy powoli, mam czas podziwiać przepiękny widok na Alpy. Wszędzie jest zielono, a to co podoba mi się najbardziej, to że wszystkie domki są białe, wpisują się w krajobraz, w ogóle jest tu jakoś tak  czysto i spójnie.

Zrelaksowana zmierzam w dalszą część mojej trasy, idę coś zjeść (mega tu drogo) i potem z powodu wcześniejszego polecenia wiem, że mam przed sobą dobry sklep na zakupy spożywcze. Nie ma co się śmiać- w takim miejscu to obowiązkowy punkt programu! Wino, parmezan, szynki, salami, chleb- to są poważne sprawy, na które zawsze znajdzie się miejsce, nawet w najbardziej zapełnionej walizce!

Teraz spacer po drugiej stronie rzeki w stronę dworca. Tu jest mniej nowocześnie, bardziej czuć ten klimat starych europejskich miast. Są łódki na rzece, stare wieże zegarowe, kawiarnie, kamienice. Nie umiem tego opisać, ale to miasto jest takie spokojnie piękne.

DXB-CPT

O Capetown(będę je nazywać właśnie tak, a nie Kapsztad) słyszałam już tyle od mojej przyjaciółki, że nie wierzyłam jej, że jakieś miasto może łączyć w sobie widoki, przyrodę, hipsterskie miejscówki, doskonałe jedzenie i wszystko co najlepsze w jednym. A jednak.

Jeśli zapytacie na swoich lotach o najpiękniejsze miejsca, które odwiedziła dana stewardessa- gwarantuje wam, że 70% odpowie Capetown. I ja właśnie dołączyłam do tego klubu!

Tym razem lądujemy o 11 przed południem, szybki prysznic i o dziwo z grupą 4 innych dziewczyn(pamętajcie, że zazwyczaj z powodu lenistwa innych zazwyczaj podróżuję sama) i naszym miejscowym kierowcą ruszamy na podbój miasta! Przed nami Table Mountain czyli Góra Stołowa- jeden z  oficjalnych 7 nowych cudów świata. Te góry są takim zwieńczeniem tego miasta, widać je zewsząd, są z jednej strony pełne roślinności, a z drugiej bardzo surowe. Wjeżdżamy na szczyt.

Widok jest absolutnie oszałamiający, a dodatkowo pogoda jest idealna. Przed nami całe miasto, port, ocean, skały, rośliny.. No wow..

Spędzamy na szczycie zdecydowanie więcej czasu niż zamierzaliśmy, z tym widokiem ciężko się rozstać. A przed nami tyle planów- Przylądek Dobrej Nadziei i pingwiny!

Zjeżdżamy na dół, ja już zostałam kupiona, nie potrzebuję w sumie więcej. Nasz przewodnik okazuje się przemiłym gościem, opowiada nam o nieciekawej sytuacji politycznej, o biedzie panującej na przedmieściach, o tym jak obowiązkiem jest tu mieć w domu braai(taki wypasiony grill, bez którego oni nie umieją żyć), o winiarniach w okolicy, o tym jak tu tanio, że nigdy nie widział śniegu. 

Stoimy w korku o wiele za długo, nie zdążymy na Przylądek Dobrej Nadziei- ok zaliczę go następnym razem, chcę zobaczyć pingwiny! Chyba pierwszy raz w życiu, nie przypominam sobie ich w żadnym zoo, dodatkowo te są charakterystyczne dla tego miejsca, mają takie różowe plamy pod oczami.

Nie wiedziałam, że pingwiny tak głośno krzyczą! Dodatkowo wcale się nas nie boją i po prostu przechadzają się po skałach i plaży. Selfie z 🐧, podziwiamy plażę i zazdrościmy ludziom, którzy mają tu swoje domy. 

Wracamy niesamowitą drogą, która kręci się nad skalistym wybrzeżem. Pięknie po prostu. I widok na miasto i na góry i plaża i słońce i wszystko jest tu na miejscu.

Potem jeszcze wielki stek z pieczonym ziemniakiem i zostałam absolutną fanką tego miejsca numer jeden! Nie mogę się doczekać wakacji w Lutym!

Advertisements

Jak wyglądać ładnie przez 15 godzin?

Od razu uprzedzam panów, którzy zabierają się za czytanie- ewakuacja, będzie super nudno!

Drogie panie! Makijaż- obowiązek, konieczność, przyjemność? Moja praca spowodowała, że w wolne dni nauczyłam się wychodzić do ludzi zupełnie bez makijażu. I przyznam wam szczerze- przestałam się tego wstydzić. Ale dowiedziałam się też z rożnych źródeł jak lepiej dbać o cerę (chociaż specjalistką nigdy nie będę, dlatego też moje porady traktujcie jako złote myśli pewnej stewardessy!). 

Z czym kojarzy się nam Emirates? Z czerwonym nakryciem głowy z białą woalką i z czerwoną szminką oczywiście! Dlaczego ta pomadka jest tak ważna? Bo nawet w najgorszy dzień rozpromieni każdą buzię, nada jej elegancji, spowoduje, że zęby będą wydawać się bielsze a makijaż bardziej skończony. Zgadzacie się? Czasem wystarczy tylko szminka i już jakby większa gotowość na wieczorne wyjście i szanse na zapoznanie kogoś też jakoś rosną. 

Ja zawsze lubiłam eksperymentować z makijażem, zawsze jednak stawiałam na oczy- dlatego przyjechałam zaopatrzona w cienie do powiek, eyelinery i ulubiony tusz do rzęs. Pomadka? To była dla mnie zupełna nowość! Jak ją dobrać żeby trzymała się tyle godzin? Jak pielęgnować usta przesuszone wielogodzinnym przykryciem przez grube warstwy szminki? Tego musiałam się dopiero nauczyć. 

Pielęgnacja

Od czego by tu zacząć? Trochę od końca, czyli od demakijażu. Skórę najpierw trzeba przygotować, oczyścić. Mój ulubiony produkt do demakijażu to żel micelarny Sephory. To moje 3 opakowanie i nie saądzę żebym zdecydowała się na zakup czegoś innego. Próbowałam płyny micelarne- czułam, że moja skóra jest przesuszona, mleczka- zbyt tłusta. Ten żel z kolei jest dla mnie idealny! A cerę mam raczej suchą, delikatną i skłonną do zaczerwienienia, dodatkowo mam bardzo delikatną skórę na powiekach, na którą zwracam szczególną uwagę. 

Po zmyciu makijażu czas na toner- mój z bambusa kupiłam w Hongkongu (zawsze chciałam tak mówić: to kupiłam w Paryżu a tamto w Bangkoku i w końcu przy tej ilości nowych krajów zaliczonych w ciągu jedno miesiąca- mogę 🙈). Ten toner pozwala mi poczuć, że make up jest na pewno zmyty, a skóra gotowa na pielęgnację. Dodatkowo jeśli pojawiają się jakieś wypryski polecam olejek z drzewa herbacianego z The Body Shop. Jest dość ostry, trzeba więc uważać żeby nie przesadzić z ilością, ale nie pozwala on niedoskonałościom na pojawienie się 😉

Wszystkie te produkty są w “normalnych” cenach, żel to około 80 zł, olejek 60zł, a toner szczerze mówiąc nie pamiętam, ale chyba około 30zł.

Najważniejsze dla mnie produkty czyli serum i krem do twarzy. Dlaczego najważniejsze? Po pierwsze tak jak wspominałam moja cera sama z siebie jest sucha, a po drugie nie pomaga jej powietrze w samolocie (poddawane presuryzacji, mniej bogate w tlen). Po długich poszukiwaniach znalazłam Hydrabio Serum z Biodermy (ok 165zł) oraz mój ukochany krem do twarzy Kiehl’s (kupiony na duty free za 100zł). Nawilżanie twarzy to w tej pracy podstawa! Przesuszające warunki na pokładzie samolotu, ciężki makijaż, mało snu i nieregularny tryb życia powodują, że skóra aż prosi o dobry krem.

Niestety zawsze miałam problem z widocznymi porami na nosie- teraz pomagam sobie plastrami kupionymi w Hongkongu i balsamem Porefessional z benefitu! Dodatkowo moja ukochana marka Rituals (najszczerzej polecam ich pianki do kąpieli!!!) dorzuciła mi ostatnio do zakupów krem z filtrem do twarzy- niby w innych moich kremach też są filtry jednak przy tym natężeniu słońca jakie jest w Dubaju może rzeczywiście przydaje się dodatkowa ochrona?

Pielęgnacja dotyczy jednak nie tylko twarzy! Usta- mój odwieczny problem to przesuszone, pękające usta. Najlepszy, niepowtarzalny i jedyny lek na tę przypadłość to Lucas Pawpaw Ointment z Australii (20zł). Niezrównany w nawilżaniu zarówno ust jak i przesuszonych dłoni! 

Do rąk polecam krem o zapachu białej herbaty z Woolworths. Dostałam go w prezencie od przyjaciółki z RPA- przepiękny zapach i nawilżenie szczególnie skórek wokół paznokci (wszyscy pracujący w sklepach, restauracjach czy na pokładzie wiedzą jaka to udręka utrzymać ręce w dobrym stanie, a jednak cały czas są one na widoku).

Stopy- cały czas w niezbyt wygodnych butach, dużo stania, dużo chodzenia w obcasach. Beautybird wyprodukowało jednak krem do zmęczonych stóp, który przyjemnie chłodzi. Koniecznie nakładaj przed spaniem, warto też schować stopy pod kołdrę, bo daje uczucie zimna;)

Podkład

Zmyliśmy makijaż z poprzedniego dnia, nałożyliśmy wszystkie kremy wieczorem, nakładamy teraz kremy rano (załóżmy, że o dziwo lecimy w normalnych godzinach) i czas na podkład. Jest on obowiązkowy dla stewardessy- pozwala przykryć zmęczenie i zapewnia świeży wygląd przez długi czas. Ja jestem wierna polskiej marce Inglot, Perfect Coverup Foundation to mój wybór numer jeden! Wiele dziewczyn pyta mnie co stosuję, bo podkład utrzymuje się długo, a nie wygląda jak maska. Przyznaję, że przy następnej wizycie w Polsce czas na zmianę koloru, jednak dubajskie słońce robi swoje i twarz nabrała rumieńców.

Koszt to około 80 zł, nakładam go zawsze gąbeczką. Teraz akurat jestem w posiadaniu Beauty blender (promocja w Sephorze 2 w cenie 1), ale używałam też gąbeczek z Inglot i nie widziałam różnicy.

Korektor i puder 

Oczy zostawiam zawsze nietknięte podkładem, moja skóra jest za delikatna, podkład zawsze za ciężki. 

W Dubaju odkryłam Benefit- chodzę tu do Browbaru gdzie robią mi brwi i tam pokazali mi na co ich stać. Korektor Boiing to cudowny kosmetyk dla każdego z tak zwanymi ‘worami pod oczami’! Nakładam go palcem, a potrafi zdziałać cuda. Koszt to około 100 zł, ale przyznam, że jest niesamowicie wydajny! Wcześniej używałam Inglota, którego nadal lubię, jednak to Benefit skradł moje ❤️!

Na zdjęciu obok korektora znajduje się puder- również Benefit, jakieś 170 zł, wygodny, kompaktowy, dobrze kryje!

Oczy

To moja ulubiona część makijażu. Mam wiele paletek, ale polecę wam te, którymi wykonuję make up do pracy, czyli obowiązkowo w odcieniach brązu i nude.

Paletka Pupa- prezent świąteczny. Cały czas boję się, że się skończy, a nigdzie nie mogę tej przeuroczej paletki w kształcie kota znaleźć! Idealny brąz i rozświetlający beż do wykańczania kącików oczu! Dodatkowo różowy błyszczyk, który ratuje jeśli zapomnimy pomadki nawilżającej.

Mój drugi niezbędnik to paletka z Sephory (129zł). Używam jej zarówno do brwi jak i do oczu, naturalne brązy i to co widać po zużyciu tego koloru- moje ulubione rozświetlenie oka w postaci świetlistego beżu. 

Wyżej obok korektora Inglota możecie też zobaczyć cień do powiek kupiony w Bangkoku w kształcie makaronika! Kolor nazywa się Earl Grey i jest idealnym wypełniaczem całej powieki! Szukałam go w tym samym miejscu, kiedy w Bangkoku byłam po raz drugi i nie mogłam znaleźć:(

Pędzle mam różne, ale nic wam polecać nie będę, bo ulubionych jeszcze nie znalazłam (może wy macie ulubione?)! Za to gimme Brow z Benefit to idealny ‘uzupełniacz’ do brwi- powoduje, że wydają się one gęstsze i nie widać żadnych prześwitów pomiędzy włoskami.

Eyeliner i tusz

Mój ukochany tusz i eyeliner są marki YSL. Oba z linii Babydoll, eyeliner ma przeciekawy kolor, w świetle wydaje się delikatnie zielonkawy.. Niestety wymagany w naszych liniach jest czarny, dlatego dla bezpieczeństwa stosuje ten od Make Up For Ever. 

Usta

Absolutny znak rozpoznawczy w moich liniach lotniczych- czerwona pomadka! Musi pasować kolorystycznie do gumki, którą nosimy na naszych równie charakterystycznych kokach i do czerwonego nakrycia głowy. 

Wiele dziewczyn używa pomadki Mac (Russian Red i Ruby Rue)- ja jednak uważam je za mało trwałe. Lubię kiedy moja szminka wytrzymuje kontakt z jedzeniem i nie muszę uzupełniać jej co 2 godziny. Dodatkowy atut to matowe wykończenie. Najlepiej sprawdzają się tu pomadki Sephory i Urban Decay. Obie trzymają się z założenia 8h, łatwo się rozprowadzają, szybko wysychają na ustach nie zostawiając czerwonych śladów na zębach i każdej szklance, z której piję.

Makijaż prawie gotowy- warto na zakończenie nałożyć puder mineralny No-Sebum od Innisfree czyli mojej ulubionej koreańskiej marki kosmetyków. Twarz w okolicach nosa i czoła przestaje się świecić nawet w 60stopniowym dubajskim upale!

Kompaktowo

A jeśli czasami nie mamy ochoty zabierać ze sobą 2 ton kosmetyków polecam kompaktowe paletki ze wszystkim co potrzebne (moja od Clarins) i miejsca w torbie jakoś więcej i nie trzeba wszystkiego szukać po 19 kosmetyczkach!

Maseczki do twarzy 

Makijaż znów zmyty, skóra gotowa do spania, jednak raz na jakiś czas warto dać jej podwójną dawkę witamin i nawilżenia w postaci maski do twarzy. Oczywiście najlepsze te koreańskie, tanie a doskonałe! Awokado, masło shea, wyciąg ze ślimaka- nic nie jest mi już obce, a skóra po 20 minutach takiej kuracji to jak to mówią- jak u niemowlaka!

Co serwują na pokładzie Emirates?

Nie wiem jak wy, ale ja zanim zaczęłam pracę w Emirates raczej nie latałam takimi liniami. Zdarzyło mi się lecić polskim LOTem do Nowego Jorku i na pokładzie podali mi tosta z kurczakiem i serem. No i wodę i jakiś batonik. I to tyle. W tanich liniach to nawet chipsy kosztują fortunę także raczej trzeba przecierpić te kilka godzin, albo zjeść coś na lotnisku. Jednak w Emirates jest inaczej.

Najkrótszy lot to Doha- jakieś 40 minut, czyli ledwo się wzbijesz, już musisz lądować. Pewnie nie spodziewałbyś się posiłku- a jednak! Loty, które trwają mniej niż godzinę to kanapki, ciasta, przekąski, wszystko zapakowane, żebyś jakby co zabrał to ze sobą. 

Ciekawej zaczyna się na lotach dłuższych niż godzina, ale krótszych niż dwie. Tu do dyspozycji mamy ciepły posiłek. Serio! Tylko jedna opcja do wyboru, ale jednak full wypas. Do tego wybór soków, napojów gazowanych (pepsi, 7up, ginger ale, woda sodowa, tonic). 

Jeśli jednak wybierasz się w dłuższą podróż czeka cię cała gama specjalnie wyselekcjonowanych posiłków. Przed startem, albo chwilę po nim dostajesz menu, a w nim informację ile i jakie dania będą serwowane, jakie przystawki i deser będą podawane dla wszystkich, oraz 2 opcje gorące (śniadanie, lunch, obiad). I co najciekawsze te potrawy nie powtarzają się na każdym locie, a wybór jest ogromny i dopasowany do miejsca, do którego lecisz. 

Ach zapomniałam dodać, że menu możesz sprawdzić też przed lotem. Na stronie internetowej pod twoją rezerwacją znajdziesz informacje o: menu, dostępności wi-fi, telewizji na żywo. Dodatkowo oczywiście w każdym samolocie masz ogromny wybór filmów (nawet niedługo po światowych premierach), a także tych w oryginalnych językach (są tu jakieś polskie filmy, ale też hity bollywoood). No i jeszcze możesz wykonywać połączenia telefoniczne między siedzeniami jeśli na przykład nie udało ci się zarezerwować miejsc blisko twojego towarzysza podróży.

Wróćmy jednak do menu, tu mały przykład mojego, kiedy leciałam jako pasażer do Düsseldorfu:

Co my tu mamy? Lot trwa 6,5h a serwują 2 posiłki. Śniadanie zaraz po starcie to continental breakfast czyli na zimno. Zapomniałam obfotografować, ale były tam owoce, ser, pomidory i rogalik z dżemem. W sam raz żeby coś przekąsić przed snem. Przed lądowaniem z kolei pojawia się lunch. Tu już mamy gotową tacę z przystawką w formie sałatki coleslaw z orzechami oraz deser, czyli mus o smaku czekoladowego ciastka. Do tego do wyboru dwa dania:

1) Grillowany kurczak serwowany z zieloną fasolką, podawany z duszonymi ziemniakami w sosie z ziół

2) Baranina w sosie pieprzowym serwowana z ryżem basmati i sezonowymi warzywami

Warto zaznaczyć, że wszystkie posiłki serwowane na pokładzie są halal, co oznacza, że nigdy nie znajdziemy tu wieprzowiny, zwierzęta zabijane są w odpowiedni dla Muzułmanów sposób, żadna potrawa nie zawiera też alkoholu. Dodatkowo przy zakupie biletu jest możliwość zamówienia posiłku specjalnego. Także jeśli jesteś wegetarianinem, nie jesz glutenu, jesteś na diecie, a nawet po prostu lubisz jeść owoce morza- na pewno znajdziesz coś dla siebie! 

Wybrałam kurczaka, bo wolę ziemniaczki niż ryż, którego ostatnio jem w nadmiarze!


Co my tu mamy? Od góry i od lewej: deser, sałatka, kubek do kawy/herbaty + woda, bułeczka, ciepłe danie, sztućce (normalne, a nie żadne plastiki!) a po środku zamknięty w plastikowym pudełku zestaw małego głodomora: krakersy, masło, czekoladka, dip salsą, kiri- możesz zjeść teraz, albo zostawić na potem).

Zaraz po podaniu jedzenia kolejna osoba z załogi podchodzi do nas z wózkiem z barem, tam można wybrać sobie sok, inny zimny napój, albo alkohol, którego całkiem tu spory wybór! Polecam białe wino z Nowej Zelandii Wild Rock.

Potrawy dopasowane są do europejskiego podniebienia, mamy delikatne sosy, sezonowe warzywa. Jeśli akurat będzie to poranny lot to dostaniemy ciepłe śniadanie czyli na przykład jajecznicę lub omlet. Sprawy mają się inaczej przy kierunkach azjatyckich. Tam będzie jedna pozycja bardziej europejska, a druga to noodle albo ryż plus ryba. Dodatkowo kiedy nie podajemy posiłków zawsze można poprosić o cup noodles. Z kolei loty do Indii to śniadania, których nazw nie potrafię wymówić, dużo tam aromatycznych przypraw takich jak curry. 

A jak wyglądają klasa biznes i pierwsza? Miałam okazję lecieć w biznes. Tam na początku serwują szampana, przy fotelu z kolei czeka menu z listą oferowanych drinków czy wyciskanych soków. Wybór przystawek, dań głównych i deserów, a wszystko wygląda jak serwowane w najlepszej restauracji. Selekcja win z różnych stron świata, ciepłe rogaliki na śniadanie, gorące czosnkowe bułeczki..

No nie pozostaje wam nic więcej jak kupić bilet i samemu się przekonać. Ja na pewno podam wam ten posiłek z uśmiechem na ustach, a i wino dobiorę odpowiednie do potrawy 😉

MRU + HKG + DUR

Przyznaję- trochę mnie nie było znów! Ale jak tu pisać posty jeśli tyle się dzieje! Nadrobię zatem jednym wpisem 3 miejsca- i to nie byle jakie! 


MRU 27.06

Już byłam psychicznie przygotowana na Taipei, a tu dzień wcześniej informacja na portalu zmienia się na HOME STANDBY. Załamana, na pewno dostanę lot do Pakistanu albo Indii. Do tego STANDBY w środku nocy, bo od 3 do 9 rano. Co to w ogóle oznacza? Niby można spać, bo dadzą ci czas na przygotowanie się, ale jednak do łóżka wchodzę gotowa- po kąpieli, wyprasowany uniform wisi na wieszaku, a w walizce podstawowe rzeczy na każdą pogodę. Dzwonią o 6, że Mauritius. Trochę z niedowierzaniem zastanawiam się jak ktoś mógł zachorować przed taką cudowną podróżą. Jestem szczęściarą. Z walizki wyrzucam kurtkę i pełne buty, dokładam za to strój kąpielowy i olejek do opalania. Pierwszy raz lecę gdzieś bez listy rzeczy, które można robić w danym miejscu czy umiejscowienia hotelu. 

Lot jest przyjemny – w końcu wszyscy lecą na wakacje. Jest wieczór, autobus zawozi nas do najpiękniejszego miejsca jakie widziałam! Ciężko jest utrzymać szczękę na miejscu kiedy wchodzimy do ogromnego resortu z fontanną na środku, podświetlanymi basenami, gdzie obsługa oferuje nam mrożone napoje. Plaża, łódki, raj. Dostaję klucz do pokoju, okazuje się, że zamiast zwykłego pokoju w hotelu dostaję domek przy plaży, moje mieszkanko jest ogromne, a widok z balkonu zapiera dech. Ciężko zasnąć. Budzę się rano, po śniadaniu wybieram się na spacer brzegiem oceanu, potem wypoczywam na plaży, piję wodę z kokosa i jem owoce morza. Nie mogłam trafić lepiej. 


HKG 05.07

W międzyczasie byłam drugi raz w Londynie, ale już nie jako turystka. Tym razem odwiedzałam przyjaciół. Pamiętacie jak leciałam z Bangkoku do Hongkongu tylko po to żeby zobaczyć tamtejsze lotnisko? Teraz w końcu mam okazję zwiedzić to interesujące miasto. Ląduję nad ranem, około 2 w nocy,jestem w hotelu, głodna jak wilk, a ceny room service zwalają z nóg! Schodzę do recepcji zapytać o najbliższe knajpy, pan patrzy na mnie jak na szaleńca, ale wskazuje ulicę, która jest blisko. Po drodze mijam stoiska ze street foodem, ale otłuszczone wielkie kaczki i kurczaki średnio mi się widzą. Restauracja, do której wchodzę jest pełna ludzi (mówiłam że jest 2 w nocy?!) a za 2 dania płacę i tak połowę tego co zapłaciłabym w hotelu za jedno. Grube noodle z wołowiną i kapustą Pak Choi i pierożki z krewetami! Najedzona wracam do hotelu, miasto śpi, ale już mi się podoba! Wszystko jest wielkie, przerysowane. Nawet w drodze z lotniska widać ogromne wieżowce i największy port jaki w życiu widziałam pełen dźwigów przenoszących ogromne kontenery na kolosalne statki. 


Snu nie było za dużo, bo umówiliśmy się o 8 rano w recepcji. Jest gorąco, ale leje deszcz, co powoduje, że ulicami płyną małe potoki, a kierowcy w starych taksówkach w nieskończoność czekają na nowych klientów, którzy zniechęceni pogodą nie wystawiają nosa z hotelu. Nasz plan to Victoria Peak czyli wzniesienie z pięknym widokiem na miasto. Co z tego że pada, mamy tylko 24h, a oznacza to brak wyboru czasu zwiedzania. Wsiadamy do taksówki, która wiezie nas ulicami, które jak serpentyny oplatają te zielone wgórze, na którym z powodu ulewy tworzą się niemałe wodospady. Docieramy na miejsce, wspinamy się na taras widokowy, deszcz deszczem, ale widok wciąż piękny! Z jednej strony zielone góry, z drugiej betonowe miasto. 


Teraz czas na spacer po mieście. Deszczowe uliczki pełne sklepików i straganów, sznury samochodów, ogromne przejścia dla pieszych i mnóstwo neonów- tak zapamiętam to miasto! Ach i jeszcze kolorowo ubrani ludzie, wśród których czuję się jak żyrafa, a mam tylko 175cm. W sklepach jest bardzo tanio, kupuję milion masek do twarzy, kolorowych skarpetek i  ciuchów w ogóle. Wszystko jest tu inne, bardziej kolorowe, zabawne, ciekawe. Azjatki znane są ze swoich sposobów pielęgnacji skóry, dlatego w sklepach z kosmetykami spędzam tu mnóstwo czasu. Nie znałam wcześniej bezbarwnych pudrów zapobiegających tzw. świeceniu się czoła, albo masek ze śluzu ślimaka (ble). 


DUR 09.07

Lot do Durbanu w Republice Południowej Afryki wspominać będę jako jeden z najcięższych. Dlatego też na miejsce docieram zmęczona. Jednak nie mogę rzucić się na łóżko i przespać całego wieczora jeśli moja przyjaciółka pochodzi z RPA i cały czas słucham opowieści o ich wspaniałym jedzeniu, o tym jak jest tu tanio i jak widoki zapierają dech. Na kolację spotykamy się prawie wszyscy- a nieczęsto się to zdarza! Kapitan, drugi pilot, łącznie 12 osób- przyświeca nam jeden cel, zmierzamy w poszukiwaniu najlepszego steka! Docieramy na miejsce, restauracja wygląda przyzwoicie, zamawiam Sirloin medium rare (teraz widzę w słowniku, że tłumaczy się to jako befsztyk z polędwicy wołowej). Dostaję kawał mięsa, grubo ciosane frytki i dużo sosów do wyboru. Przysięgam: ogień, rozkosz, niebo w gębie 💥! Mięso jest doskonale soczyste, po prostu najlepsze gatunkowo, przyprawione doskonale, usmażone perfekcyjne. Moja przyjaciółka nie przesadzała- oni wiedzą jak się tu obchodzić z mięsem, bez względu na to czy to świnia, krowa czy antylopa. W każdym domu na tarasie znajdziemy tu miejsce na braai, czyli nasz grill w języku Afrikaans. Jednak tu traktuje się go niemal jako świętość, miejsce spotkań całej rodziny, a sposoby obróbki i przygotowania dań to rodzinne tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przygotowana we wszystkie najważniejsze informacje następnego dnia wybieram się do specjalnego sklepu, gdzie zakupuje 2 tony przypraw, marynat i sosów do mięs. Do tego wina i biltong (odpowiednio przyprawione, suszone mięso, podobne do beef jerky). Obładowana siatami zakupów, za które zapłaciłam odpowiednik 100 zł nie mogę uwierzyć jak tu tanio! Na śniadanie jem Milk Tart czyli kolejny regionalny specjał! 

Sam Durban jest piękny, przyroda, widoki, zieleń, niestety teraz jest tu zima, dlatego też na nurkowanie z rekinami zdecyduję się kiedy zawitam tu latem! Na obiad następnego dnia też zamawiam steka (bo dlaczego nie!), za którego płacę 12 zł!! Mogłabym tu mieszkać tylko dla samego jedzenia!

BKK czyli 2 dni w Bangkoku

Dzień pierwszy

Docieramy do hotelu a przed nami wciąż długi dzień i o dziwo mam siły na to żeby błyskawicznie się wykąpać i ruszać w miasto. Wszyscy uprzedzali mnie, że Bangkok jest niesamowicie tani i że koniecznie muszę odwiedzić MBK, czyli ogromny, chyba najbardziej legendarny zarówno wśród turystów jak i mieszkańców targ. 89 tysięcy metrów kwadratowych, osiem pięter i ponad 2 tysiące sklepów, w których można kupić dosłownie wszystko: pamiątki, elektronika, ubrania, podróbki, jedzenie, kosmetyki! Oczywiście zakupiłam tradycyjne szerokie spodnie w słonie, koszulki, plecaki – mnóstwo rzeczy, a ceny są szokujące, po prostu nie wiem jak to możliwe żeby koszt produkcji był aż tak niski, że ci ludzie jeszcze na tym zarabiają! Ja nie kupuję podróbek, ale moi towarzysze wyszli obładowani w torebki i buty znanych marek, a także słuchawki, ładowarki i inne tego typu tematy. Wracamy do hotelu, trzeba gdzieś odłożyć te ciężary i ruszamy w poszukiwaniu dobrego ulicznego jedzenia! Praktycznie w każdej małej uliczce aż roi się od knajpek i stoisk z typowo tajskim jedzeniem. Oczywiście znajdziemy tu Pad Thai, napijemy się wody wprost z kokosa, zjemy mango sticky rice! Wchodzimy w jedną z uliczek i zamawiamy! 

Mieszkańcy są przemili, wdzięczni, że wybraliśmy właśnie ich knajpkę, jedzenie robią na naszych oczach, w końcu siedzimy przy stolikach stojących po prostu na środku ulicy. Wokół nas pełno kotów (dobrze w sumie, że nie szczurów) łaszących się po jedzenie. Wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym, woda kokosowa i jakaś zielenina w sosie to mój wybór, najedzona do syta płacę za wszystko 250 bahtów czyli około 25 zł- trochę szok.

Do spania, lot do Hongkongu w tę i z powrotem zajmuje cały dzień i wracamy. Tylko serduszko mnie ściska kiedy widzę z okien lotniska jak niesamowity jest Hongkong (nie martwcie się, dostałam lot 2 tygodnie później i opiszę go w następnym poście!). 

Ach zapomniałam dodać jak piękne i nowoczesne jest lotnisko w Bangkoku- tylko zobaczcie:


Dzień drugi
Zaliczyliśmy zamknięty targ, teraz chcemy zobaczyć otwarty, bardziej tradycyjny Chatuchak! Wstajemy wcześnie i o 8 rano spotykamy się w recepcji. Łapiemy tuktuka (najpopularniejszy, najtańszy środek transportu), jednak kierowca informuje nas, że targ otwiera się w południe!

Szybka zmiana planów, pytamy: co tu robić? Kierowca podpowiada: boat trip! Zawozi nas nad rzekę i tam zaczynamy ciężkie dobijanie targu. Pamiętajcie, że pierwsze ceny, które tu proponują oscylują w okolicach – “to chyba jakiś żart”. Połowa początkowej ceny to często cały czas za dużo, warto więc uzbroić się w cierpliwość i umiejętności negocjacyjne! Zaczynam więc od 3500 bahtów, kończymy na 1500 za 3 osobową wycieczkę łodzią, która trwała ponad 2h. Absolutnie niesamowite przeżycie! Pływamy małymi kanałami pośród prawdziwych domów na palach zamieszkałych przez lokalesów, na betonowych obrzeżach kanałów wygrzewają się warany, do tego co chwilę podpływa do nas inna łódź, z której babulinka chce sprzedać nam suszone owoce, pamiątki, piwo, albo ryby. 

Jestem zakochana, widoki są piękne, do tego trochę wiatru we włosach w to gorący dzień! Dopływamy do floating market- nie tego wielkiego, najbardziej znanego, który znajduje się 90km od Bangkoku, ale takiego lokalnego, na którym mieszkańcy wymieniają się towarami, popijają piwko i smażą ryby wyłowione z tej zielonej wody. Wchodzimy na ruszający sie pomost, głodni jak wilki. Zamawiam glassnoodles z krewetami za 60 baht (6zł!!!)- niebo w gębie!


Wsiadamy na naszą prywatną łódź żeby dotrzeć do ostatniego etapu naszej podróży czyli Wat Pho- Świątyni Leżącego Buddhy. Nie mam zdjęć ogromnego (47 metrów długości) posągu Buddhy, bo było tam strasznie tłoczno, ale cała świątynia jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Ten ogromny kompleks (80 000 metrów kwadratowych) jest najstarszy w Bangkoku (pochodzi z XVI wieku). Bilet wstępu to tylko 100 bathów czyli 10 zł, a w cenie dostajemy jeszcze małą butelkę wody. Towarzyszy nam tu niesamowita ilość posągów i malowideł przedstawiających Buddę, ale cała architektura jest tu inna, kolorowa i niesamowicie ciekawa. Przyznaję, że spędziliśmy tu mnóstwo czasu, przechadzając się pośród małych budynków oblepionych mozaiką, która wyglądała jak ceramika, błyszczących się w słońcu, tak pięknie wyglądających na zdjęciach.

Powrót do hotelu i długa popołudniowa drzemka, budzę się 3h przed oczekiwanym telefonem, który budzi nas przed lotem- to nadal sporo czasu żeby zaliczyć słynny w Tajlandii masaż. Zostało mi tylko 300 bahtów, ruszam w miasto ciekawa czy dam radę ogarnąć coś za odpowiednik 30 złotych. Wchodzę do salonu, w którym masuje się tylko kobiety (tu mam pewność, że nikt mnie nie uprowadzi ani nie zacznie się rozbierać- niestety z tego też znana jest Tajlandia). Za 270 dostaję godzinny masaż stóp i nóg zakończony masażem szyi i góry pleców. Czy to nie jest piękne? Resztę pieniędzy zostawiam jako napiwek przemiłej dziewczynie, której córeczka siedzi obok nas podczas całego masażu. Nie chcę poruszać tematu seksturystyki, masaży z happy endem i innych okropnych rzeczy, z których korzystają tu starzy faceci.. Po prostu skupmy się na tych świątyniach, jedzeniu i przemierzaniu tego ciekawego miasta tuktukami w poszukiwaniu wrażeń.

05-09.06 KUL-MEL

Kolejny lot multisektorowy, tym razem Kuala Lumpur- Melbourne! Niestety odczuwałam skutki tej podróży jeszcze 2 dni po powrocie do Dubaju. Każdy z lotów trwał około 7 godzin i większość z nich odbywała się w nocy, a do tego różnice temperatur dały mi w kość na tyle, że katar i zatkany nos, które mocno przeszkadzają podczas latania, męczą mnie do teraz. Jednak samo zwiedzanie było niesamowite i nie mogę doczekać się żeby o nim opowiedzieć!

Kuala Lumpur

Stolica Malezji, miasto kontrastów, styku kultur i doskonałego jedzenia. Na początku trochę minusów- moim zdaniem coś tu komuś nie styknęło jeśli chodzi o rozkład ulic, ich ilość i jakość, korki są tu właściwie cały czas, a dojazd taksówką gdziekolwiek poza centrum trwa w nieskończoność. Dodatkowo oczywiście wszyscy wiemy, że Kuala Lumpur= Petronas Towers, 450metrowe wieże, taka wizytówka miasta (prawie jak Burj Khalifa). Jednak jako kobieta architekta zwracam uwagę mocno na taki miejski ład, architektoniczne zgranie, a tu mamy totalny chaos. Niby są tu jakieś wieżowce, niby tworzą one centrum miasta, ale jednak brak tu tak zwanego ładu i składu. Przydałby się jakiś miejski urbanista, który spojrzy trochę z góry i przemówi twórcom tych budynków do rozumu, że w budowaniu nie jest ważne tylko postawienie drapacza chmur, ale wypadałoby żeby wpisywał się on w przestrzeń publiczną i razem z innymi budynkami tworzył może jakąś całość, ale to tylko moje skromne zdanie! 

Porównywałam to miasto trochę do Singapuru, gdzie wszystko jest “picture perfect” 📸, bo budynki, ich rozlokowanie, styl i struktura tworzą harmonijną całość, a w Kuala Lumpur tego po prostu brakuje. Na szczęście nie brakuje tu zieleni, a ja za każdym razem gdy wyjeżdżam z mojego betonowo-pustynnego Dubaju zachwycam się każdym drzewem. W KUL (wspominałam wam, że te 3literowce to kody lotnisk, którymi operujemy?) jednak zieleni jest mnóstwo, jest ona wyjątkowo bujna, a niespotykane ilości palm i głośny śpiew ptaków towarzyszą mi wciąż podczas pieszych podróży. 

Za pierwszym razem zjawiamy się tu późno, jest 16, mam ochotę na drzemkę, ale jednak razem z dwoma innymi dziewczynami decydujemy się na szybki prysznic i wyprawę do Batu Caves. Odkryte pod koniec XIX wieku jaskinie niestety znajdują się około 15 km od centrum, co oznacza taksówkę i przebijanie się przez korki. Trzy dziewczyny i taksówkarz, na początku trochę bałam się zasnąć, ale podróż zaczyna się dłużyć i wszystkie oparte o szyby odpływamy w blogi sen. Po locie nawet 30 minut ma znaczenie.. Na szczęście nikt nas nie uprowadził, budzimy się już na miejscu. Robi wrażenie! Ponad 250 schodów prowadzi na szczyt, a na dole stoi największy na świecie posąg Murugana (42,7m). Ten złoty olbrzym, przyznacie sami, wygląda jakby zbudowany był setki lat temu. Podchodzę jednak do tabliczki- 2006 rok. 

Oczywiście strasznie tu gorąco, niby 35 stopni, jednak wilgotność w okolicach 70 procent, co oznacza, że wszystko się klei. Tu znów dziwi mnie to, że zamiast zachować w miarę dziewiczy charakter tych schodów i całej okolicy, pełno tu sklepików, wszędzie rozrzucone są śmieci, a ja stoję na kostce brukowej. Kicz przeplata się z zapierającymi dech w piersiach widokami, niestety mam wrażenie, że do tego dążą wszystkie współczesne zabytki. Ilość turystów, która odwiedza te miejsca przyciąga handel i pociąga za sobą zmiany, takie jak nieprzemyślane ułatwienia w postaci kostki brukowej zamiast piachu czy kamieni(no nie mogę tego przeboleć). Zdjęcia zrobione, wspinamy się po schodach! A jest to nie lada wyzwanie, na początku muszę założyć spodnie, jako że na górze znajdują się hinduistyczne świątynie. Jestem przygotowana, Dubaj nauczył mni, że spodnie, albo lekką chustę zawsze warto mieć przy sobie. Na schodach czekają na nas małpy, które kradną jedzenie, czapki, a nawet aparaty, więc oczy trzeba mieć szeroko otwarte, jeśli na szczyt chcemy dojść w pełni ubrane. Do tego te schody to katorga, mieszkańcy Malezji są mali i drobni, chyba mają też krótkie stopy, bo ja swoje muszę stawiać bokiem, gdyż nie mieszczą się na stopniach, co jest swego rodzaju utrudnieniem. 

Na górze jest jednak pięknie, ogromne jaskinie, piękne i nienaruszone. A pośród skał dziwaczne, kolorowe kaplice i kapłani o nagich torsach odprawiający modły, to wszystko pokryte lampkami choinkowymi i przechadzające się dzikie kury. Nie rozumiem. Nie próbuję.

Zmęczone schodzimy na dół, wsiadamy w taksówkę i prosimy o zawiezienie nas prosto do części miasta znanej z ulicznego jedzenia. Moja towarzyszka była tu wcześniej więc wie co i jak. Kuala Lumpur oficjalnie jest miastem muzułmańskim, pełno tu jednak burdeli i kasyn, co nie do końca zgadza się z obyczjowością tej religii. My jednak docieramy na miejsce, gdzie tysiące budek z mięsem na patykach w stylu tajskim, chińskich dim sumów, a wszystko przyćmiewa okropny smród.. Jak to smród? A po prostu ulubionym owocem jest tu durian. Słyszałam o nim wcześniej, ale widzę i czuję po raz pierwszy. Okropny zapach kanalizacji zmieszanej ze zużytymi skarpetami. Nie będę owijać w bawełnę, myślałam, że się uduszę. Odchodzimy jak najdalej od stoisk z owocami, siadamy w pierwszej lepszej otwartej knajpce. Tanio tu jak barszcz! Biorę słodko-kwaśną wieprzowinę i noodle z owocami morza. Nie umiem opisać jak pyszne było to uliczne jedzenie, po prostu niesamowite! Dodatkowo wszyscy są wdzięczni, że zdecydowaliśmy się zjeść właśnie tutaj i to właśnie ich budżet wzrósł o ogromne sumy, mimo że nam wydaje się tu super tanio.

Krótki spacer i wracamy do hotelu, ominęłam spanie poprzedniej nocy, przespacerowałam cały dzień, zasypiam po 30 sekundach. Rano tylko szybkie śniadanie i droga do Melbourne. 

Nie poświęcę Melbourne wielkiego akapitu, bo po pierwsze już tu byłam i miasto jest OK, ale nie wyjątkowe, po drugie jest tu tak zimno, że przyzwyczajona do 40stopni umieram. Serio, jest 9 stopni, leje deszcz, ja mam t shirt, koszulę i płaszcz, docieram tylko do pierwszej knajpki na obiad i wracam do hotelu. Czasami bywa i tak, że warunki po prostu nie sprzyjają. Dodatkowo lądowaliśmy w środku nocy, właściwie nad ranem, różnica czasu, ja nie mogę spać, a lot powrotny znów w nocy. To są ciężkie tematy, które szczególnie na multisektorach igrają sobie z twoim organizmem. 

Wracamy do Kuala Lumpur, kolejne 24h w tym ciekawym mieście! Tym razem podróżuję sama, inni odsypiają, siedzą nad basenem i piją drinki. Rozumiem. Basen jest niczego sobie.

Lądujemy o 8 rano, znów szybka kąpiel i ruszam. Idę jednak pieszo, bo boję się jechać taksówką sama. 1,5km w upale i jestem w centrum, wchodzę do ogromnego centrum handlowego. Tam same najdroższe sklepy, to wszystko jest jednak też w Dubaju, nie chcę tracić czasu. Trochę boli kontrast między tymi wielkimi budynkami, bogatymi sklepami i ludźmi, którzy żebrają tu na każdym rogu. Znów chodzę właściwie bez celu, wchodzę w ciekawe zaułki, sama nie wiem czego szukam, chyba po prostu jestem zmęczona. I głodna! Wszystkie uliczne knajpki pozamykane, chyba dlatego, że Ramadan, znajduję jednak ruchome schody i znak, że na dole czeka mnie azjatyckie jedzenie. Zjeżdżam a tam raj! Ogromna przestrzeń pełna różnego rodzaju restauracji, proste stoliki, kucharze przygotowują wszystko na twoich oczach, dobrze, że obok opisów w nieznanych mi językach są też zdjęcia! Przyciąga mnie koreańskie jedzenie, zamawiam Bulgogi! Jest pysznie, wszyscy się na mnie gapią, jestem jedyną blondynką pośród setki Azjatów.

Za kilka dni Bangkok czyli podobne azjatyckie klimaty. Kocham to. Jestem zmęczona, ale nie ma nic lepszego niż zwiedzanie tych orientalnych miejsc! 

LGW + DUS + MAN

W miesiącu Maju, który stoi pod znakiem sześciu lotów Turnaround zdarzyło mi się 3 razy odwiedzić Europę! Według planu miałam lecieć do Budapesztu i Monachium, ale wszystko mi pozabierali, powciskali mnie na nudne loty w tę i z powrotem do Indii, Pakistanu, Jordanii.. Ale nie ma tego złego-udało mi się spędzić 24 godziny w domu! Zacznijmy jednak od początku.

14.05 LGW

W Londynie już byłam, ale pewnie z 5 lat temu i tylko na 2 dni, więcej czasu spędziłam też wtedy na zakupach i szybkim zwiedzaniu typowo oklepanych miejsc. Teraz po błyskawicznym locie ląduje na lotnisku Gatwick, 40minutowa przeprawa pociągami i udaje mi się dotrzeć na dworzec Victoria. Tym razem tajemnice Londynu odkrywa przede mną ktoś zadomowiony, najlepsza przewodniczka, najciekawsza, najlepiej ubrana i najszybciej mówiąca osoba jaką znam. Wsiadamy w metro, 14 przesiadek i narzucone tempo sprintera, chwila moment i jesteśmy w dzielnicy Shoreditch. Mówiłam już, że się zakochałam, źe spokojnie mogłabym tu mieszkać? Tłumy doskonale ubranych ludzi, uliczni artyści grają Coldplay, targi kwiatowe, targi staroci, kolejka po bajgle z peklowaną wołowiną, picie lemoniady w biegu. 

Potem trzeba ogarnąć trochę tych typowo turystycznych rzeczy, pędzimy gdzieś nad rzeką, mijamy London Eye, Tate Modern, Big Bena, tysiące ludzi z iphonami na selfiestickach, a ja cieszę się najbardziej, że widziałam te mniej ważne miejsca. Pierwszy raz tak bardzo doskwiera mi to, że na zwiedzanie i spanie mamy tylko 24h, tyle jeszcze chciałabym zobaczyć, a mam wrażenie, że zaraz oszaleję z bólu nóg. Chodzę niewyspana, a potem czeka mnie lot, na którym jak na każdym do i z Londynu komplet pasażerów. 


21.05 DUS

Dzień przed planowanym wylotem do Monachium aplikacja w telefonie z moim planem lotów pokazuje Düsseldorf! Niedowierzanie miesza się z radością, zapłakana dzwonię do mojego mężczyzny żeby planował wolne, bo jutro wieczorem będę w domu! Nie mam dla was dużo zdjęć, wielkich opowieści, dziennika podróży. Tym razem starałam się wykorzystać te 24h żeby naładować akumulatory na kolejną rozłąkę.

Moje ulubione miasto przywitało mnie fajerwerkami z okazji dnia japońskiego, stęsknionym kotem i listą zakupów: szynka, gulasz, wino, chleb!


26.05 MAN

Tu nie będzie zdjęć. To mój pierwszy layover, na którym nie pojechałam zwiedzać do centrum miasta. Wyobraźcie sobie lot ogromnym samolotem jakim jest Airbus a380, gdzie zamiast pierwszej klasy postanawiają powiększyć ekonomię i zmieścić w niej ponad 530 pasażerów.. Samolot oczywiście jest pełny, a ja po locie zastanawiam się czy nadal żyję. Odsypiam długo, jest przezimno, pada deszcz, już mam wbrać się na pociąg do centrum, ale rezygnuję. Na przedmieściach Manchesteru znajduję najlepszy sklep spożywczy w jakim kiedykolwiek w życiu byłam i spędzam w nim 3 godziny. Do Dubaju przywożę szynkę parmeńską, boczek do carbonary, piwo o smaku mango, moją ulubioną różaną lemoniadę, chleb, sosy do mięs, no cuda! Tego nie znajdziesz w Dubaju! A potem oglądam filmy i odpoczywam. Trochę mi źle na sercu, że nie zwiedzałam, ale wybaczam sobie po zrobieniu spaghetti carbonara z mojego świeżego boczku 😉

Turnaround

Co to za angielskie słowo w tytule? Dlaczego ma to być ciekawe? Niestety cały czas zmieniają mi loty. Jestem ‘the most junior crew’ i gdy pasażerów jest za mało to wylatuję.. Wylatuję niestety z danego lotu, a nie do Budapesztu, Londynu, albo Monachium. Zamiast tych pięknych miejsc, na które miałam mnóstwo planów trafia mi się kolejny Turnaround czyli lot w tą i z powrotem. Dużo znajomych pyta mnie jednak jak to wszystko wygląda, cały proces przygotowania do lotu i co robimy potem, dlatego też postaram się wam to ładnie przedstawić.

Przygotowania

Wszystkie loty krótsze niż 5 godzin to Turnaround, te dłuższe to z kolei Layover. Większość z tych w tą i za powrotem rozpoczyna się w środku nocy, co dość radykalnie zakłóciło mój zegar biologiczny ⏰. Nigdy wcześniej nie miałam problemów ze spaniem, mogłam spać w środku dnia w każdym środku transportu- w samochodzie na siedzeniu pasażera, w pociągu oparta o stolik w warsie, wszędzie. Teraz mam problem żeby spać we własnym łóżku. Tak poza tym niesamowicie jest patrzeć jak na nocnych lotach trzystu twoich pasażerów śpi. Otwarte usta, głośne chrapanie, kosmiczne pozycje. Ale miałam pisać o przygotowaniach! Na lot trzeba stawić się 2 godziny przed czasem odlotu. To oznacza, że muszę obudzić się co najmniej 3,5 godziny przed żeby coś zjeść, wyprasować uniform, spakować co trzeba, zrobić fryzurę i makijaż, wsiąść do busa i dojechać na czas do HQ (siedziby). 

Załóżmy, że mam właśnie lot do Sialkot(Pakistan) o godzinie 4.20 w nocy oczywiście. To oznacza, że e gate czyli bramka w HQ otwiera się dla mnie o godzinie 2.20 na 20 minut. Nie ma tu żadnych odstępstw, nie da się wejść wcześniej, nie da się wejść później, nawet jeśli to tylko 10 sekund. Co to oznacza? Muszę wstać około 12.45, szybki prysznic, ostatnie prasowanie, sprawdzenie czy w mojej małej cabin bag jest wszystko co potrzebne. Czyli co? Cabin shoes 👠 (płaskie buty na zmianę, które nosimy na pokładzie), waistcoat 👘 (taka śmieszna kamizelka, którą również nosimy na pokładzie, w jej skład wchodzą też plakietka z imieniem i flaga państwa 🇵🇱 , z którego pochodzę), oven gloves (rękawice do wyciągania jedzenia z piekarników, raczej używa ich Cabin Supervisor, ale i tak zawsze trzeba mieć), piżama (z napisem CREW na plecach, niezbędna na długich lotach, ale zawsze mam ją w torbie, bo nigdy nie wiadomo). W mojej torbie jest jeszcze 2 tysiące dodatkowych przedmiotów: zestaw do przyszywania guzików, zmywacz i lakier do paznokci, lakier do włosów, grzebień, kosmetyczka z podstawowymi produktami do makijażu. Dodatkowe rzeczy trzeba mieć jeszcze w torebce, przede wszystkim wymagane dokumenty takie jak paszport, licencja na dane samoloty, certyfikat zakończenia szkolenia, karta szczepień. Przed wyjściem sprawdzam jeszcze nienaganny strój i czy moje czerwone nakrycie głowy jest ze mną. 



Makijaż i fryzura zajmują co najmniej 30 minut, na co dzień robię to trzy razy krócej, ale te wszystkie koczki, francuzy plus make up, który ma wytrzymać 12 godzin to jednak większe wyzwanie. Bo jeśli lot trwa 3 godziny to nie ma mnie w domu 10. Wszystko dopięte na ostatni guzik, do busa wsiadam o 2.03, 15 minut i jestem na miejscu.

Headquarter (HQ)

Mówiłam wam już, że lotnisko w Dubaju widziałam tylko pierwszego dnia, kiedy przyleciałam tu jako pasażer? Dlaczego? Po kolei- wysiadam z busa i wchodzę do długiego pomieszczenia pełnego krzeseł, w którym wszyscy czekają na otwarcie się bramek. 2 godziny 20 minut przed czasem wylotu wchodzą kapitan, FO (pierwszy oficer czyli po polsku drugi pilot), Purser (dowodzi cabin crew) i Cabin Supervisor (dwie albo trzy osoby, które zarządzają nami bezpośrednio). Dla mnie bramka otwiera się 20 minut później czyli 2 godziny przed lotem. Przekraczając jej wrota, znajduje się już w strefie międzynarodowej, gdzie na jednym z wielu komputerów przykładam swoją kartę, a w odpowiedzi dostaję informacje o numerze pokoju, w którym odbywa się briefing. Dodatkowo komputer pyta mnie czy mam wszystkie wymagane dokumenty i jeśli lecę na długi lot, drukuje mi ten długi pasek, który przykleja się do bagażu. 

Briefing

Teoretycznie odprawiona, przechodzę przez bramki bezpieczeństwa, skanują mnie i moją torbę. Znajduję odpowiedni pokój, gdzie czekają Purser i odpowiednio dwoje albo troje Cabin Supervisorzy (dwoje na 777, troje na A380). Pierwsza stacja to sprawdzenie dokumentów, bez tego nie da się nigdzie polecieć, dlatego przypominają o tym na każdym kroku. Kolejna to sprawdzenie uniformu: nakrycie głowy, strój, fryzura, makijaż, paznokcie, rajstopy, obowiązkowa zawartość torby, wszystkie guziki na miejscu. Nie żartuję, sprawdzają nas od stóp do głów za każdym razem. Potem przychodzi czas na najbardziej stresującą część programu czyli Safe Talk. Mamy taką magiczną listę, która liczy sobie 65 stron, a znajdują się na niej pytania z każdej części naszego treningu. Na przykład: w jakiej pozycji ułożysz osobę, która zasłabła; jak zamontować transmiter lokalizujący po wodowaniu; jakie leki znajdują się w danej teczce i do czego służą; w jaki sposób należy kogoś obezwładnić. Jeśli odpowiesz niepoprawnie tracisz np. pozycję operatora drzwi, a informacja, że jesteś nieprzygotowany trafia do twojego managera. Wszyscy przeszli, przydzielamy teraz pozycję, czyli kto gdzie siedzi, jakie drzwi operuje, w której kabinie stoi podczas boardingu. 

Potem omawiamy najnowsze informacje przydatne dla załogi, specyficzne dotyczące kraju, do którego lecimy. Na samym końcu przychodzą do nas kapitan i pierwszy oficer i informują nas o wysokości, na której dziś lecimy, dokładnym czasie lotu, spodziewanych obszarach turbulencji. Wszyscy razem schodzimy do autobusu, który podziemiami wiezie nas prosto pod samolot! Za pierwszym razem byłam w szoku! Jak to? A gdzie lotnisko? Co to za tunele? W sumie jest to niesamowite w jaki sposób jest tu wszystko rozwiązane.

Lot 🛫🛬

Wchodzimy na pokład i rozpoczynamy nasze obowiązki, spawdzamy Emergency equipment, Purser informuje nas, że mamy zacząć Safety and Security check. Oznacza to dokładne przeszukanie odpowiedniej dla naszej pozycji przestrzeni w poszukiwaniu jakichkolwiek przedmiotów, które budzą wątpliwości. Później sprawdzamy też czy wszystkie monitory działają jak należy, a 45 minut przed odlotem rozpoczyna się boarding pasażerów. Stoimy na swoich pozycjach i pomagamy rozlokować bagaż, tak aby jak najszybciej umieścić pasażerów na ich miejscach, żeby samolot mógł odlecieć na czas. Jeśli kiedykolwiek przyszło ci do głowy czekać aż stewardessa włoży twój bagaż do luku, zastanów się 2 razy czy walizkę, którą sam przytaszczyłeś do samolotu, która waży zdecydowanie więcej niż powinna, ma podnosić kobieta. Ty jesteś dużym facetem, ale czekasz aż ona zrobi to za ciebie- serio? Czy myślisz, że ona jest w stanie podnieść 50 takich walizek? To tak z mojej strony 📦🎁🗃 💼👜. Ludzie wnoszą ze sobą wielkie kartony, gitary, bębny, dziwne zawiniątka i liczą, że na wszystko znajdzie się miejsce, a ja powinnam podnosić ich wielkie bagaże. 

Pasażerowie na miejsach, pasy pozapinane, lecimy. Przebieramy się i zaczynamy serwis, na większości lotów (każdym dłuższym niż godzina) serwujemy ciepły posiłek. Lot mija w mgnieniu oka i lądujemy, pasażerowie szybko opuszczają pokład, a zaraz za nimi wchodzi ekipa sprzątająca. Błyskawiczna wymiana poduszek, kocy, słuchawek, załadunek nowego jedzenia, kolejne sprawdzenie bezpieczeństwa i lecimy do Dubaju. 

Mam nadzieję, że w miarę ciekawie wprowadziłam was w tajniki nieciekawych lotów. W tym miesiącu ma być lepiej, ale nie chcę zapeszać. Dam wam znać jak będę pewna, że lecę!

DXB- BNE- AKL- BNE- DXB

Kto by pomyślał, że tak dokładnie będę miała okazję zwiedzić tą drugą część świata? A jak wszyscy dobrze wiemy życie toczy się tam do góry nogami:



Brisbane (Australia)

Pierwszy raz miałam też okazję doświadczyć tak długiego lotu (14h) i snu w CRC czyli Crew Rest Compartment! Wrażenia? Po 9 godzinach wiecznego odpowiadania na pytania o wodę i  serwowania posiłków, zmęczenie jest ogromne, kiedy więc w końcu jest okazja udać się na zasłużony odpoczynek do malutkich, ciasnych łóżek zbudowanych gdzieś w środku samolotu, wydawało mi się, że nie dam rady zasnąć- a spałam po 30 sekundach. Jeszcze chwila i jesteśmy w Brisbane, jest 6 rano, moim planem jest przespać się trzy godziny i ruszać dalej, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz się położę z trzech godzin zrobi się sześć i będę żałować straconego dnia. Szybka kąpiel, zbieramy ekipę i ruszamy w podróż do koali 🐨. Co prawda ominęliśmy noc ale jakoś trzeba wykorzystać te 24 godziny przydzielone na to piękne miasto.

Lone Pine Koala Sanctuary

Już długo przed przyjazdem wiedziałam, że będzie to pierwsze miejsce, które zobaczę w tej części Australii, widziałam obowiązkowe zdjęcie z koalą, które robi sobie każdy z cabin crew. Co z tego, że każdy? Przecież sam pobyt w tak niesamowitym parku, gdzie można wziąć na ręce koalę, karmić kangury i zobaczyć wombaty, dingo, krokodyle,emu i papugi nie zdarza się na co dzień. Tylko 12 km od Brisbane znajduje się pierwsze i jedyne na świecie Koala Sanctuary z ponad 130 osobnikami tego gatunku, dodatkowo Lone Pine oferuje możliwość prawdziwego obcowania z przedstawicielami australijskiej fauny w naturalnych dla nich warunkach. O różnych porach dnia można załapać się na różne wydarzenia, na przykład pokaz psów pasterskich, które zaganiają owce, karmienie gadów czy karmienie dzikich papug. 

Po najdłuższym dotychczas locie znajduje się więc w tym egzotycznym dla mnie miejscu i przechadzam się alejkami pełnymi zwierząt. Jest 9 rano, godzina otwarcia, dlatego nie widać tu zbyt wielu turystów, co pozwala nacieszyć się tym wszystkim jeszcze bardziej. Poznaję papugi, które odpowiadają na moje ‘Hello!’, psy dingo, które wyglądają jak zwyczajne psy, wombaty to natomiast całkiem śmieszne stworzonka, a w jednym z pomieszczeń koali widzę największego pająka na świecie i przypominam sobie z czego słynie Australia. Teraz cały czas oglądam dokładnie każde drzewo pod którym przechodzę, nigdy nie wiadomo kiedy jeden z nich postanowi spaść mi na głowę 🕷…

Docieramy do wielkiej otwartej przestrzeni odgrodzonej tylko 2 parami drzwi i oznaczeniem żeby uważać przy wchodzeniu podczas wietrznej pogody. Po tym ogromnym wybiegu przechadzają się zupełnie niczym nieograniczone emu i kangury. Mogę usiąść na trawie i czekać na to, aż te śmieszne stworzenia podejdą do mnie z nadzieją na coś do jedzenia. Kiedy się nie spieszą- nie skaczą, tylko zbliżają się, opierając się na swoich krótszych przednich łapkach. Dają się drapać za uchem, głaskać i podchodzić blisko tam, gdzie karmią swoje młode. Mają wyznaczoną część, do której nie można wchodzić- tu odpoczywają. 

Nie wiem jak dużo czasu spędziłam w tej części parku, ale z pewnością największą część z tego poświęconego na Lone Pine. Jeśli kiedyś przyjdzie wam odwiedzić Brisbane musicie koniecznie się tam wybrać! 

Teraz czas na koale! Te szare misie głównie śpią i jedzą, ale wyglądają przy tym wyjątkowo słodko! Docieram do miejsca, w którym można wziąć na ręce jednego z nich i za drobną opłatą (cały koszt przeznaczony na rozbudowę centrum) zrobić sobie z nim zdjęcie. Jeden koala może być trzymany przez odwiedzających tylko 30 minut dziennie, mi przypada bardzo zmęczony osobnik, który prawie zasypia na mojej klatce (OO):

Potem mamy okazję jeszcze być częścią karmienia dzikich papug, które nauczone codziennym rytuałem zlatują z drzew o wyznaczonej porze żeby zachwycić nas trochę kolorami swojego upierzenia! 

Wykończona, ale szczęśliwa wracam do hotelu, teraz już nieuniknione jest żeby położyć się spać! Jem szybki lunch i o 14 zasypiam. Nastawiam jednak budzik na 17.30, chcę zobaczyć jeszcze chociaż część Brisbane przed zachodem słońca! Toczę walkę ze swoim organizmem, który domaga się normalnych godzin funkcjonowania, nie poddaje się jednak, zostawiam ciepłe łóżko i pieszo zmierzam w stronę South Bank. Miasto jest piękne, czyste, zadbane, otwarte przestrzenie, doskonałe oświetlenie budynków, mosty, które robią wrażenie. Po krótkim spacerze docieram na drugą stronę rzeki, gdzie mogę podziwiać widok na Brisbane w całej okazałości!



Auckland (Nowa Zelandia)

Zawsze chciałam odwiedzić Nową Zelandię- dziewicze krajobrazy, miejsce, w którym nakręcono takie filmy jak Hobbit. Do Auckland docieram wykończona, nieprzespana noc daje o sobie znać, dodatkowo lot był krótki, ale intensywny. Znów mam ochotę wskoczyć do łóżka i nie wychodzić z niego przez cały dzień, ale mój Purser pochodzi z Nowej Zelandii i ma ochotę zabrać nas, nowych, na wycieczkę. Nie umiem odmówić. Wygodne buty i przed nami 40 minutowy spacer pod miasto i na górę, z której podobno jest piękny widok. W połowie drogi mam ochotę zawrócić i uciec, okazuje się, że Purser jest przy okazji trenerem rugby i chyba wydaje mu się, że to jakiegoś rodzaju wyzwanie żeby wbiec na tę górę jak najszybciej to możliwe.. Ale docieramy. Widok rzeczywiście zapiera dech, wszędzie jest zielono, aż pachnie. 

Droga powrotna płynie nam na rozmowach na temat wycieczki, która organizowana jest śladami Hobbita, jednak tym razem nie dam rady czasowo, na pewno to mój przyszły obowiązkowy punkt programu. Szybka kąpiel i spotykamy się żeby wybrać się na kolację, przypominam sobie, że nie jadłam nic przez cały dzień- to też bardzo charakterystyczne dla mojego nowego trybu życia. Docieramy w okolicę portu, tam jem 1kg przepysznych muli, a potem baluję do nocy w klubie z muzyką na żywo. Kiedy mam mieć czas na sen?

Teraz wróciłam już do Dubaju i najnowsze wydarzenia złamały mi serce 💔, dlatego też ten post pojawia się w opóźnieniem.  Niestety bywa też i tak, że zostajesz ściągnięta z najbardziej oczekiwanego lotu, lotu do domu. Taki jest niestety los, kiedy jest się najmniej doświadczoną osobą. 

Dodatkowo miałam okazję wypoczywać po raz pierwszy na palmie w Dubaju (no wiecie, że usypano tu półwysep w kształcie palmy). Jeden z przywilejów cabin crew to możliwość darmowego wypoczynku na prywatnych plażach różnych, luksusowych hoteli- żyć nie umierać?!

DXB-SIN-MEL-SIN-DXB

Stało się tak, że mój pierwszy layover to także lot multisektorowy. Rzucona na głęboką wodę czterech lotów po 7 godzin mogę powiedzieć, że mój organizm musi się jeszcze przyzwyczaić do wszystkich zmian czasu, latania w nocy i spania w bardzo dziwnych godzinach. Jednak dwa miasta, które miałam okazję odwiedzić są zachwycające! Zupełnie różne od siebie i każde z nich piękne na swój sposób. Dodatkowo mogłam dużo się nauczyć, jeśli chodzi o samą pracę stewardessy, bo przecież 28 h w powietrzu robi swoje, a jeszcze przyjemniej się latało, dlatego że trafiłam na super ekipę! 



Singapur


Oczywiście przed lotami przygotowałam sobie listę miejsc, które warto zobaczyć – taki typowy przewodnik turysty. Po drodze dowiedziałam się, że część cabin crew z mojego lotu chce zrobić wycieczkę po Singapurze tym dużym autobusem turystycznym. Już miałam też się zgodzić, na szczęście w porę przypomniałam sobie, że wszystkie miejsca, które dotychczas zwiedziłam, największy urok zyskały kiedy przemierzałam je pieszo- tak też zdecydowałam się podróżować tutaj! Już sama nocna droga z lotniska do hotelu była dla mnie niesamowita, nigdy nie widziałam tak pięknie zorganizowanej zieleni rosnącej przy drodze, tylu parków i ogrodów. Słyszałam o tym, że Singapur to miasto największych ogrodów, ale moim zdaniem to ogród, w którym ktoś akurat umieścił miasto! Nazwa Singapur pochodzi od dwóch sanskryckich słów: singa (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy stosowana nazwa Miasto Lwa. Wizerunek posągu Merlion (zdjęcie poniżej) jest znanym symbolem Singapuru. 

Tutaj nawet drzewa przy drogach są specjalnie przemyślane żeby zachować poczucie harmonii, a wizyta w Gardens by the Bay oczarowuje, szczególnie jeśli na co dzień przebywa się w Dubaju- betonowym mieście pośrodku pustyni! Zacznijmy jednak od początku! Mam doświadczenie w zwiedzaniu europejskich miast, udało mi się nawet zawitać do Nowego Jorku, ale nigdy nie byłam w Azji. Teraz ląduję w Singapurze, wychodzę z lotniska i jestem w szoku! Temperatura niby taka sama jak w Dubaju, ale słowo upał zupełnie nie oddaje tego co odczuwam. Parno, lepko, gorąco, wilgotno to tylko kilka słów, które błyskawicznie przychodzą mi na myśl. Teraz już wiem, że wyjeżdżając do danego kraju warto sprawdzić też wilgotność, a tu wynosi ona aż 80%. Jak mam przemierzyć jutro to miasto pieszo, jeśli teraz w środku nocy ledwo mogę złapać oddech? Dałam jednak radę. Przyznaję, że po pół godzinie wiedziałam, że robienie makijażu było bezcelowe, no ale przecież człowiek uczy się na błędach. Mój hotel jest piękny, położony tuż obok części ulicznego toru Formuły 1 (tu pozdrowienia dla mojego mężczyzny- najwiernierniejszego fana Fernando Alonso na świecie 🏎🏁), wszędzie też z niego blisko. Ubieram najlżejsze ciuchy jakie zabrałam i wyruszam w stronę Gardens by the Bay! Ptaki śpiewają, miasto pachnie zielenią, nigdy nie widziałam tak czystych ulic, umieram z gorąca po 2 minutach, ale zmierzam dalej. Pełno tu nowoczesnych budynków, tak bardzo podoba mi się harmonia architektury z tutejszym krajobrazem. 

Po drodze do ogrodów znajduje się budynek Artscience Museum Singapore, gdzie akurat odbywa się wystawa Future World- czyli zabawa dźwiękiem i światłem w najlepszym wydaniu, najchętniej wróciłabym tam jeszcze kilka razy! Jest tu pokój pełen lampek, który ukazywać ma tworzenie się gwiazd. Na małym ekranie przed nim można wybrać typ gwiazdy i wysłać ją w przesterzeń, a potem obserwować różne sposoby rozchodzenia się światła, piękne kolory iluminacji i towarzyszącą temu muzykę. Całe muzeum jest ciemne, widać tylko poszczególne rozświetlone eksponaty. Jest pokój pełen kolorowych sześcianów, z których można budować miasto, kolejny przedstawiający ocean i jeszcze inny pełen świecących kul, do których wchodzi się boso i uderzając jedną o drugą emituje się dźwięki, które rozchodzą się po pomieszczeniu. Najlepiej wydane 17$ w moim życiu.

Zupełnie obok mieści się także ogromne centrum handlowe The Shoppes at Marina Bay Sands (to przy okazji nazwa tego najbardziej charakterystycznego budynku w Singapurze, który wygląda jak statek opierający się na trzech filarach). We wspomnianym centrum hadlowym znajduje się kanał, po którym pływają gondole (?), ale także restauracja Din Tai Fung, gdzie wybieram się z moją koreańską przyjaciółką, która akurat też jest przelotem w Singapurze! Zamawiamy przepyszne Dim Sum, a ja dowiaduję się już na miejscu, że to miejsce zostało uznane przez New York Times za jedną z 10 najlepszych restauracji świata. Nie dziwi mnie to, jedzenie jest przepyszne i dodatkowo niedrogie!

Teraz czas na ogrody- naturalny park liczący 101 hektarów, najlepiej ukazujący strategię władz miasta, która polega na poprawie jakości życia mieszkańców poprzez zwiększanie jego zielonej części (chyba muszę podpowiedzieć to komuś, kto zarządza Dubajem). Przechadzanie się po parku jest trudne ze względu na nieziemskie upały, kupujemy więc bilety i wchodzimy do dwóch klimatyzowanych jego części: Flower Dome i Cloud Forest. Flower Dome to królestwo kwiatów i Azjatów robiących sobie zdjęcia z tulipanami. Zapach jest piękny, ale za dużo tu ludzi żeby móc w pełni rozkoszować się ilością i różnorodnością mieszczących się tu roślin. Idziemy więc dalej do Cloud Forest czyli ogromnego wzgórza, znajdującego się pod szklanym dachem, pokrytego zielenią, z wodospadem i mostami na 7 piętrze, z których można obserwować wszystko z góry! 

Z Gardens by The Bay bardzo blisko już do budynku, który widzicie na zdjęciu powyżej. Wjeżdżamy więc na 73 piętro i podziwiamy widok z góry. Dodatkowo hotel w tym budynku to raj, przepiękne lobby i możliwość pływania w najbardziej znanym basenie świata (tym na samej górze, z przeszkleniem z widokiem na całe miasto). Później moja towarzyszka, ze względu na temperturę, rezygnuje z dalszej podróży, ja natomiast spaceruję po części miasta z malutkimi knajpami, sklepikami, targami, kupuję pamiątki i udaję, że nie umieram z gorąca. Później już tylko hotelowy basen i sen przed kolejnym lotem. Jak widzicie również z rozkładu lotów, który jest tytułem tego posta, do Singapuru wróciłam jeszcze na jeden dzień, skupiłam się wtedy na części biurowej, czyli spacerowaniu pośród wysokich budynków. Wybrałam się także na nocny spacer w poszukiwaniu jedzenia i podziwiałam z balkonu light show w Gardens By The Bay!




Melbourne (Australia)

Wylądowaliśmy tu niestety nad ranem i po nocnym locie musiałam chociaż na kilka godzin zaznać snu (taki urok bycia stewardessą), na moje nieszczęście właśnie tu dopadł mnie jetlag, ale nie poddałam się i jak zwykle pieszo przemierzałam to fascynujące miasto! Pierwszy cel podróży- dobra knajpa serwująca lokalne wino! Layover trwał tu 34 h dlatego mogłam pozwolić sobie na białe wino, które tak uwielbiam. Zamiast kierować się poradami znajomych i internetowymi wskazówkami uznałam, że trzymając się głównej drogi z hotelu, pobłądzę po małych uliczkach i wejdę do restauracji o najbardziej ciekawym wyglądzie z zewnątrz. Nie zawiodłam się! W Lucy Liu podawali swoje wina o tej samej nazwie, a myśl o tamtejszych krewetkach i mulach do teraz sprawia, że uśmiech pojawia się na mojej twarzy! 

Zupełnie nie wiedziałam, że to miasto słynie ze sztuki ulicznej! Kiedy więc skręciłam w pierwszą małą uliczkę pokrytą graffiti, nie mogłam przestać! I to wchodzenie w uliczki zajęło mi tyle godzin, że nie umiem tego nawet dobrze przekazać! Melbourne to moim zdaniem miasto dla młodych ludzi (wiekiem albo duchem). Pełno tu showroomów młodych projektantów, nowoczesnych restauracji w postindustrialnym stylu, sklepów z meblami, barów, winiarni.. Miasto, w którym chciałabym zamieszkać! Oszołomiona nie zrobiłam wielu zdjęć, ale mam nadzieję, że te które zobaczycie, chociaż trochę przybliżą wam ten klimat!