BKK czyli 2 dni w Bangkoku

Dzień pierwszy

Docieramy do hotelu a przed nami wciąż długi dzień i o dziwo mam siły na to żeby błyskawicznie się wykąpać i ruszać w miasto. Wszyscy uprzedzali mnie, że Bangkok jest niesamowicie tani i że koniecznie muszę odwiedzić MBK, czyli ogromny, chyba najbardziej legendarny zarówno wśród turystów jak i mieszkańców targ. 89 tysięcy metrów kwadratowych, osiem pięter i ponad 2 tysiące sklepów, w których można kupić dosłownie wszystko: pamiątki, elektronika, ubrania, podróbki, jedzenie, kosmetyki! Oczywiście zakupiłam tradycyjne szerokie spodnie w słonie, koszulki, plecaki – mnóstwo rzeczy, a ceny są szokujące, po prostu nie wiem jak to możliwe żeby koszt produkcji był aż tak niski, że ci ludzie jeszcze na tym zarabiają! Ja nie kupuję podróbek, ale moi towarzysze wyszli obładowani w torebki i buty znanych marek, a także słuchawki, ładowarki i inne tego typu tematy. Wracamy do hotelu, trzeba gdzieś odłożyć te ciężary i ruszamy w poszukiwaniu dobrego ulicznego jedzenia! Praktycznie w każdej małej uliczce aż roi się od knajpek i stoisk z typowo tajskim jedzeniem. Oczywiście znajdziemy tu Pad Thai, napijemy się wody wprost z kokosa, zjemy mango sticky rice! Wchodzimy w jedną z uliczek i zamawiamy! 

Mieszkańcy są przemili, wdzięczni, że wybraliśmy właśnie ich knajpkę, jedzenie robią na naszych oczach, w końcu siedzimy przy stolikach stojących po prostu na środku ulicy. Wokół nas pełno kotów (dobrze w sumie, że nie szczurów) łaszących się po jedzenie. Wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym, woda kokosowa i jakaś zielenina w sosie to mój wybór, najedzona do syta płacę za wszystko 250 bahtów czyli około 25 zł- trochę szok.

Do spania, lot do Hongkongu w tę i z powrotem zajmuje cały dzień i wracamy. Tylko serduszko mnie ściska kiedy widzę z okien lotniska jak niesamowity jest Hongkong (nie martwcie się, dostałam lot 2 tygodnie później i opiszę go w następnym poście!). 

Ach zapomniałam dodać jak piękne i nowoczesne jest lotnisko w Bangkoku- tylko zobaczcie:


Dzień drugi
Zaliczyliśmy zamknięty targ, teraz chcemy zobaczyć otwarty, bardziej tradycyjny Chatuchak! Wstajemy wcześnie i o 8 rano spotykamy się w recepcji. Łapiemy tuktuka (najpopularniejszy, najtańszy środek transportu), jednak kierowca informuje nas, że targ otwiera się w południe!

Szybka zmiana planów, pytamy: co tu robić? Kierowca podpowiada: boat trip! Zawozi nas nad rzekę i tam zaczynamy ciężkie dobijanie targu. Pamiętajcie, że pierwsze ceny, które tu proponują oscylują w okolicach – “to chyba jakiś żart”. Połowa początkowej ceny to często cały czas za dużo, warto więc uzbroić się w cierpliwość i umiejętności negocjacyjne! Zaczynam więc od 3500 bahtów, kończymy na 1500 za 3 osobową wycieczkę łodzią, która trwała ponad 2h. Absolutnie niesamowite przeżycie! Pływamy małymi kanałami pośród prawdziwych domów na palach zamieszkałych przez lokalesów, na betonowych obrzeżach kanałów wygrzewają się warany, do tego co chwilę podpływa do nas inna łódź, z której babulinka chce sprzedać nam suszone owoce, pamiątki, piwo, albo ryby. 

Jestem zakochana, widoki są piękne, do tego trochę wiatru we włosach w to gorący dzień! Dopływamy do floating market- nie tego wielkiego, najbardziej znanego, który znajduje się 90km od Bangkoku, ale takiego lokalnego, na którym mieszkańcy wymieniają się towarami, popijają piwko i smażą ryby wyłowione z tej zielonej wody. Wchodzimy na ruszający sie pomost, głodni jak wilki. Zamawiam glassnoodles z krewetami za 60 baht (6zł!!!)- niebo w gębie!


Wsiadamy na naszą prywatną łódź żeby dotrzeć do ostatniego etapu naszej podróży czyli Wat Pho- Świątyni Leżącego Buddhy. Nie mam zdjęć ogromnego (47 metrów długości) posągu Buddhy, bo było tam strasznie tłoczno, ale cała świątynia jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Ten ogromny kompleks (80 000 metrów kwadratowych) jest najstarszy w Bangkoku (pochodzi z XVI wieku). Bilet wstępu to tylko 100 bathów czyli 10 zł, a w cenie dostajemy jeszcze małą butelkę wody. Towarzyszy nam tu niesamowita ilość posągów i malowideł przedstawiających Buddę, ale cała architektura jest tu inna, kolorowa i niesamowicie ciekawa. Przyznaję, że spędziliśmy tu mnóstwo czasu, przechadzając się pośród małych budynków oblepionych mozaiką, która wyglądała jak ceramika, błyszczących się w słońcu, tak pięknie wyglądających na zdjęciach.

Powrót do hotelu i długa popołudniowa drzemka, budzę się 3h przed oczekiwanym telefonem, który budzi nas przed lotem- to nadal sporo czasu żeby zaliczyć słynny w Tajlandii masaż. Zostało mi tylko 300 bahtów, ruszam w miasto ciekawa czy dam radę ogarnąć coś za odpowiednik 30 złotych. Wchodzę do salonu, w którym masuje się tylko kobiety (tu mam pewność, że nikt mnie nie uprowadzi ani nie zacznie się rozbierać- niestety z tego też znana jest Tajlandia). Za 270 dostaję godzinny masaż stóp i nóg zakończony masażem szyi i góry pleców. Czy to nie jest piękne? Resztę pieniędzy zostawiam jako napiwek przemiłej dziewczynie, której córeczka siedzi obok nas podczas całego masażu. Nie chcę poruszać tematu seksturystyki, masaży z happy endem i innych okropnych rzeczy, z których korzystają tu starzy faceci.. Po prostu skupmy się na tych świątyniach, jedzeniu i przemierzaniu tego ciekawego miasta tuktukami w poszukiwaniu wrażeń.

05-09.06 KUL-MEL

Kolejny lot multisektorowy, tym razem Kuala Lumpur- Melbourne! Niestety odczuwałam skutki tej podróży jeszcze 2 dni po powrocie do Dubaju. Każdy z lotów trwał około 7 godzin i większość z nich odbywała się w nocy, a do tego różnice temperatur dały mi w kość na tyle, że katar i zatkany nos, które mocno przeszkadzają podczas latania, męczą mnie do teraz. Jednak samo zwiedzanie było niesamowite i nie mogę doczekać się żeby o nim opowiedzieć!

Kuala Lumpur

Stolica Malezji, miasto kontrastów, styku kultur i doskonałego jedzenia. Na początku trochę minusów- moim zdaniem coś tu komuś nie styknęło jeśli chodzi o rozkład ulic, ich ilość i jakość, korki są tu właściwie cały czas, a dojazd taksówką gdziekolwiek poza centrum trwa w nieskończoność. Dodatkowo oczywiście wszyscy wiemy, że Kuala Lumpur= Petronas Towers, 450metrowe wieże, taka wizytówka miasta (prawie jak Burj Khalifa). Jednak jako kobieta architekta zwracam uwagę mocno na taki miejski ład, architektoniczne zgranie, a tu mamy totalny chaos. Niby są tu jakieś wieżowce, niby tworzą one centrum miasta, ale jednak brak tu tak zwanego ładu i składu. Przydałby się jakiś miejski urbanista, który spojrzy trochę z góry i przemówi twórcom tych budynków do rozumu, że w budowaniu nie jest ważne tylko postawienie drapacza chmur, ale wypadałoby żeby wpisywał się on w przestrzeń publiczną i razem z innymi budynkami tworzył może jakąś całość, ale to tylko moje skromne zdanie! 

Porównywałam to miasto trochę do Singapuru, gdzie wszystko jest “picture perfect” 📸, bo budynki, ich rozlokowanie, styl i struktura tworzą harmonijną całość, a w Kuala Lumpur tego po prostu brakuje. Na szczęście nie brakuje tu zieleni, a ja za każdym razem gdy wyjeżdżam z mojego betonowo-pustynnego Dubaju zachwycam się każdym drzewem. W KUL (wspominałam wam, że te 3literowce to kody lotnisk, którymi operujemy?) jednak zieleni jest mnóstwo, jest ona wyjątkowo bujna, a niespotykane ilości palm i głośny śpiew ptaków towarzyszą mi wciąż podczas pieszych podróży. 

Za pierwszym razem zjawiamy się tu późno, jest 16, mam ochotę na drzemkę, ale jednak razem z dwoma innymi dziewczynami decydujemy się na szybki prysznic i wyprawę do Batu Caves. Odkryte pod koniec XIX wieku jaskinie niestety znajdują się około 15 km od centrum, co oznacza taksówkę i przebijanie się przez korki. Trzy dziewczyny i taksówkarz, na początku trochę bałam się zasnąć, ale podróż zaczyna się dłużyć i wszystkie oparte o szyby odpływamy w blogi sen. Po locie nawet 30 minut ma znaczenie.. Na szczęście nikt nas nie uprowadził, budzimy się już na miejscu. Robi wrażenie! Ponad 250 schodów prowadzi na szczyt, a na dole stoi największy na świecie posąg Murugana (42,7m). Ten złoty olbrzym, przyznacie sami, wygląda jakby zbudowany był setki lat temu. Podchodzę jednak do tabliczki- 2006 rok. 

Oczywiście strasznie tu gorąco, niby 35 stopni, jednak wilgotność w okolicach 70 procent, co oznacza, że wszystko się klei. Tu znów dziwi mnie to, że zamiast zachować w miarę dziewiczy charakter tych schodów i całej okolicy, pełno tu sklepików, wszędzie rozrzucone są śmieci, a ja stoję na kostce brukowej. Kicz przeplata się z zapierającymi dech w piersiach widokami, niestety mam wrażenie, że do tego dążą wszystkie współczesne zabytki. Ilość turystów, która odwiedza te miejsca przyciąga handel i pociąga za sobą zmiany, takie jak nieprzemyślane ułatwienia w postaci kostki brukowej zamiast piachu czy kamieni(no nie mogę tego przeboleć). Zdjęcia zrobione, wspinamy się po schodach! A jest to nie lada wyzwanie, na początku muszę założyć spodnie, jako że na górze znajdują się hinduistyczne świątynie. Jestem przygotowana, Dubaj nauczył mni, że spodnie, albo lekką chustę zawsze warto mieć przy sobie. Na schodach czekają na nas małpy, które kradną jedzenie, czapki, a nawet aparaty, więc oczy trzeba mieć szeroko otwarte, jeśli na szczyt chcemy dojść w pełni ubrane. Do tego te schody to katorga, mieszkańcy Malezji są mali i drobni, chyba mają też krótkie stopy, bo ja swoje muszę stawiać bokiem, gdyż nie mieszczą się na stopniach, co jest swego rodzaju utrudnieniem. 

Na górze jest jednak pięknie, ogromne jaskinie, piękne i nienaruszone. A pośród skał dziwaczne, kolorowe kaplice i kapłani o nagich torsach odprawiający modły, to wszystko pokryte lampkami choinkowymi i przechadzające się dzikie kury. Nie rozumiem. Nie próbuję.

Zmęczone schodzimy na dół, wsiadamy w taksówkę i prosimy o zawiezienie nas prosto do części miasta znanej z ulicznego jedzenia. Moja towarzyszka była tu wcześniej więc wie co i jak. Kuala Lumpur oficjalnie jest miastem muzułmańskim, pełno tu jednak burdeli i kasyn, co nie do końca zgadza się z obyczjowością tej religii. My jednak docieramy na miejsce, gdzie tysiące budek z mięsem na patykach w stylu tajskim, chińskich dim sumów, a wszystko przyćmiewa okropny smród.. Jak to smród? A po prostu ulubionym owocem jest tu durian. Słyszałam o nim wcześniej, ale widzę i czuję po raz pierwszy. Okropny zapach kanalizacji zmieszanej ze zużytymi skarpetami. Nie będę owijać w bawełnę, myślałam, że się uduszę. Odchodzimy jak najdalej od stoisk z owocami, siadamy w pierwszej lepszej otwartej knajpce. Tanio tu jak barszcz! Biorę słodko-kwaśną wieprzowinę i noodle z owocami morza. Nie umiem opisać jak pyszne było to uliczne jedzenie, po prostu niesamowite! Dodatkowo wszyscy są wdzięczni, że zdecydowaliśmy się zjeść właśnie tutaj i to właśnie ich budżet wzrósł o ogromne sumy, mimo że nam wydaje się tu super tanio.

Krótki spacer i wracamy do hotelu, ominęłam spanie poprzedniej nocy, przespacerowałam cały dzień, zasypiam po 30 sekundach. Rano tylko szybkie śniadanie i droga do Melbourne. 

Nie poświęcę Melbourne wielkiego akapitu, bo po pierwsze już tu byłam i miasto jest OK, ale nie wyjątkowe, po drugie jest tu tak zimno, że przyzwyczajona do 40stopni umieram. Serio, jest 9 stopni, leje deszcz, ja mam t shirt, koszulę i płaszcz, docieram tylko do pierwszej knajpki na obiad i wracam do hotelu. Czasami bywa i tak, że warunki po prostu nie sprzyjają. Dodatkowo lądowaliśmy w środku nocy, właściwie nad ranem, różnica czasu, ja nie mogę spać, a lot powrotny znów w nocy. To są ciężkie tematy, które szczególnie na multisektorach igrają sobie z twoim organizmem. 

Wracamy do Kuala Lumpur, kolejne 24h w tym ciekawym mieście! Tym razem podróżuję sama, inni odsypiają, siedzą nad basenem i piją drinki. Rozumiem. Basen jest niczego sobie.

Lądujemy o 8 rano, znów szybka kąpiel i ruszam. Idę jednak pieszo, bo boję się jechać taksówką sama. 1,5km w upale i jestem w centrum, wchodzę do ogromnego centrum handlowego. Tam same najdroższe sklepy, to wszystko jest jednak też w Dubaju, nie chcę tracić czasu. Trochę boli kontrast między tymi wielkimi budynkami, bogatymi sklepami i ludźmi, którzy żebrają tu na każdym rogu. Znów chodzę właściwie bez celu, wchodzę w ciekawe zaułki, sama nie wiem czego szukam, chyba po prostu jestem zmęczona. I głodna! Wszystkie uliczne knajpki pozamykane, chyba dlatego, że Ramadan, znajduję jednak ruchome schody i znak, że na dole czeka mnie azjatyckie jedzenie. Zjeżdżam a tam raj! Ogromna przestrzeń pełna różnego rodzaju restauracji, proste stoliki, kucharze przygotowują wszystko na twoich oczach, dobrze, że obok opisów w nieznanych mi językach są też zdjęcia! Przyciąga mnie koreańskie jedzenie, zamawiam Bulgogi! Jest pysznie, wszyscy się na mnie gapią, jestem jedyną blondynką pośród setki Azjatów.

Za kilka dni Bangkok czyli podobne azjatyckie klimaty. Kocham to. Jestem zmęczona, ale nie ma nic lepszego niż zwiedzanie tych orientalnych miejsc! 

LGW + DUS + MAN

W miesiącu Maju, który stoi pod znakiem sześciu lotów Turnaround zdarzyło mi się 3 razy odwiedzić Europę! Według planu miałam lecieć do Budapesztu i Monachium, ale wszystko mi pozabierali, powciskali mnie na nudne loty w tę i z powrotem do Indii, Pakistanu, Jordanii.. Ale nie ma tego złego-udało mi się spędzić 24 godziny w domu! Zacznijmy jednak od początku.

14.05 LGW

W Londynie już byłam, ale pewnie z 5 lat temu i tylko na 2 dni, więcej czasu spędziłam też wtedy na zakupach i szybkim zwiedzaniu typowo oklepanych miejsc. Teraz po błyskawicznym locie ląduje na lotnisku Gatwick, 40minutowa przeprawa pociągami i udaje mi się dotrzeć na dworzec Victoria. Tym razem tajemnice Londynu odkrywa przede mną ktoś zadomowiony, najlepsza przewodniczka, najciekawsza, najlepiej ubrana i najszybciej mówiąca osoba jaką znam. Wsiadamy w metro, 14 przesiadek i narzucone tempo sprintera, chwila moment i jesteśmy w dzielnicy Shoreditch. Mówiłam już, że się zakochałam, źe spokojnie mogłabym tu mieszkać? Tłumy doskonale ubranych ludzi, uliczni artyści grają Coldplay, targi kwiatowe, targi staroci, kolejka po bajgle z peklowaną wołowiną, picie lemoniady w biegu. 

Potem trzeba ogarnąć trochę tych typowo turystycznych rzeczy, pędzimy gdzieś nad rzeką, mijamy London Eye, Tate Modern, Big Bena, tysiące ludzi z iphonami na selfiestickach, a ja cieszę się najbardziej, że widziałam te mniej ważne miejsca. Pierwszy raz tak bardzo doskwiera mi to, że na zwiedzanie i spanie mamy tylko 24h, tyle jeszcze chciałabym zobaczyć, a mam wrażenie, że zaraz oszaleję z bólu nóg. Chodzę niewyspana, a potem czeka mnie lot, na którym jak na każdym do i z Londynu komplet pasażerów. 


21.05 DUS

Dzień przed planowanym wylotem do Monachium aplikacja w telefonie z moim planem lotów pokazuje Düsseldorf! Niedowierzanie miesza się z radością, zapłakana dzwonię do mojego mężczyzny żeby planował wolne, bo jutro wieczorem będę w domu! Nie mam dla was dużo zdjęć, wielkich opowieści, dziennika podróży. Tym razem starałam się wykorzystać te 24h żeby naładować akumulatory na kolejną rozłąkę.

Moje ulubione miasto przywitało mnie fajerwerkami z okazji dnia japońskiego, stęsknionym kotem i listą zakupów: szynka, gulasz, wino, chleb!


26.05 MAN

Tu nie będzie zdjęć. To mój pierwszy layover, na którym nie pojechałam zwiedzać do centrum miasta. Wyobraźcie sobie lot ogromnym samolotem jakim jest Airbus a380, gdzie zamiast pierwszej klasy postanawiają powiększyć ekonomię i zmieścić w niej ponad 530 pasażerów.. Samolot oczywiście jest pełny, a ja po locie zastanawiam się czy nadal żyję. Odsypiam długo, jest przezimno, pada deszcz, już mam wbrać się na pociąg do centrum, ale rezygnuję. Na przedmieściach Manchesteru znajduję najlepszy sklep spożywczy w jakim kiedykolwiek w życiu byłam i spędzam w nim 3 godziny. Do Dubaju przywożę szynkę parmeńską, boczek do carbonary, piwo o smaku mango, moją ulubioną różaną lemoniadę, chleb, sosy do mięs, no cuda! Tego nie znajdziesz w Dubaju! A potem oglądam filmy i odpoczywam. Trochę mi źle na sercu, że nie zwiedzałam, ale wybaczam sobie po zrobieniu spaghetti carbonara z mojego świeżego boczku 😉

Turnaround

Co to za angielskie słowo w tytule? Dlaczego ma to być ciekawe? Niestety cały czas zmieniają mi loty. Jestem ‘the most junior crew’ i gdy pasażerów jest za mało to wylatuję.. Wylatuję niestety z danego lotu, a nie do Budapesztu, Londynu, albo Monachium. Zamiast tych pięknych miejsc, na które miałam mnóstwo planów trafia mi się kolejny Turnaround czyli lot w tą i z powrotem. Dużo znajomych pyta mnie jednak jak to wszystko wygląda, cały proces przygotowania do lotu i co robimy potem, dlatego też postaram się wam to ładnie przedstawić.

Przygotowania

Wszystkie loty krótsze niż 5 godzin to Turnaround, te dłuższe to z kolei Layover. Większość z tych w tą i za powrotem rozpoczyna się w środku nocy, co dość radykalnie zakłóciło mój zegar biologiczny ⏰. Nigdy wcześniej nie miałam problemów ze spaniem, mogłam spać w środku dnia w każdym środku transportu- w samochodzie na siedzeniu pasażera, w pociągu oparta o stolik w warsie, wszędzie. Teraz mam problem żeby spać we własnym łóżku. Tak poza tym niesamowicie jest patrzeć jak na nocnych lotach trzystu twoich pasażerów śpi. Otwarte usta, głośne chrapanie, kosmiczne pozycje. Ale miałam pisać o przygotowaniach! Na lot trzeba stawić się 2 godziny przed czasem odlotu. To oznacza, że muszę obudzić się co najmniej 3,5 godziny przed żeby coś zjeść, wyprasować uniform, spakować co trzeba, zrobić fryzurę i makijaż, wsiąść do busa i dojechać na czas do HQ (siedziby). 

Załóżmy, że mam właśnie lot do Sialkot(Pakistan) o godzinie 4.20 w nocy oczywiście. To oznacza, że e gate czyli bramka w HQ otwiera się dla mnie o godzinie 2.20 na 20 minut. Nie ma tu żadnych odstępstw, nie da się wejść wcześniej, nie da się wejść później, nawet jeśli to tylko 10 sekund. Co to oznacza? Muszę wstać około 12.45, szybki prysznic, ostatnie prasowanie, sprawdzenie czy w mojej małej cabin bag jest wszystko co potrzebne. Czyli co? Cabin shoes 👠 (płaskie buty na zmianę, które nosimy na pokładzie), waistcoat 👘 (taka śmieszna kamizelka, którą również nosimy na pokładzie, w jej skład wchodzą też plakietka z imieniem i flaga państwa 🇵🇱 , z którego pochodzę), oven gloves (rękawice do wyciągania jedzenia z piekarników, raczej używa ich Cabin Supervisor, ale i tak zawsze trzeba mieć), piżama (z napisem CREW na plecach, niezbędna na długich lotach, ale zawsze mam ją w torbie, bo nigdy nie wiadomo). W mojej torbie jest jeszcze 2 tysiące dodatkowych przedmiotów: zestaw do przyszywania guzików, zmywacz i lakier do paznokci, lakier do włosów, grzebień, kosmetyczka z podstawowymi produktami do makijażu. Dodatkowe rzeczy trzeba mieć jeszcze w torebce, przede wszystkim wymagane dokumenty takie jak paszport, licencja na dane samoloty, certyfikat zakończenia szkolenia, karta szczepień. Przed wyjściem sprawdzam jeszcze nienaganny strój i czy moje czerwone nakrycie głowy jest ze mną. 



Makijaż i fryzura zajmują co najmniej 30 minut, na co dzień robię to trzy razy krócej, ale te wszystkie koczki, francuzy plus make up, który ma wytrzymać 12 godzin to jednak większe wyzwanie. Bo jeśli lot trwa 3 godziny to nie ma mnie w domu 10. Wszystko dopięte na ostatni guzik, do busa wsiadam o 2.03, 15 minut i jestem na miejscu.

Headquarter (HQ)

Mówiłam wam już, że lotnisko w Dubaju widziałam tylko pierwszego dnia, kiedy przyleciałam tu jako pasażer? Dlaczego? Po kolei- wysiadam z busa i wchodzę do długiego pomieszczenia pełnego krzeseł, w którym wszyscy czekają na otwarcie się bramek. 2 godziny 20 minut przed czasem wylotu wchodzą kapitan, FO (pierwszy oficer czyli po polsku drugi pilot), Purser (dowodzi cabin crew) i Cabin Supervisor (dwie albo trzy osoby, które zarządzają nami bezpośrednio). Dla mnie bramka otwiera się 20 minut później czyli 2 godziny przed lotem. Przekraczając jej wrota, znajduje się już w strefie międzynarodowej, gdzie na jednym z wielu komputerów przykładam swoją kartę, a w odpowiedzi dostaję informacje o numerze pokoju, w którym odbywa się briefing. Dodatkowo komputer pyta mnie czy mam wszystkie wymagane dokumenty i jeśli lecę na długi lot, drukuje mi ten długi pasek, który przykleja się do bagażu. 

Briefing

Teoretycznie odprawiona, przechodzę przez bramki bezpieczeństwa, skanują mnie i moją torbę. Znajduję odpowiedni pokój, gdzie czekają Purser i odpowiednio dwoje albo troje Cabin Supervisorzy (dwoje na 777, troje na A380). Pierwsza stacja to sprawdzenie dokumentów, bez tego nie da się nigdzie polecieć, dlatego przypominają o tym na każdym kroku. Kolejna to sprawdzenie uniformu: nakrycie głowy, strój, fryzura, makijaż, paznokcie, rajstopy, obowiązkowa zawartość torby, wszystkie guziki na miejscu. Nie żartuję, sprawdzają nas od stóp do głów za każdym razem. Potem przychodzi czas na najbardziej stresującą część programu czyli Safe Talk. Mamy taką magiczną listę, która liczy sobie 65 stron, a znajdują się na niej pytania z każdej części naszego treningu. Na przykład: w jakiej pozycji ułożysz osobę, która zasłabła; jak zamontować transmiter lokalizujący po wodowaniu; jakie leki znajdują się w danej teczce i do czego służą; w jaki sposób należy kogoś obezwładnić. Jeśli odpowiesz niepoprawnie tracisz np. pozycję operatora drzwi, a informacja, że jesteś nieprzygotowany trafia do twojego managera. Wszyscy przeszli, przydzielamy teraz pozycję, czyli kto gdzie siedzi, jakie drzwi operuje, w której kabinie stoi podczas boardingu. 

Potem omawiamy najnowsze informacje przydatne dla załogi, specyficzne dotyczące kraju, do którego lecimy. Na samym końcu przychodzą do nas kapitan i pierwszy oficer i informują nas o wysokości, na której dziś lecimy, dokładnym czasie lotu, spodziewanych obszarach turbulencji. Wszyscy razem schodzimy do autobusu, który podziemiami wiezie nas prosto pod samolot! Za pierwszym razem byłam w szoku! Jak to? A gdzie lotnisko? Co to za tunele? W sumie jest to niesamowite w jaki sposób jest tu wszystko rozwiązane.

Lot 🛫🛬

Wchodzimy na pokład i rozpoczynamy nasze obowiązki, spawdzamy Emergency equipment, Purser informuje nas, że mamy zacząć Safety and Security check. Oznacza to dokładne przeszukanie odpowiedniej dla naszej pozycji przestrzeni w poszukiwaniu jakichkolwiek przedmiotów, które budzą wątpliwości. Później sprawdzamy też czy wszystkie monitory działają jak należy, a 45 minut przed odlotem rozpoczyna się boarding pasażerów. Stoimy na swoich pozycjach i pomagamy rozlokować bagaż, tak aby jak najszybciej umieścić pasażerów na ich miejscach, żeby samolot mógł odlecieć na czas. Jeśli kiedykolwiek przyszło ci do głowy czekać aż stewardessa włoży twój bagaż do luku, zastanów się 2 razy czy walizkę, którą sam przytaszczyłeś do samolotu, która waży zdecydowanie więcej niż powinna, ma podnosić kobieta. Ty jesteś dużym facetem, ale czekasz aż ona zrobi to za ciebie- serio? Czy myślisz, że ona jest w stanie podnieść 50 takich walizek? To tak z mojej strony 📦🎁🗃 💼👜. Ludzie wnoszą ze sobą wielkie kartony, gitary, bębny, dziwne zawiniątka i liczą, że na wszystko znajdzie się miejsce, a ja powinnam podnosić ich wielkie bagaże. 

Pasażerowie na miejsach, pasy pozapinane, lecimy. Przebieramy się i zaczynamy serwis, na większości lotów (każdym dłuższym niż godzina) serwujemy ciepły posiłek. Lot mija w mgnieniu oka i lądujemy, pasażerowie szybko opuszczają pokład, a zaraz za nimi wchodzi ekipa sprzątająca. Błyskawiczna wymiana poduszek, kocy, słuchawek, załadunek nowego jedzenia, kolejne sprawdzenie bezpieczeństwa i lecimy do Dubaju. 

Mam nadzieję, że w miarę ciekawie wprowadziłam was w tajniki nieciekawych lotów. W tym miesiącu ma być lepiej, ale nie chcę zapeszać. Dam wam znać jak będę pewna, że lecę!

DXB- BNE- AKL- BNE- DXB

Kto by pomyślał, że tak dokładnie będę miała okazję zwiedzić tą drugą część świata? A jak wszyscy dobrze wiemy życie toczy się tam do góry nogami:



Brisbane (Australia)

Pierwszy raz miałam też okazję doświadczyć tak długiego lotu (14h) i snu w CRC czyli Crew Rest Compartment! Wrażenia? Po 9 godzinach wiecznego odpowiadania na pytania o wodę i  serwowania posiłków, zmęczenie jest ogromne, kiedy więc w końcu jest okazja udać się na zasłużony odpoczynek do malutkich, ciasnych łóżek zbudowanych gdzieś w środku samolotu, wydawało mi się, że nie dam rady zasnąć- a spałam po 30 sekundach. Jeszcze chwila i jesteśmy w Brisbane, jest 6 rano, moim planem jest przespać się trzy godziny i ruszać dalej, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz się położę z trzech godzin zrobi się sześć i będę żałować straconego dnia. Szybka kąpiel, zbieramy ekipę i ruszamy w podróż do koali 🐨. Co prawda ominęliśmy noc ale jakoś trzeba wykorzystać te 24 godziny przydzielone na to piękne miasto.

Lone Pine Koala Sanctuary

Już długo przed przyjazdem wiedziałam, że będzie to pierwsze miejsce, które zobaczę w tej części Australii, widziałam obowiązkowe zdjęcie z koalą, które robi sobie każdy z cabin crew. Co z tego, że każdy? Przecież sam pobyt w tak niesamowitym parku, gdzie można wziąć na ręce koalę, karmić kangury i zobaczyć wombaty, dingo, krokodyle,emu i papugi nie zdarza się na co dzień. Tylko 12 km od Brisbane znajduje się pierwsze i jedyne na świecie Koala Sanctuary z ponad 130 osobnikami tego gatunku, dodatkowo Lone Pine oferuje możliwość prawdziwego obcowania z przedstawicielami australijskiej fauny w naturalnych dla nich warunkach. O różnych porach dnia można załapać się na różne wydarzenia, na przykład pokaz psów pasterskich, które zaganiają owce, karmienie gadów czy karmienie dzikich papug. 

Po najdłuższym dotychczas locie znajduje się więc w tym egzotycznym dla mnie miejscu i przechadzam się alejkami pełnymi zwierząt. Jest 9 rano, godzina otwarcia, dlatego nie widać tu zbyt wielu turystów, co pozwala nacieszyć się tym wszystkim jeszcze bardziej. Poznaję papugi, które odpowiadają na moje ‘Hello!’, psy dingo, które wyglądają jak zwyczajne psy, wombaty to natomiast całkiem śmieszne stworzonka, a w jednym z pomieszczeń koali widzę największego pająka na świecie i przypominam sobie z czego słynie Australia. Teraz cały czas oglądam dokładnie każde drzewo pod którym przechodzę, nigdy nie wiadomo kiedy jeden z nich postanowi spaść mi na głowę 🕷…

Docieramy do wielkiej otwartej przestrzeni odgrodzonej tylko 2 parami drzwi i oznaczeniem żeby uważać przy wchodzeniu podczas wietrznej pogody. Po tym ogromnym wybiegu przechadzają się zupełnie niczym nieograniczone emu i kangury. Mogę usiąść na trawie i czekać na to, aż te śmieszne stworzenia podejdą do mnie z nadzieją na coś do jedzenia. Kiedy się nie spieszą- nie skaczą, tylko zbliżają się, opierając się na swoich krótszych przednich łapkach. Dają się drapać za uchem, głaskać i podchodzić blisko tam, gdzie karmią swoje młode. Mają wyznaczoną część, do której nie można wchodzić- tu odpoczywają. 

Nie wiem jak dużo czasu spędziłam w tej części parku, ale z pewnością największą część z tego poświęconego na Lone Pine. Jeśli kiedyś przyjdzie wam odwiedzić Brisbane musicie koniecznie się tam wybrać! 

Teraz czas na koale! Te szare misie głównie śpią i jedzą, ale wyglądają przy tym wyjątkowo słodko! Docieram do miejsca, w którym można wziąć na ręce jednego z nich i za drobną opłatą (cały koszt przeznaczony na rozbudowę centrum) zrobić sobie z nim zdjęcie. Jeden koala może być trzymany przez odwiedzających tylko 30 minut dziennie, mi przypada bardzo zmęczony osobnik, który prawie zasypia na mojej klatce (OO):

Potem mamy okazję jeszcze być częścią karmienia dzikich papug, które nauczone codziennym rytuałem zlatują z drzew o wyznaczonej porze żeby zachwycić nas trochę kolorami swojego upierzenia! 

Wykończona, ale szczęśliwa wracam do hotelu, teraz już nieuniknione jest żeby położyć się spać! Jem szybki lunch i o 14 zasypiam. Nastawiam jednak budzik na 17.30, chcę zobaczyć jeszcze chociaż część Brisbane przed zachodem słońca! Toczę walkę ze swoim organizmem, który domaga się normalnych godzin funkcjonowania, nie poddaje się jednak, zostawiam ciepłe łóżko i pieszo zmierzam w stronę South Bank. Miasto jest piękne, czyste, zadbane, otwarte przestrzenie, doskonałe oświetlenie budynków, mosty, które robią wrażenie. Po krótkim spacerze docieram na drugą stronę rzeki, gdzie mogę podziwiać widok na Brisbane w całej okazałości!



Auckland (Nowa Zelandia)

Zawsze chciałam odwiedzić Nową Zelandię- dziewicze krajobrazy, miejsce, w którym nakręcono takie filmy jak Hobbit. Do Auckland docieram wykończona, nieprzespana noc daje o sobie znać, dodatkowo lot był krótki, ale intensywny. Znów mam ochotę wskoczyć do łóżka i nie wychodzić z niego przez cały dzień, ale mój Purser pochodzi z Nowej Zelandii i ma ochotę zabrać nas, nowych, na wycieczkę. Nie umiem odmówić. Wygodne buty i przed nami 40 minutowy spacer pod miasto i na górę, z której podobno jest piękny widok. W połowie drogi mam ochotę zawrócić i uciec, okazuje się, że Purser jest przy okazji trenerem rugby i chyba wydaje mu się, że to jakiegoś rodzaju wyzwanie żeby wbiec na tę górę jak najszybciej to możliwe.. Ale docieramy. Widok rzeczywiście zapiera dech, wszędzie jest zielono, aż pachnie. 

Droga powrotna płynie nam na rozmowach na temat wycieczki, która organizowana jest śladami Hobbita, jednak tym razem nie dam rady czasowo, na pewno to mój przyszły obowiązkowy punkt programu. Szybka kąpiel i spotykamy się żeby wybrać się na kolację, przypominam sobie, że nie jadłam nic przez cały dzień- to też bardzo charakterystyczne dla mojego nowego trybu życia. Docieramy w okolicę portu, tam jem 1kg przepysznych muli, a potem baluję do nocy w klubie z muzyką na żywo. Kiedy mam mieć czas na sen?

Teraz wróciłam już do Dubaju i najnowsze wydarzenia złamały mi serce 💔, dlatego też ten post pojawia się w opóźnieniem.  Niestety bywa też i tak, że zostajesz ściągnięta z najbardziej oczekiwanego lotu, lotu do domu. Taki jest niestety los, kiedy jest się najmniej doświadczoną osobą. 

Dodatkowo miałam okazję wypoczywać po raz pierwszy na palmie w Dubaju (no wiecie, że usypano tu półwysep w kształcie palmy). Jeden z przywilejów cabin crew to możliwość darmowego wypoczynku na prywatnych plażach różnych, luksusowych hoteli- żyć nie umierać?!

DXB-SIN-MEL-SIN-DXB

Stało się tak, że mój pierwszy layover to także lot multisektorowy. Rzucona na głęboką wodę czterech lotów po 7 godzin mogę powiedzieć, że mój organizm musi się jeszcze przyzwyczaić do wszystkich zmian czasu, latania w nocy i spania w bardzo dziwnych godzinach. Jednak dwa miasta, które miałam okazję odwiedzić są zachwycające! Zupełnie różne od siebie i każde z nich piękne na swój sposób. Dodatkowo mogłam dużo się nauczyć, jeśli chodzi o samą pracę stewardessy, bo przecież 28 h w powietrzu robi swoje, a jeszcze przyjemniej się latało, dlatego że trafiłam na super ekipę! 



Singapur


Oczywiście przed lotami przygotowałam sobie listę miejsc, które warto zobaczyć – taki typowy przewodnik turysty. Po drodze dowiedziałam się, że część cabin crew z mojego lotu chce zrobić wycieczkę po Singapurze tym dużym autobusem turystycznym. Już miałam też się zgodzić, na szczęście w porę przypomniałam sobie, że wszystkie miejsca, które dotychczas zwiedziłam, największy urok zyskały kiedy przemierzałam je pieszo- tak też zdecydowałam się podróżować tutaj! Już sama nocna droga z lotniska do hotelu była dla mnie niesamowita, nigdy nie widziałam tak pięknie zorganizowanej zieleni rosnącej przy drodze, tylu parków i ogrodów. Słyszałam o tym, że Singapur to miasto największych ogrodów, ale moim zdaniem to ogród, w którym ktoś akurat umieścił miasto! Nazwa Singapur pochodzi od dwóch sanskryckich słów: singa (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy stosowana nazwa Miasto Lwa. Wizerunek posągu Merlion (zdjęcie poniżej) jest znanym symbolem Singapuru. 

Tutaj nawet drzewa przy drogach są specjalnie przemyślane żeby zachować poczucie harmonii, a wizyta w Gardens by the Bay oczarowuje, szczególnie jeśli na co dzień przebywa się w Dubaju- betonowym mieście pośrodku pustyni! Zacznijmy jednak od początku! Mam doświadczenie w zwiedzaniu europejskich miast, udało mi się nawet zawitać do Nowego Jorku, ale nigdy nie byłam w Azji. Teraz ląduję w Singapurze, wychodzę z lotniska i jestem w szoku! Temperatura niby taka sama jak w Dubaju, ale słowo upał zupełnie nie oddaje tego co odczuwam. Parno, lepko, gorąco, wilgotno to tylko kilka słów, które błyskawicznie przychodzą mi na myśl. Teraz już wiem, że wyjeżdżając do danego kraju warto sprawdzić też wilgotność, a tu wynosi ona aż 80%. Jak mam przemierzyć jutro to miasto pieszo, jeśli teraz w środku nocy ledwo mogę złapać oddech? Dałam jednak radę. Przyznaję, że po pół godzinie wiedziałam, że robienie makijażu było bezcelowe, no ale przecież człowiek uczy się na błędach. Mój hotel jest piękny, położony tuż obok części ulicznego toru Formuły 1 (tu pozdrowienia dla mojego mężczyzny- najwiernierniejszego fana Fernando Alonso na świecie 🏎🏁), wszędzie też z niego blisko. Ubieram najlżejsze ciuchy jakie zabrałam i wyruszam w stronę Gardens by the Bay! Ptaki śpiewają, miasto pachnie zielenią, nigdy nie widziałam tak czystych ulic, umieram z gorąca po 2 minutach, ale zmierzam dalej. Pełno tu nowoczesnych budynków, tak bardzo podoba mi się harmonia architektury z tutejszym krajobrazem. 

Po drodze do ogrodów znajduje się budynek Artscience Museum Singapore, gdzie akurat odbywa się wystawa Future World- czyli zabawa dźwiękiem i światłem w najlepszym wydaniu, najchętniej wróciłabym tam jeszcze kilka razy! Jest tu pokój pełen lampek, który ukazywać ma tworzenie się gwiazd. Na małym ekranie przed nim można wybrać typ gwiazdy i wysłać ją w przesterzeń, a potem obserwować różne sposoby rozchodzenia się światła, piękne kolory iluminacji i towarzyszącą temu muzykę. Całe muzeum jest ciemne, widać tylko poszczególne rozświetlone eksponaty. Jest pokój pełen kolorowych sześcianów, z których można budować miasto, kolejny przedstawiający ocean i jeszcze inny pełen świecących kul, do których wchodzi się boso i uderzając jedną o drugą emituje się dźwięki, które rozchodzą się po pomieszczeniu. Najlepiej wydane 17$ w moim życiu.

Zupełnie obok mieści się także ogromne centrum handlowe The Shoppes at Marina Bay Sands (to przy okazji nazwa tego najbardziej charakterystycznego budynku w Singapurze, który wygląda jak statek opierający się na trzech filarach). We wspomnianym centrum hadlowym znajduje się kanał, po którym pływają gondole (?), ale także restauracja Din Tai Fung, gdzie wybieram się z moją koreańską przyjaciółką, która akurat też jest przelotem w Singapurze! Zamawiamy przepyszne Dim Sum, a ja dowiaduję się już na miejscu, że to miejsce zostało uznane przez New York Times za jedną z 10 najlepszych restauracji świata. Nie dziwi mnie to, jedzenie jest przepyszne i dodatkowo niedrogie!

Teraz czas na ogrody- naturalny park liczący 101 hektarów, najlepiej ukazujący strategię władz miasta, która polega na poprawie jakości życia mieszkańców poprzez zwiększanie jego zielonej części (chyba muszę podpowiedzieć to komuś, kto zarządza Dubajem). Przechadzanie się po parku jest trudne ze względu na nieziemskie upały, kupujemy więc bilety i wchodzimy do dwóch klimatyzowanych jego części: Flower Dome i Cloud Forest. Flower Dome to królestwo kwiatów i Azjatów robiących sobie zdjęcia z tulipanami. Zapach jest piękny, ale za dużo tu ludzi żeby móc w pełni rozkoszować się ilością i różnorodnością mieszczących się tu roślin. Idziemy więc dalej do Cloud Forest czyli ogromnego wzgórza, znajdującego się pod szklanym dachem, pokrytego zielenią, z wodospadem i mostami na 7 piętrze, z których można obserwować wszystko z góry! 

Z Gardens by The Bay bardzo blisko już do budynku, który widzicie na zdjęciu powyżej. Wjeżdżamy więc na 73 piętro i podziwiamy widok z góry. Dodatkowo hotel w tym budynku to raj, przepiękne lobby i możliwość pływania w najbardziej znanym basenie świata (tym na samej górze, z przeszkleniem z widokiem na całe miasto). Później moja towarzyszka, ze względu na temperturę, rezygnuje z dalszej podróży, ja natomiast spaceruję po części miasta z malutkimi knajpami, sklepikami, targami, kupuję pamiątki i udaję, że nie umieram z gorąca. Później już tylko hotelowy basen i sen przed kolejnym lotem. Jak widzicie również z rozkładu lotów, który jest tytułem tego posta, do Singapuru wróciłam jeszcze na jeden dzień, skupiłam się wtedy na części biurowej, czyli spacerowaniu pośród wysokich budynków. Wybrałam się także na nocny spacer w poszukiwaniu jedzenia i podziwiałam z balkonu light show w Gardens By The Bay!




Melbourne (Australia)

Wylądowaliśmy tu niestety nad ranem i po nocnym locie musiałam chociaż na kilka godzin zaznać snu (taki urok bycia stewardessą), na moje nieszczęście właśnie tu dopadł mnie jetlag, ale nie poddałam się i jak zwykle pieszo przemierzałam to fascynujące miasto! Pierwszy cel podróży- dobra knajpa serwująca lokalne wino! Layover trwał tu 34 h dlatego mogłam pozwolić sobie na białe wino, które tak uwielbiam. Zamiast kierować się poradami znajomych i internetowymi wskazówkami uznałam, że trzymając się głównej drogi z hotelu, pobłądzę po małych uliczkach i wejdę do restauracji o najbardziej ciekawym wyglądzie z zewnątrz. Nie zawiodłam się! W Lucy Liu podawali swoje wina o tej samej nazwie, a myśl o tamtejszych krewetkach i mulach do teraz sprawia, że uśmiech pojawia się na mojej twarzy! 

Zupełnie nie wiedziałam, że to miasto słynie ze sztuki ulicznej! Kiedy więc skręciłam w pierwszą małą uliczkę pokrytą graffiti, nie mogłam przestać! I to wchodzenie w uliczki zajęło mi tyle godzin, że nie umiem tego nawet dobrze przekazać! Melbourne to moim zdaniem miasto dla młodych ludzi (wiekiem albo duchem). Pełno tu showroomów młodych projektantów, nowoczesnych restauracji w postindustrialnym stylu, sklepów z meblami, barów, winiarni.. Miasto, w którym chciałabym zamieszkać! Oszołomiona nie zrobiłam wielu zdjęć, ale mam nadzieję, że te które zobaczycie, chociaż trochę przybliżą wam ten klimat! 

Dubaj – miasto bez granic

Tytuł posta jest dziś trochę dwuznaczny. Kiedy tydzień przed przeprowadzką dostałam maila z informacją o budynku, w którym przyjdzie mi mieszkać, byłam przeszczęśliwa, bo jest on w centrum, na mapie wszystko wygląda jakby było blisko! Ale potem zaczęłam tę mapę przybliżać i okazało się, że to co wydaje się pięciominutowym spacerem w rzeczywistości jest 3 kilometrową trasą. Taki właśnie jest Dubaj. Można mieszkać niedaleko lotniska i na imprezy do Dubai Marina jechać metrem godzinę, albo z budynku przy słynnej palmie, dotrzeć do Burj Khalifa w 45 minut, a jeśli już jedzie się autem albo taksówką, korki pojawiają się z nikąd i można utknąć w nich na długie godziny.
  
Metro jest w pełni zautomatyzowane(nie ma maszynisty!) i zamiast poruszać się pod ziemią, znajduje się na specjalnych estakadach nad ulicami miasta. Całkowita długość linii to 75 km, z czego najdłuższa, czerwona ma 50 km! Dodatkowo wagony mają wydzieloną strefę różową tylko dla kobiet, co przypomina o tym, że znajdujemy się w mieście o arabskiej kulturze. Na co dzień można o tym zapomnieć, ponieważ nawet w najmniejszym sklepie wszyscy mówią po angielsku i więcej jest tu ludzi z różnych zakątków świata niż rodzimych mieszkańców. 

Drugie znaczenie braku granic jest mniej dosłowne i zdałam sobie z niego sprawę dopiero na miejscu. To miasto chyba każdego potrafi zaskoczyć, z założenia wszystko ma tu być największe, najlepsze, po prostu niesamowite. Budynek Burj Khalifa widzę z mojego okna, opowiadałam wam już o tym, że pokaz fontann pod nim robi wrażenie, ale mogę jeszcze dodać, że obok znajduje się jedno z największych centrów handlowych na świecie- Dubai Mall. Nigdy nie widziałam tylu najlepszych marek w jednym miejscu, dodatkowo restauracje, wodospady, część arabska, akwarium z rekinami i płaszczkami. Ale pamiętajcie, że jeśli zdecydujecie się dojechać tam metrem, droga ze stacji do Dubai Mall zajmuje około 140 lat i jest niekończącym się tunelem ruchomych chodników świata! 

   
 

Madinat Jumeirah 

40 hektarów hoteli, ogrodów, bazarów i restauracji z widokiem na Burj al Arab. Stateczki pływające po sztucznych jeziorkach, plaża i możliwość zakupu oryginalnych, arabskich nakryć, perfumów i ozdób. Co najważniejsze można tu znaleźć też restauracje serwujące mięsa z całego świata, australijskie steki, specjalnie przyrządzane kiełbasy z Południowej Afryrki. 

   
 

Dubai Marina

Sztuczne jezioro połączone z dwóch stron z morzem, wysokie budynki, wielkie jachty, niezliczona ilość restauracji i barów. Warto odwiedzić zarówno w dzień jak i w nocy. W dzień szczerze polecam po prostu spacer i lunch z widokiem, natomiast w nocy warto wybrać się do klubu Barasti z muzyką na żywo do kolacji, a potem gorącą imprezą na plaży.

     

Jeśli już tyle wspominam wam o jedzeniu, polecę też moje dwie ulubione restauracje, których nie można pominąć odwiedzając Dubaj. Dodatkowo mogę dodać, że jeszcze 2 miesiące temu nawet nie spróbowałabym połowy z dań podawanych w każdej z nich. Nie potrafiłam jeść pałeczkami i raczej nie byłam zbyt ciekawa nowych smaków. Wszystko jednak się zmienia kiedy zostajesz stewardessą i żyjesz w środowisku, w którym wszyscy twoi najbliżsi znajomi pochodzą z 6 kontynentów, jedzą zupełnie inaczej, a dwie twoje przyjaciółki to Koreanka i mieszkanka RPA. Do Południowej Afryki wybieramy się razem w lutym, nie mogę się doczekać prawdziwego safari, nurkowania z rekinami i jedzenia, o którym opowieści przekazuje każdy, kto odwiedził Cape Town. Jeśli chodzi o azjatyckie smaki, black noodles to teraz moja ulubiona przekąska, a po Korean Barbeque musiałam odpoczywać przez godzinę, bo nigdy nie zjadłam na raz tyle pyszności!

  

Shogun Restaurant 🍚🍜

Mówiłam o Korean Barbeque to muszę wspomnieć o Shogun! Wcale nie tak daleko od Dubai Marina mieści się azjatycka knajpa, o której wie każdy ogarnięty w temacie dobrej, orientalnej kuchni. Wybraliśmy się tam w czwórkę i cały proces zamówienia powierzyliśmy w ręce naszego koreańskiego eksperta. Jedyne czego nie mogę przełknąć to Kimchi (tradycyjne danie kuchni Koreańskiej, składające się z fermentowanych lub kiszonych warzyw), smak i zapach pominę milczeniem i postaram się wyrzucić z pamięci doświadczenie jedzenia tej okropności. Zamówiliśmy więc: Galbi Jeongsik, Bulgogi, Chicken Tangsuyook i noodle, których dokładnej nazwy nie pamiętam. Dwa pierwsze dania zostały podane pysznie zgrillowane z dodatkiem ryżu i liści sałaty, a proces jedzenia polegał na zawijaniu ryżu z dodatkiem mięsa i warzyw w te liście i moczeniu ich w ostrych sosach. Przyznaję większość tych sosów jest zdecydowanie za ostra na moje nieprzygotowane, europejskie podniebienie, ale nawet bez nich, jedzenie jest po prostu obłędne.

  

The Sum of Us 🍳🍧

Stęskniona za w miarę domowym jedzeniem, kiedy usłyszałam o restauracji, która wypieka własny chleb, a dodatkowo podaje największe milkshake jakie widziałam w życiu, wybrałam się do The Sum of Us. Chyba zapomniałam wam powiedzieć jak drogie jest życie w Dubaju, gdzie papier toaletowy kosztuje 20 zł za 2 rolki, a kieliszek wina w knajpie to koszt 80 zł. Pamiętajcie o tym za każdym razem kiedy wspomnę, że dane miejsce ma niewygórowane ceny, tak jest właśnie tutaj. Musicie koniecznie zamówić shake’a tygodnia (na przykład z truskawek i brownie z dodatkiem sorbetu cytrynowego), albo chociażby domowej lemoniady! Brzmi pysznie, wygląda jeszcze lepiej, a smakuje obłędnie. Dodatkowo doskonały wybór bardzo zróżnicowanych dań i możliwość zakupu świeżego pieczywa! 🍞

  

Miracle Garden

Teraz miejsce, które pięknie wychodzi na zdjęciach, ale nie polecam go ani trochę.. Dojechać trzeba tu taksówką, a droga ciągnie się w nieskończoność, wejście jest płatne, a na miejscu czeka kraina kiczu. Jest tu mnóstwo kwiatów i parasolek, co jeszcze ma w sobie jakiś urok, ale wieża Eiffla zbudowana ze sztucznych cytryn to dla mnie za dużo.. 

   
  

Za 2 dni lecę do Singapuru i Melbourne! W końcu szykuje się prawdziwa relacja z miejsca, które odwiedzę! Jeśli podróżowaliście już do tych miast i chcicielibyście podzielić się ze mną tym, co warto zobaczyć, gdzie jeść, a co omijać- piszcie! 

Trening zakończony – widzimy się w chmurach!

Image and Uniform

  
Zgadzam się, trochę mnie tu nie było! Dzięki temu dziś będziecie mieli okazję przeczytać długi post o końcowym etapie treningu i moich wrażeniach po pierwszych lotach 🔜✈️

Zacznę od dwóch ostatnich części treningu. Pierwsza z nich to Image and Uniform, czyli pamiętny dzień, w którym w końcu mogę pojawić się w training college w pełnym uniformie. Początkowo wydawało mi się, że to nic takiego, zwykły dzień, przecież dostawałam już całe zestawy w poprzedniej pracy, dlaczego ten ma robić na mnie szczególne wrażenie?  A jednak zrobił. Te czerwone nakrycie głowy ma w sobie coś, co nie do końca potrafię wytłumaczyć, bo kiedy je zakładam, stoję jakoś bardziej wyprostowana, zwracam uwagę na to jak wyglądam, na zachowanie, postawę, uśmiech. PR ma ogromne znaczenie, a przekonałam się o tym jeszcze wyraźniej na pierwszych lotach widząc reakcje ludzi na stewardessy Emirates. Image and Uniform to tylko jeden dzień, na którym nauczyłam się jak nosić mój strój w odpowiedni sposób, jak dbać o siebie, moją skórę, włosy i paznokcie w warunkach niesprzyjających, czyli na wysokości 40000 stóp, gdzie powietrze nie jest takie jak na ziemi. 

Ludzie mają ogromne oczekiwania wobec Cabin Crew Emirates, oceniają nasz wygląd podczas lotu, ale także po 15 godzinach w powietrzu, nieustannie liczą na to, że kiedy zrobią nam zdjęcie w drodze do hotelu nadal będziemy wyglądać pięknie i świeżo. Wnioski, które wyciągnęłam z listy rzeczy, których nas uczono, dotyczą głównie nawilżenia. Powietrze w samolocie na ogromnych wysokościach poddawane jest presuryzacji, co ma na celu utrzymanie odpowiedniego ciśnienia na pokładzie. Jednak w wyniku wszystkich procesów można wyraźnie odczuć, że takie powietrze jest suche, oczy robią się czerwone, usta nieprzyjemne, a dodatkowo cały czas dokucza pragnienie. Z moich własnych porad mogę polecić wam kilka sposobów na nawilżenie skóry i włosów, które przydaje się nie tylko podczas częstych lotów. Po pierwsze naturalne oleje! Bardzo proste w użyciu, o czym dowiedziałam się jeszcze przed przylotem do Dubaju! Moje drogie Panie, piękne włosy to efekt używania odpowiednich produktów, ale także nakładania na noc na przykład olejku ze słodkich migdałów. Ja używam go także zamiast lakieru do włosów! Przy wiecznym zaplataniu ich we francuzy, albo wymyślne koki, do utrzymania fryzury, bez użycia ciężkich lakierów, wystarczy odrobina wspomnianego olejku. Warto też pamiętać o dobrze nawilżających kremach (bez względu na to czy masz skórę suchą/tłustą, czy mieszaną), krem rano i wieczorem to podstawa. Ważne jest też, żeby później dać skórze odpocząć: ciężki makijaż, fluidy, pudry, pomadki- pamiętam aby zmyć je kiedy to tylko możliwe, nie boję się już pokazywać no make up, wiem jak ważne jest dla mojej cery złapać oddech 💁🏼 Tych porad makijażowych mam jeszcze tysiąc, jednak nie chcę zanudzać tym tematem, bo wydarzyło się o wiele więcej od czasu ostatniego posta niż tylko Image and Uniform.  

    
   
Service Training

Ostatnie dwa tygodnie, które wydawały mi się lekkie i przyjemne okazały się najcięższą częścią treningu. Oczywiście to tylko moje zdanie, część osób miało problemy z przebrnięciem przez ogrom nauki nazw leków i schorzeń w części medycznej, albo procedur dotyczących bezpieczeństwa i sytuacji zagrożenia. 

Odpowiedni serwis jest bardzo ważny, ponieważ to właśnie jego poziom odróżnia nas od innych linii lotniczych. Dodatkowo przecież to właśnie tę część naszej pracy oceniają najczęściej pasażerowie! Przypadki medyczne zdarzają się, ale nie na każdym locie, a z sytuacją porwania samolotu, albo awaryjnego lądowania na wodzie nikt z moich trenerów pracujących już ponad 15 lat nie miał nigdy do czynienia. Wcześniej miałam okazję latać tanimi liniami lotniczymi, a także polskim LOTem, jednak po pierwszym locie do Dubaju z Emirates widziałam, że obsługa jest tu na zupełnie innym poziomie. Na tej części treningu dowiedziałam się nie tylko jak przygotować i podać podstawowe drinki, ale także zdałam sobie sprawę ile osób zatrudnionych jest po to, żeby pasażerowie na pokładzie mogli zjeść smaczny, odpowiadający ich regionalnym gustom posiłek, a także w jakim tempie można przygotować samolot do kolejnego lotu. 

 
Podczas zajęć oglądaliśmy materiały filmowe z kuchni, która przygotowuje wszystkie dania, następnie błyskawicznie je ochładza, żeby zachować ich świeżość, a później kolejna grupa pracowników sortuje wszystko, co pozostało z poprzedniego lotu, bo przecież takie linie lotnicze nie podają swoim gościom plastikowych sztućców. Kiedy już uświadomiłam sobie skalę tego przedsięwzięcia, otrzymałam wiedzę o rodzajach lotów ze względu na część świata (bo w Indiach serwujemy napój cytrynowy przed posiłkiem, a w Japonii dodajemy pałeczki), długość i z czym te rodzaje się łączą. Nauczyłam się asertywności w rozmowach z pasażerami, ale także tysiąca angielskich zwrotów, żeby miło ich witać, oferować usługi i żegnać. Tu kolejna wskazówka- angielski nie jest twoim pierwszym językiem i boisz się, że nie dasz rady- nie martw się, większość zatrudnionych osób musi się nauczyć specyficznego sposobu rozmowy z klientem na miejscu, wszyscy mają do tego cierpliwość, a ilość praktycznych lekcji pozwoli ci z czasem się ze wszystkim oswoić. 

Na treningu mieliśmy symulowane loty do miast, w różnych zakątkach świata, gdzie jedna grupa prowadziła serwis, a druga wcielała się w role pasażerów. Jednak pasażerowie mieli przydzielone role do odegrania, co pozwoliło nam w rzeczywistym czasie nauczyć  się radzić sobie z problemami na pokładzie, osobami z niepełnosprawnością, dziećmi, stałymi klientami. A jak to wszystko przekłada się na rzeczywisotść?

       
 
Supy flight 

Pietwszy lot nazywa się Supy, nie trzeba na nim pracować, a Purser, czyli osoba dowodząca Cabin Crew ma za zadanie pokazać najróżniejsze funkcje i zadania, wcześniej znane tylko w teorii, w prawidzym samolocie. Mój pierwszy Supy to lot do Bangalore w Indiach na Boeingu 777! Jestem zdenerwowana jak nigdy, 2 godziny przed lotem zjawiam się na briefiengu, gdzie sprawdzają mój strój, makijaż, wymagane dokumenty, cała załoga ma okazję się przedstawić, poznać pilotów, dowiedzieć się o spodziewanych turbulencjach, sekwencji serwisu, specjalnych pasażerach. Moje miejsce na start i lądowanie to kokpit samolotu. Startujemy w nocy, patrzę uważnie na wszystkie kontrolki starając się zrozumieć ci się dzieje, to z jakim spokojem pracują pilot i pierwszy oficer robi na mnie takie wrażenie, że nie wiem co powiedzieć (a takie sytuacje rzadko mi się zdarzają)! Mogę słuchać rozmów z kontrolą lotów i obserować niesamowity proces podnoszenia tej ciężkiej maszyny do lotu.  Nie wiem czy wiecie dlaczego samoloty latają, wytłumaczę wam to w prostu sposób: 

 Potem obserwuję szybkość z jaką pracuje załoga, wszyscy dają mi praktyczne rady, są pomocni i wyrozumiali. Boeing 777, którym lecę jest podzielony na 3 klasy, pierwsza i biznes znajdują się z przodu, a ekonomiczna z tylu samolotu. Serwis jest płynny, każdy wie co ma robić. Okazuje się także, że pilot nie jest magikiem, niedostępnym i owianym aurą tajemnicy, a normalnym, bardzo sympatycznym człowiekiem, który rozmawia chętnie z resztą załogi! Dobrze, że mamy do niego respekt, ale równie dobrze, że nie boimy się zwracać do niego po imieniu. Na szkoleniu dowiedziałam się, że wiele incydentów na pokładzie związanych było z brakiem komunikacji pomiędzy załogą, stewardessy bały się zwracać bezpośrednio do pilota, a on nie ma przecież innej opcji żeby wiedzieć co dzieje się za kuloodpornymi drzwiami, które znajdują się za jego plecami.  

   
Kilka dni później pierwszy raz wsiadam na pokład Airbusa a380! Postaram się przybliżyć wam jakie wrażenie robi ta maszyna na kimś, kto widzi ją z bliska po raz pierwszy. Ten samolot to kolos, 4 silniki na ogromnych skrzydłach, 2 pokłady, prysznic i SPA, schody i mini fontanna w środku… Chyba to nie jest normalne wyposażenie samolotu. Wszystko jest nowe i luksusowe, a ja mam nadzieję, że będę miała okazję latać nim często! Tutaj cały dolny pokład to klasa ekonomiczna, góra natomiast to klasy pierwsza i biznes, no i oczywiście słynny prysznic i bar.

Moje cztery piersze loty to tzw. Turnaround, czyli lecę do Kuwejtu i po 1,5 h znów do Dubaju, nie mogę więc opowiedzieć wam nic więcej o miejscach, które odwiedziłam (nie martwcie się jednak, za kilka dni Singapur i Australia). Jednak podczas tych trzech któtkich lotów, które odbyłam, mogłam zobaczyć jak samolot, przez którego przeszło przed chwilą 400 pasażerów, zostaje sprzątnięty i przygotowany do przyjęcia kolejnych w ciągu 30 minut. Robi wrażenie. Odnosząc się do kwestii oczekiwań pasażerów- nie macie pojęcia ilu z nich poprosiło mnie o to, czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie, dodatkowo miny dzieci, które witam, kiedy wchodzą na pokład mogę uznać za bezcenne 😍. Teraz mam w końcu czas żeby opowiedzieć wam więcej o Dubaju i przygotować posty o miejscach, które zwiedzę, mogę też obiecać regularność!  

   

Group Medical Training

Część medyczna zakończona! Teraz zdałam sobie sprawę, że mogę być pielęgniarką, kelnerką i strażakiem w jednym! 5 dni intensywnego treningu z zakresu znajomości leków, odbierania porodu, usztywniania złamań, resuscytacji, rozpoznawania dolegliwości za mną. Feedback, który po nim otrzymałam uważam za najbardziej wartościowy w moim dotychczasowym życiu, a wszystkie praktyczne ćwiczenia, które miałam okazję wykonywać utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeśli rzeczywiście przyjdzie mi się zmierzyć z ciężką sytuacją na pokładzie- dam radę. Większość osób nie ma świadomości tego, z jaką ilością incydentów, głównie natury medycznej, musi radzić sobie na co dzień załoga. Zawał serca, atak paniki i duszności, poród, albo krzsztuszące się dziecko- ilu z nas przystąpiłoby do jakiejkolwiek akcji ratowniczej w takim przypadku? Po szkoleniu, które odbyłam czuję, że mogłabym pomóc.

  
  
 Z dnia na dzień zdaję sobie sprawę, że praca na którą się zdecydowałam daje mi ogromną szansę. I nie mam tylko na myśli zwiedzania świata, ale także sam dwumiesięczny trening, który jest trochę szkołą życia w pigułce. Dla mnie największą wartość niesie ze sobą obcowanie z osobami z mojej grupy i uczenie się od nich zasad panujących w ich krajach, poznawanie ich doświadczeń, tak różnych ze względu na pochodzenie i wyciąganie z tego wniosków. Nie wiem czy wam mówiłam, ale moja grupa, która składa się z 15 osób to ludzie, którzy pochodzą z państw takich jak: Afryka Południowa, Korea, Litwa, Bośnia, Tajlandia, Rosja, Ukraina, Niemcy, Australia, Portugalia, Brazylia. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, uczymy się nawzajem podstawowych zdań w różnych językach, znamy swoje motywacje do podjęcia tej pracy, a teraz motywujemy siebie nawzajem i pomagamy sobie w nauce i pokonaniu tęsknoty za domem. Jeszcze podczas lotu do Dubaju myślałam, że więcej czasu nędę spędzać z innymi Polakami, ale akurat w mojej grupie jestem sama, może to nawet dobrze? Po polsku mogę rozmawiać tylko przez skype, mój angielski rozwija się każdego dnia i nie zamknęłam się tylko w jednej grupie, a przy okazji znalazłam ludzi, których mogę nazywać swoimi przyjaciółmi.

Dodatkowo wydarzyło się to na co czekałam- dostałam uniform!  Zmierzyli mnie, zważylii, żeby dopasować do mnie kszule, marynarki, spódnice, buty, torebki, a nawet piżamy z napisem CREW na plecach i to co przyprawia mnie teraz o szybsze bicie serca- sławne czerwone nakrycie głowy!

    
  
Przy okazji nadal poznaję Dubaj, byłam na desert safari, które polecam każdemu! Moi znajomi do teraz śmieją się z mojego przeklinania po polsku, kiedy Toyota Land Cruiser pędziła przez pustynię, a ja nie dość, że czułam się jak na rajdzie Dakar, to jeszcze miałam śmierć w oczach! Poza tym odkrywam prawdziwe azjatyckie smaki prowadzona przez niezawodny gust nowych znajomych z Korei i Tajlandii. Moi trenerzy pokazali mi zdjęcia hoteli, w których śpi załoga podczas tak zwanych layover. A miejsca są niesamowite! Malediwy, Seszele, Phuket! Nie mogę się doczekać kiedy zobaczę je na żywo. Zupełnie inaczej można też zaplanować wakacje, kiedy miejsca warte zobaczenia i restauracje poleca ci mieszkaniec danego kraju. 

   
 

SEP Training

Training College 

Właśnie zakończyłam najbardziej intensywne 3 tygodnie mojego życia! Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak wygląda szkolenie dla Emirates, bo jak pewnie pamiętacie nie była to moja praca marzeń, o której myślałam od kiedy pierwszy raz zobaczyłam jak pięknie wyglądają stewardessy w samolotach.. Po prostu tak się wszystko poskładało, że przeszłam rekrutację i wylądowałam w Dubaju. Pewnie jesteście ciekawi dlaczego jeszcze nie latam, na czym właściwie polega trening, dlaczego jest taki długi? Dwa miesiące to kupa czasu, a przecież cabin crew jest od tego żeby przechadzać się po samolocie ładnie wyglądając i z uśmiechem na ustach pytać pasażerów: “chicken or beef?”. 

  

Pierwszy tydzień był jednym wielkim wprowadzeniem: w procedury, zasady, reguły i wartości, którymi kieruje się firma. Dostaliśmy też praktyczne rady jak odnaleźć się w kraju o odmiennej kulturze. Ale co najważniejsze- dużo motywacji! Trenerzy, którzy wcześniej latali przez 20 lat i znają wszystko od podszewki, albo tacy, którzy pracowali w Nowym Jorku dla Starbucksa to tutaj standard. Byłam wcześniej menadżerem w korporacji (Tommy Hilfiger), uczestniczyłam w szkoleniach, próbowali na nich nawet motywować, ale to nic w porównaniu z wiedzą i umiejętnościami tutejszej kadry. A jestem raczej sceptycznie nastawiona do takich rzeczy- internetowi motywatorzy sprawiają, że mam ochotę podciąć sobie żyły, a słowo coach przyprawia mnie o dreszcze. Okazało się, że można inaczej! Cały training college zaprojektowany jest tak żeby robić wrażenie, na przykład zajęcia na temat obsługi systemu internetowego odbywają się w sali, w której jedna ze ścian jest cała przeszklona, a widok z niej rozpościera się na symulatory, w których ćwiczą piloci. Zajęcia prowadzą osoby, które opowiadają o własnych doświadczeniach, podają przykłady na co się przygotować, starają się nas uwrażliwić na sytuacje, z którymi możemy się spotkać. Oczywiście pierwszy tydzień to też wizyty w klinice, zdjęcia, niekończące się badania, prześwietlenia, testy i mnóstwo czekania. Możecie też być pewni, że pracując dla tych linii zostaniecie zaszczepieni na wszystkie choroby świata.

   
   
Zabrano nas nawet do meczetu żeby zapoznać nas z zasadami religii, która wprowadza wiele reguł do normalnego funkcjonowania w Dubaju. Nie wiedziałam na przykład, że w metrze są tu osobne strefy dla kobiet i mężczyzn, albo że nie powinnam jeść i pić w miejscach publicznych w czasie trwania Ramadanu. Cały czas nie mogę się też przyzwyczaić do tego, że weekend to tutaj piątek i sobota, a w niedzielę są tu nieziemskie korki. Nagle słowo “poniedziałek” nie oznacza już najgorszy dzień tygodnia. Jednak pierwszy tydzień szybko się kończy i zaczyna się prawdziwa szkoła. Studia skończyłam ponad rok temu i kolejny raz miałam okazję przypomnieć sobie jak to jest uczyć się czegoś słowo w słowo na pamięć i zarywać nocki. Oczywiście nie musicie tego robić, możecie imprezować, poznawać kluby i restauracje, ale wtedy bardzo łatwo przyjdzie cofanie się o tydzień i powtarzanie całego materiału raz jeszcze, a pierwszy lot przesunie się w czasie.

Safety and Emergency Procedures

W ramach przypomnienia przypadły mi 2 największe samoloty floty Emirates- Boeing 777 i Airbus a380. Jednak początek to General Safety, czyli niesamowicie ciekawe rzeczy, o których słyszę pierwszy raz w życiu, ponieważ zawsze myślałam, że samoloty latają za pomocą magii. Mechanika, fizyka oraz inne równie ścisłe przedmioty nigdy nie były moim głównym zainteresowaniem, a część naukowych teorii po prostu nie mieści mi się głowie. Nagle okazało się, że mam uczyć się na temat Basic Aeronautics?! Mała rada przy okazji dla tych, którzy znajdą się na moim miejscu- nie tłumaczcie sobie tego, czego uczycie się po angielsku na polski, zamiesza wam to tylko i podwoi ilość przyswajanych informacji. Oczywiście jeśli nie znacie znaczenia słowa- sprawdźcie je w słowniku, ale notatki róbcie po angielsku. 

Nie mogę zdradzać dokładnie tego, co znajduje się w programie, ale przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia na ile sytuacji przygotowana musi być załoga samolotu. Turbulencje, dekompresja, gaszenie prawdziwych pożarów, lądowanie na wodzie, dym na pokładzie to tylko niektóre z rzeczy do zaliczenia. Największe wrażenie robią oczywiście symulatory, na których ćwiczymy. Tu naprawdę dym wydobywa się z płonącego siedzenia, maski wypadają podczas dekompresji, a jeśli za późno otworzysz drzwi podczas lądowania na wodzie, utoniesz. Potem jeszcze powiedzą ci jak przetrwać jeśli twój samolot rozbije się na pustyni, albo jeśli pilot zdecyduje się na posadzenie go na oceanie i po ewakuacji dryfować będziecie przez kilkanaście dni na tratwie, która wcześniej była tym, co widziałeś na filmach, kiedy ludzie ewakuowani byli z samolotu na całkiem zabawnej zjeżdżalni. Każą ci też wskoczyć w kamizelce ratunkowej do lodowatej wody w basenie i ćwiczyć pozycje, w których najdłużej utrzymasz ciepło. Dodatkowo mało ważne czy przeprowadzasz ewakuację, biegasz z gaśnicą, czy pływasz kraulem, pamiętaj żeby usta były czerwone, a fryzura nienaganna.   

   
   
 
Kiedy już przyzwyczaisz się do terminologii dotyczącej jednego samolotu, nauczysz się uzbrajać drzwi i otwierać je podczas ewakuacji, napiszesz egzamin, w którym pytać cię będą o każdy szczegół, wtedy poznasz drugi samolot, w którym wszystko robi się inaczej, a ogarnąć to trzeba w 3 dni. Dlaczego nie? 

W międzyczasie jednak poznałam wspaniałych ludzi z najróżniejszych zakątków świata, nauczyłam się liczyć do pięciu w językach, o których nigdy wcześniej nie słyszałam i udało mi się odwiedzić kilka ciekawych miejsc. Może Burj Khalifa i fountain show wydaje się oklepane, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie! Miałam okazję spróbować prawdziwe koreańskie noodles, czy francuskie crepes, które przygotowały moje nowe znajome. Wszystko tu jest międzynarodowe, a jeszcze nawet nie zaczęłam latać. Członkowie mojej grupy już teraz zapisują mi miejsca, które w ich krajach warto odwiedzić, co zjeść i gdzie bywać. Z dziewczynami, z którymi się zaprzyjaźniłam już planujemy wyprawę do Południowej Afryki, z której jedna z nich pochodzi, na najprawdziwsze safari! Ja widziałam wcześniej lwy i żyrafy tylko w zoo, dla niej to zwierzęta jak każde inne. Z kolei ona nie może się doczekać kiedy dotknie śnieg, bo nigdy w życiu nie miała okazji widzieć go poza ekranem telewizora! 

Jednak dopiero się rozkręcam! Teraz, kiedy najtrudniejsza część za mną, więcej czasu mogę poświęcić na zwiedzanie 🙂 Jutro czeka mnie uniform fitting! Później trening medyczny, a na końcu serwis!